Jestem przeszczęśliwa!

6 lipca 2018

Zadebiutowała w latach 60-tych w kultowym poznańskim klubie Od Nowa, gdzie śpiewała także standardy jazzowe. Przestała w stanie wojennym. Dwa lata temu zrobiła wszystkim niespodziankę i … wydała płytę pt. „Jeszcze w zielone gramy”. Poznaniacy tłumnie odwiedzali jej Galerię przy ul. Kramarskiej, gdzie przy lampce wina można było porozmawiać z Romanem Wilhelmim, czy Gustawem Holoubkiem. Od 15 lat ta poznańska animatorka wydarzeń i artystka zaprasza na koncerty do pierwszego prywatnego kościółka w Nekielce, około 40 km od Poznania.

ROZMAWIA: Małgorzata Rybczyńska

 Z Anną Kareńską, spotykamy się w kawiarni. Drobna, uśmiechnięta, ma w sobie wiele energii. Zamawia kawę z brązowym cukrem.

Pamięta Pani pierwszy koncert w Nekielce? Mieszkańcy musieli być zdziwieni sznurem dobrych samochodów ciągnących w kurzu polną drogą z odświętnie ubranymi pasażerami?

Anna Kareńska: O tak (śmiech)! Właściwie ten kościółek miał być rozebrany, był już nakaz, ponieważ jest to nieczynny już od II Wojny Światowej obiekt poewangelicki. Przechodził różne koleje losu, był magazynem broni, zboża i powoli niszczał. Ponieważ jest pod ochroną konserwatorską, burmistrz Nekli miał jednak obowiązek o niego zadbać. Oczywiście nikt nie miał na to pieniędzy, bo zabytek nie był cenny. Więc gmina postanowiła go sprzedać. Ale na co komu kościół (śmiech)? I tu wkracza mój mąż (Andrzej Kareński-Tschurl). Rok wcześniej kupiliśmy nieodległy Dwór w Podstolicach, więc mieliśmy informacje, że kościołek jest na sprzedaż. Kiedy mąż go zobaczył,  zachwycił się nim. Rzeczywiście jest to magiczne miejsce. Teraz w Nekielce mieszka więcej ludzi, ale wtedy, w 1998 roku, stały tam dwie, trzy chaty. Zobaczyliśmy łany zbóż i samotnie stojący kościółek. – Zobacz jaki piękny – mówił mąż. Ja byłam bardziej sceptyczna. – Niech Ci nie przyjdzie do głowy go kupić – przestrzegałam. Wydawało mi się, że odpuścił. Wydawało mi się … (śmiech). Jakiś czas później przy śniadaniu, czytając Express Poznański, dowiedziałam się, że jest pierwszy prywatny kościół, którego właścicielami są… Kareńscy! Byłam wściekła i w domu była lekka awantura. Wtedy nie mieliśmy jeszcze pomysłu, co z tym zrobić, obiekt był zniszczony. Tymczasem mój mąż – wizjoner,  po tym, jak się zachwycił, powiedział – trzeba zrobić dach  i jeszcze to, to i  tamto, po czym … wyjechał! I tak wzięłam się do roboty!  Zanim postanowiłam stworzyć scenę koncertową, kościółek stał pusty przez prawie dwa lata. Mieszkańcy przyjęli  mnie bardzo życzliwie. Przychodzili, oferowali pomoc, chcieli wypożyczyć nam meble, dywany, krzesła. Dotąd odnoszą się z dużą sympatią do tego miejsca i moich działań. Kościółek lubią też artyści. Śp. Zbyszek Wodecki napisał mi w księdze pamiątkowej: „Trzymaj Nekielkę rękoma i nogami”.

Pierwszy koncert?

To był występ Zespołu Muzyki Cerkiewnej pod dyr. ks. Jerzego Szurbaka. Jak ten czas leci! W ubiegłym roku minęło nam piętnastolecie, które świętujemy w tym sezonie. Pamiętam, że było trochę zimno, nie było jeszcze okien, naprawiony był tylko dach. Bardzo chciałam, aby z pierwszym koncertem wystąpił ktoś znany, ktoś, kto przyciągnie publiczność. Przez rok rozmawiałam z Czesławem Niemenem i już się zgodził … ale nie zdążył. Koncert muzyki chóralnej był naturalną konsekwencją pierwotnego planu.

