Koniec Dębiec

3 lipca 2018

Po kamienicy przy ulicy 28 Czerwca 1956 r. został tylko smród spalenizny i gruzy ogrodzone blachą. Z zabytków zachowały się stare domy bambrów, a w jednym z nich do dziś żyją wspomnienia II wojny światowej i kul wystrzeliwanych z czołgów prosto w okna. W Lodziarni Cytrynowej serwują pyszne lody, w planach jest nowa linia tramwajowa aż do stacji Shell, a stary już Manhattan może zyskać nowe miejsce. W miejscu mleczarni stoi dziś osiedle, a Fort IXa zamiast stać się atrakcją, niszczeje. Jest tu coraz mniej młodych ludzi, a powiedzenie: „Każdy z Dębca to przestępca”, dawno zostało zapomniane. 

TEKST i ZDJĘCIA: Joanna Małecka

Przy ulicy 28 Czerwca 1956 roku tramwaj skręca na pętlę. Samochody zatrzymują się, żeby go przepuścić. Jakiś chłopczyk z balonem w ręce macha do pasażerów. Nikt nie odmachał. W tle słychać sygnał przejazdu kolejowego. Tworzy się korek, kierowcy otwierają szyby, żeby łyknąć świeżego powietrza. Jest gorąco i duszno, przed chwilą u kogoś w aucie pani w radiu zapowiadała burze. Stoję tuż przy torowisku. W ogrodzie pod numerem 290 plac zabaw dla dzieci. Pusto, jakby upał wszystkich wygonił. Charakterystyczny dom z czerwonej cegły od dołu umazany jest graffiti. Na fasadzie widnieje napis: Przedszkole. To stary dom Państwa Trittów. W pamiętniku świętej pamięci Edwarda Hadyniaka, który się tu wychował, jest kilka zapisków i kilka powyrywanych kartek. Trzymam go w ręce przenosząc się w czasy II wojny światowej. Hadyniaków stąd nie zabrali, bo ciężko pracowali. Edward szył buty dla Niemców. Był jednym z najbardziej szanowanych i utalentowanych szewców w Poznaniu. Notował każdą minutę z tego dnia, choć dla przeciętnego człowieka wydawałoby się to niemożliwe. „Pamiętam ten dzień. Przed domem stanął czołg i wycelował prosto w nasze okna. Ktoś krzyknął padnij. Padłem, Irena też padła i tak leżeliśmy na podłodze. Rozbiła się szyba a nad naszymi głowami przeleciała bomba. To był moment kiedy ostatecznie wpadła do domu sąsiada”. Potem uciekli i schowali się w piwnicy. Przez ich okna przeleciało jeszcze kilka niemieckich pocisków.

Bambrzy byli pierwsi…

Trittowie byli jedną z rodzin zamieszkujących ówczesną ulicę Dębiecką (dziś 28 Czerwca 1956 roku). Był to jeden z wielu domów bamberskich w tej okolicy. Obok stał dawny dom rodziny Paetzów, dwupiętrowy, zbudowany na początku XX wieku, dalej dom mieszkalny i pomieszczenia gospodarcze Kosickich, piętrowy i prostokątny dom rodziny Krychów, dom rodziny Walterów częściowo parterowy, częściowo piętrowy z figurką św. Wawrzyńca we wnęce elewacji frontowej. Wszystkie istniejące domy bamberskie posiadały jeszcze w roku 1995 stare budynki gospodarcze, które w ostatnich latach zostały wyburzone.

…potem powstała tu lodziarnia…

Osiedle Bambrów na Dębcu powstało około 1730 roku. Poza starymi zabudowaniami były tu pola i łąki. Pożar w 1876 roku pozbawił rolników zabudowań, plonów i większości zwierząt hodowlanych. Odbudowywano wieś a część z tych budynków można podziwiać do dziś. Obok nich stoją dziś stare pawilony z kasetami, ciuchami i kwiatami. Idąc w kierunku kościoła zatrzymuję się na chwilę w niedawno otwartej Lodziarni Cytrynowa. – Jakie chcesz smaki? – pyta wysoka, szczupła brunetka syna Stasia. – Nie wiem mamo, chyba truskawka. – A może cytrynowy? – A może być – odpowiada syn i maże lodem po ladzie. – Chodź, wyjdźmy już, bo z tego loda niewiele Ci zostanie – apeluje mama i wychodzą na zewnątrz. Przy stolikach rozmieszczonych na chodniku siedzi kilka osób. Wszyscy zajadają.