Potem z  artystami z pierwszych stron gazet nie było już problemów… 

Oczywiście, że nie. Choć najzabawniejsze jest zawsze tłumaczenie artystom, gdzie odbędzie się koncert. W kościele?!  – Często, kiedy proponuję występ, zauważam lekką konsternację. Oczywiście zdziwienie mija, gdy dokładnie opowiem o miejscu. Na początku miałam też frajdę, kiedy odbierałam artystów z poznańskiego dworca i wiozłam do Nekielki. Gdy przebijaliśmy się przez las, słyszałam albo widziałam czasem niewypowiedziane pytanie  – Boże, gdzie Pani mnie wiezie, to niemożliwe, żeby coś tu mogło być (śmiech). Jednym słowem, kiedy dziś widzę te sunące polną drogą samochody, podjeżdżające pod kościółek, mam nadal ogromną satysfakcję. Tyle razy obiecywałam sobie już, że powinnam zwolnić, ale to jest jak narkotyk. Muszę działać, coś organizować!

Ten salon towarzyski – jak Pani wspomniała – powstał już w Pani Galerii przy ul. Kramarskiej, prowadzonej od 1986 roku. Bywali tam Roman Wilhelmi, Jan Łomnicki, Kalina Jędrusik i wielu, wielu innych. 

Tak, to prawda, odbyło się tam kilka niezapomnianych koncertów, niestety nie zostały nagrane, nie ma po nich śladu. Człowiek nie przywiązywał do tego wagi, wydawało się, że będziemy żyć i działać wiecznie (śmiech), a teraz żałuję. Wielu z tych artystów już z nami nie ma. To było miejsce koncertów, długich rozmów, a także siedziba  jednego z pierwszych w Polsce klubów miesięcznika Twój Styl, któremu przewodniczyła poznańska  dziennikarka radiowa, Dorota Juszczyk.

Galeria i sala koncertowa w  kościółku w Nekielce to, można powiedzieć, druga część Pani życiorysu. Na początku była piosenka z laurami na festiwalu w Opolu (jedna z głównych nagród w kategorii nowych talentów). 

To dawne dzieje, ale rzeczywiście, kiedyś wspólnie z Mirą Kubasińską miałam przyjemność występować podczas koncertu Czesława Niemena i Niebiesko – Czarnych. Koncertowałam z wieloma grupami, śpiewałam w wielu znanych klubach, między innymi w poznańskiej Od Nowie. Bardzo to lubiłam, to niepowtarzalne uczucie. Kiedy raz wejdzie się na scenę, człowiek „wsiąka” na dobre.

Dlaczego zaniechała Pani kariery? 

Szczerze mówiąc, podobnie jak innych artystów, moją karierę przerwał wybuch stanu wojennego w 1981 roku. Z życia artystycznego na parę lat wycofała się cała nasza grupa, m.in. Mira Kubasińska, Teresa Tutinas. Przestałyśmy koncertować, pojawili się nowi artyści. Potem, żeby mieć kontakt ze sceną, założyłam galerię, na początku sama tam nawet śpiewałam, ale potem zajęłam się rodziną, dziećmi… Nie było czasu na scenę.

Trzy lata temu postanowiła Pani jednak znowu zaśpiewać…

(śmiech) Sama nie wiem, co było impulsem. Pomyślałam: „czemu nie”? Miałam kilka bardzo dobrych piosenek i uważałam, że mogę do nich powrócić. Oczywiście, to nie było tak, że siadłam i nagrałam płytę. Chodziłam na lekcje śpiewu do Antoniny Kowtunow i poznańskiego pianisty, kompozytora i aranżera, Andrzeja Borowskiego, musiałam popracować nad głosem i dykcją. Wspólnie opracowaliśmy 15 piosenek i przygotowaliśmy pełen recital.  To nie było łatwe, po 10-letniej przerwie. W końcu udało się, koncert odbył się w Podstolicach. Zostałam dobrze przyjęta, może dlatego, że publiczność w dużej mierze stanowili moi znajomi (śmiech). Ten recital miał też dla mnie szczególne znaczenie, ponieważ wystąpił ze mną nieżyjący już, świetny aktor Krzysztof Kolberger, który wzbogacił mój występ, recytując wiersze. Powtórzyłam nawet ten recital, bo cieszył się dużym zainteresowaniem. Potem byłam zapraszana na różne muzyczne spotkania, gdzie śpiewałam. Zauważyłam, że wiele osób nagrywa telefonem moje piosenki. Często też pytano mnie, dlaczego nie nagram płyty? Tak mnie to wszystko zachęciło, że po kilku latach, nic nikomu nie mówiąc …

… zaskoczyła Pani męża? 

Dokładnie tak! Był zdumiony i zaskoczony, trochę się boczył, że decyzję podjęłam bez niego, ale w końcu pomógł mi w zaprojektowaniu okładki. W przypadku dojrzałych artystek to pewien problem (śmiech). Ostatecznie okładka wyszła ciekawie, bo zdjęcia są konturowe, niedosłowne. Poszłam do Jacka Skowrońskiego, pianisty, kompozytora i aranżera i wspólnie nagraliśmy materiał na płytę. To zestaw piosenek sprzyjających wyciszeniu, relaksujących. Ta płyta dała mi tyle przyjemności. To zwieńczenie mojej kariery, coś, co po mnie pozostanie. Jestem przeszczęśliwa!

Na tej płycie pojawia się również młody wykonawca, Rafał Sekulak.

Tak, jedną piosenkę nagrałam z utalentowanym piosenkarzem młodego pokolenia. To utwór, który przyniósł mi sukces na festiwalu opolskim z muzyką Jerzego Miliana i Andrzeja Dąbrowskiego do tekstu Jonasza Kofty pt.”Dobrze jest”.

Wracając do małżeńskich relacji –  mimo tych wzajemnych zaskoczeń bardzo się wspieracie w realizacji własnych, licznych projektów?

Tak, to prawda. Zawsze tak było. Kiedy otwieraliśmy galerię przy Kramarskiej, był podział: ja – scena, mąż – galeria. Potem w Podstolicach było podobnie. Organizowaliśmy tam wspólnie wiele wydarzeń, wystawy porcelany i towarzyskie artystyczne spotkania.

Co teraz dzieje się w Dworze w Podstolicach?

Sądzę, że zbliża się nieuchronnie czas zmian.  Dwór potrzebuje młodego, prężnego menedżera, który zadba o ten piękny obiekt. Na razie zajmujemy się porządkowaniem parku po ostatnich nawałnicach, które powaliły nam wiele starych, pięknych drzew.

Tyle lat zajmuje się Pani działalnością w branży rozrywkowej, jak Pani ocenia poznaniaków?  Są chętni do takich spotkań z artystami, nawet w środku lasu, jak w Nekielce, czy Podstolicach? 

Lata osiemdziesiąte to był szczególny czas. Wystartowaliśmy w 1986 roku. Aby prowadzić Scenę i Galerię przy Kramarskiej, musiałam mieć zezwolenie z Ministerstwa Kultury i Sztuki. Podobną działalność o charakterze prywatnego teatru  prowadziła w tamtych latach Ewa Demarczyk w Krakowie. To było wszystko. Więc na początku ludzie odwiedzali nas bardzo licznie, brakowało miejsca, nie wszyscy mogli się dostać. Wtedy pojawił się pomysł na kupno Podstolic, gdzie można było swobodnie porozmawiać z artystami po spektaklu. Wspominam czasy, kiedy Krzysztof Kolberger zamierzał u nas  recytować Miłosza, musiałam wtedy zabiegać o zgodę cenzury. Trzeba było mieć oficjalne zezwolenie  nawet na serwowanie lampki wina. Kiedy otwierały się kolejne tego typu lokale, zaczęto organizować więcej koncertów, publiczność nieco się rozproszyła. No i okazało się, że nie zawsze wszystkim po drodze do położonej nieco dalej Nekielki czy Podstolic, choć nadal mogę liczyć na wierną publiczność.

Za chwilę wakacje, warto śledzić co dzieje się w Nekielce? 

Oczywiście,  16 czerwca wystąpi Alicja Majewska i Włodzimierz Korcz, a 15 lipca Aleksander  Machalica z piosenkami Młynarskiego. Pracuję już nad planami na wrzesień. Zapraszam !!!