…niektórych z mieszkańców dziś już nie ma…

Spoglądam na drugą stronę ulicy. Po kamienicy, w której przed chwilą zginęło pięć osób, nie ma śladu. Podchodzę bliżej. Metry blachy osłaniają resztki gruzu. Po jednej stronie walają się fragmenty materacy i firan. Śmierdzi spalenizną. Belki stropowe, częściowo podpalone, przykrywają cegły. Już nic tu nie zostało. – Niech Pani tam nie patrzy, nie ma na co – mężczyzna z psem zatrzymuje się obok. – Widzi Pani, oni jeszcze niedawno żyli, te dzieci bawiły się tu na podwórku. A teraz? Tragedia, wielka tragedia. – Często Pan wspomina te rodziny, które tu mieszkały? – pytam. – Pani, codziennie się o nich modlimy. O tych co zginęli i o tych co musieli się stąd wyprowadzić. Przecież tu był ich dom. Idę, bo widzi Pani, że łzy same pchają mi się do oczu. Mężczyzna w zielonym swetrze, z lekko przyprószoną brodą, wyciąga z kieszeni chusteczkę i ociera łzy. – Niech się Pani też za nich pomodli – rzuca i pociągając psa za smycz odchodzi w kierunku bloku. Mój wzrok utyka w resztach fundamentów. – Nic tam Pani nie zobaczy – kobieta z kiosku obok wychyla się z papierosem. – Tu był taki huk, że myśmy prawie zawału dostali. Dobrze, że obok jest szkoła aspirantów, szybko przyjechali.

…ale pozostał kościół…

Budynek szkoły, nieopodal, przy ulicy Czechosłowackiej, od zawsze kojarzy się z Dębcem. Panowie w mundurach wychodzą właśnie z zajęć. Elegancko odprasowani, w niebieskich koszulach, niebawem zasilą szeregi Państwowej Straży Pożarnej. Idą w kierunku Kościoła Świętej Trójcy. Krzysztof Kempski, przewodniczący rady Osiedla Zielony Dębiec, czeka na mnie pod drzwiami. – Dębiec to tak naprawdę, poza zabudowaniami bamberskimi, sypialnia Cegielskiego – mówi. – Tak przynajmniej się mówi na to miejsce. Nie mamy tu specjalnie zabytków. Bloki, które Pani widzi powstały w latach 60-tych na potrzeby pracowników zakładu.

…obok którego ma być tramwaj…

Ruszamy w kierunku autostrady. Jest nowy chodnik i miejsca parkingowe. Wszędzie mnóstwo zieleni. Jakaś pani sprząta po swoim psie. – Po stronie wschodniej wstrzymaliśmy się na razie z pracami, bo ma tutaj iść tramwaj, aż do samej stacji Shell – wyjaśnia Krzysztof Kempski. Na razie nie wiadomo jednak co będzie z tą inwestycją, bo zdania mieszkańców na ten temat są podzielone. Pachnie świeżo wypieczonym chlebem. – Pani, gdzie pani mi tu pod koła wchodzi – kierowca samochodu z napisem Fawor zwraca uwagę kobiecie spieszącej się prawdopodobnie na nadjeżdżający autobus. – Rozjechałbym Panią, proszę uważać. – Babciu, może wejdziemy po bułki? – mała, piegowata dziewczynka stanęła jak wryta kiedy poczuła zapachy wydobywające się z piekarni. – Na razie musimy iść na rynek – kobieta w berecie bierze wnuczkę za rękę i przebiega przez przejście dla pieszych.

…i nowy Manhattan…

Kolorowe, stare, rozpadające się stragany wyglądają okropnie. Kupcy przekrzykują się w cenach świeżych warzyw i owoców. Gwar nie z tej ziemi. Pomiędzy młodymi ziemniakami, truskawkami, kalafiorem a kapustą kupić można bambosze, koszulki do spania, torebki, a nawet skorzystać z usług szewca. Gdzieś dalej wysoki mężczyzna z wąsem sprzedaje obrusy. – To nasz Manhattan – śmieje się Krzysztof Kempski. – Tak nazywamy to miejsce. Powiem więcej, chcieliśmy ten ryneczek przenieść, tam, dosłownie 50 metrów stąd, ale jest grupa, która blokuje ten pomysł. Na Dębcu od lat jest problem z parkowaniem. Zyskalibyśmy tu parking, a kupcy przenieśliby się za pawilon. I proszę zobaczyć jak byłoby lepiej. Manhattanu to nie przypomina. Jadąc z autostrady do miasta podziwiać można kolorową bieliznę i laczki. Na szczęście po drugiej stronie jest nieco lepiej.

…może ożyje też fort…

Do parku wchodzi grupka chłopaków z pobliskiej szkoły. Odpalają papierosy. – Tej, a co było w trzecim zadaniu, pamiętasz? – Piotrek w głowie próbuje znaleźć rozwiązane testu, który pisali przed chwilą. – Weź, myślisz, że ja pamiętam? Taki byłem zdenerwowany, że nic nie wiem z tego – Adam nerwowo liczy coś w zeszycie. Niedługo odbiorą dowody osobiste. Nie mogą się już doczekać. Chcą być informatykami. – Pani wie, dziś informatyk jest w cenie, ale nie tylko dlatego tu się uczymy. Po prostu to lubimy – Krzysztof uśmiecha się od ucha do ucha. Ale niech Pani idzie dalej, tam jest dopiero obiekt – mówi i pokazuje mi bunkier pośrodku parku.

Idąc wzdłuż, ponoć nielegalnie postawionych tutaj garaży, dochodzę do Fortu IXa. To jeden z osiemnastu fortów wchodzących w skład Twierdzy Poznań. Zamknięty na cztery spusty. Czasem ktoś zagra tu w paintball. – Chcielibyśmy ożywić to miejsce – mówi Krzysztof Kempski. – Proszę spojrzeć, że na dachu obiektu jest ziemia. Można by zrobić tam miejsce do wypoczynku. Poza tym musimy osuszyć fosę, bo przez stojącą tam wodę fort ulega dewastacji.

Ciągnie się wzdłuż całego parku. Pośrodku wielka polana. Kilka osób spaceruje z psami. Może niedługo pojawi się tutaj miejsce na scenę, gdzie organizowane będą koncerty.

…podobnie jak ożył park po działkach…

Po drugiej stronie ulica Kasztanowa. Można nią dojść do aż sześciu przedszkoli, szkół i parku. Na końcu tej ulicy kiedyś były ogródki działkowe. W trakcie rozbiórki złomiarze wynieśli stąd wszystko. I dobrze, bo dziś jest piękny park z alejami dla rowerzystów, ławeczkami. Niedługo nasadzone będą kwiaty i kolejne krzewy. Mają tu powstać place zabaw dla dzieci – tych mniejszych i nieco większych. Dla posiadaczy czworonogów będzie też wybieg dla psów. W oddali budowany jest kościół. – Widzi Pani, i to tyle Dębca – mówi Krzysztof Kempski i zawiesza wzrok na wysokich blokach niedaleko Drogi Dębińskiej. Urodził się na Łazarzu. Mieszkał tam z rodzicami do czwartego roku życia. Potem przywędrował na Dębiec i już został. – Pamiętam te nieużytki – pokazuje palcem teren pomiędzy blokami. – Na ulicy Orzechowej graliśmy w kapselki. Kiedy przejeżdżał samochód to było święto, a najczęściej była to stara warszawa na taksówce. W okresie jesiennym kursowały tu furmanki konne, z których sprzedawano pyry w workach. Pamiętam też jak mleczarze ustawiali nam mleko pod drzwiami. Wystarczyło wykupić abonament miesięczny.

…i tunel, który służy mieszkańcom…

Na miejscu dawnej mleczarni Dębiec stoi dziś osiedle. Nie jeżdżą furmanki. Nikt już nie zostawia mleka na wycieraczce. Wracam w okolice kościoła. Przy wejściu do tunelu czeka Rafał Kowalski. – Dzisiaj to mamy tutaj super drogę, ale do niedawna jeszcze trzeba było stać w korku, bo ciągle zamykali przejazd – mówi. W latach 80-tych jeździł moskwiczem. Wraz z żoną Anną i córką codziennie przekraczali tory kolejowe na Dębcu. – Mój samochód był dość awaryjny – wspomina. – Proszę sobie wyobrazić, że kiedyś zamknęły się za mną rogatki. Auto zgasło centralnie na torach. Patrzę w prawo a tu zbliża się pociąg. Żona w panice krzyczy, już chce wybiegać z samochodu i ratować Antosię a ten grat odpala. To były sekundy. Dziś już nie ma tego problemu. Mieszkańcy czekali na ten tunel 40 lat. Mogą z niego korzystać nie tylko kierowcy, ale również piesi i rowerzyści. Inwestycja długo nie cieszyła jednak poznaniaków, bo na jezdni pojawiły się wybrzuszenia, a na ścianach zacieki. Trzeba zwalniać do 30 kilometrów na godzinę. Na razie nie wiadomo co będzie dalej.

..prowadzący na Świerczewo

Przechodzę na drugą stronę torów. Ulica Opolska jest mi szczególnie bliska. Krzysztof Kempski zaznaczył jednak, że to nie Dębiec, a już Świerczewo. W okolicy wciąż te same sklepy i domy jak w latach 90-tych. To tu się urodziłam, tu sąsiad groził mi nożem a drugi wciągnął pod huśtawkę. To tu jeździłam rowerem i jadłam suchy chleb zrzucany przez okno w reklamówce. I to tutaj wrócę za miesiąc, by oprowadzić Państwa po dzielnicy mojego dzieciństwa…