Krawcowa

26 czerwca 2018

Przyjeżdżają do niej klienci z całego Poznania. Często wpada ktoś z ulicy, bo przed chwilą odpadł mu guzik i trzeba szybko przyszyć. Zawód, który jeszcze kilka lat temu był kompletnie niedoceniany, dziś wraca do łask a zakłady krawieckie przeżywają prawdziwe oblężenie. Podobnie jak z innymi fachowcami trzeba tylko mieć szczęście, żeby trafić na dobrego, w tym przypadku na Beatę Piotrowską.

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

W pasażu przy ulicy św. Marcin pod numerem 28 zakład krawiecki. W środku trzy maszyny. Jedna szyje prosto, druga obrzuca i obcina, a trzecia to dziurkarka. Pod sufitem wiszą kurtki, garnitury, koszule. W tle stoi żelazko przemysłowe. Na stołach pełno nici, nożyczki, różne rodzaje materiałów. W pracowni krawieckiej Tunika jest cisza i spokój. Przed chwilą wyszli ostatni klienci.

Dużo ludzi tu Panią odwiedza?

Beata Piotrowska: Rzeczywiście, mam sporo stałych klientów. Ale żeby ludzie przychodzili i wracali to trzeba swoją pracę wykonywać bardzo dobrze. To z kolei wymaga czasu. Jest to zawód, który trzeba kochać, bez tego nie ma sensu siadać do maszyny. No i potrzebna jest konkretna wiedza. To nie jest tak, że jeśli zwężę komuś spodnie w konkretnym miejscu to reszta ułoży się sama. Trzeba brać pod uwagę każdy centymetr materiału, żeby czegoś nie zepsuć.

Co Pani najczęściej poprawia?

U mnie robi się wszystko: skracanie, zwężanie spodni, spódnic, poprawki na delikatnych materiałach. Zdarza się, że panie zmieniają długość ramion w sukienkach czy bluzkach. I tutaj też trzeba wiedzieć jak to zrobić, bo można to zrobić krzywo. Mamy jakiś limit długości materiału, którego nie możemy przekroczyć. Zwężam koszule męskie, garnitury, skracam rękawy w marynarkach. Panowie chcą dziś dobrze wyglądać, więc dopasowują ubranie do sylwetki. Szyję spódnice, suknie, rzeczy dziecięce. Najczęściej są to ubrania na baliki, wesela. Uwielbiam bawić się z tiulem i dodatkami. Jeśli tylko mam takie zamówienie przychodzę specjalnie w sobotę i szyję.

Dużo czasu zajmuje uszycie takiej sukienki?

Minimum pięć godzin. Wszystko musi być idealnie dopracowane. Zazwyczaj są to długie sukienki czy spódnice, które świetnie wyglądają na dziewczynkach.

Dużo ma Pani takich zamówień?

Ostatnio szyłam trzy sukienki. Teraz mamy okres komunijny, gdzie pojawia się więcej klientów, potem będzie sezon weselny. Często jest tak, że jeśli ktoś ma dwójkę dzieci to chce żeby były tak samo ubrane.

Przyszywa Pani guziki?

Rzadko. Chociaż zdarza się, że komuś urwie się guzik i po prostu tu wpadnie. To najczęściej są przyjezdni, którzy w drodze ze spotkania na spotkanie, szarpną gdzieś mocniej koszulę czy. I mimo, że na co dzień tego nie robię to chętnie im pomagam.

Zawsze chciała być Pani krawcową?

W zasadzie to całe życie jestem związana z tym zawodem. Moja babcia była krawcową, ale szyła tylko dla nas. Nie skończyła żadnej szkoły. A ja zasiadałam czasami do jej maszyny i szyłam różnego rodzaju spódnice. Czasem słyszałam, że z materiału który miałam do dyspozycji, nic się nie da zrobić, a mnie udawało się uszyć jakąś kreację. I potem wszyscy byli zdziwieni. Zresztą za moich czasów nie było materiałów, szyło się z tego co było dostępne. Farbowaliśmy pieluchy tetrowe, dżinsy, rajstopy. I wtedy z niczego robiłaś coś.

Pamięta Pani swój pierwszy projekt?

Pamiętam spódnicę, którą zrobiłam z materiału, który teoretycznie nie nadawał się do niczego. Udekorowałam ją koronkami i wyszło naprawdę super. Nosiłam ją bardzo długo, miałam ją chyba z dziesięć lat. Zresztą mam kilka spódnic, które są bardzo dziwne, mają podoszywane różne elementy. Wczoraj miałam na sobie właśnie jedną z takich: dwa materiały i dwa różne kolory połączone razem. Potem robiłam bluzy, takie szerokie, bardzo modne w tamtych czasach. Szyłam je z niczego, z rzeczy przeznaczonych do wyrzucenia. Do ślubu cywilnego też przygotowałam sobie sukienkę. Była w kolorze oranżu, ze specjalnej dzianiny, którą można było rolować. Cały rulon na dole obszywałam ręcznie granatową wełną. Potem z tej sukni zrobiłam ubrania dla dzieci na balik.

Jak długo uczyła się Pani zawodu?

Trzy lata. Mieliśmy dwa dni praktyk i trzy dni zajęć lekcyjnych. I po ukończeniu szkoły można było iść do pracy, bo byliśmy na tyle przygotowani. Dzisiaj ten poziom nauczania zawodu jest znacznie niższy, bywa tak, że dziewczyny po szkole nie potrafią wykonać prostego ściegu. Po szkole pracowałam w zakładzie dziewiarskim, na różnych maszynach. Tam naprawdę wiele się nauczyłam. Szyliśmy przede wszystkim sweterki. Potem, przez okres ciąży i macierzyństwa, pracowałam trochę w domu. Głównie obszywałam dzieci. Bywało tak, że razem z córką chodziłyśmy w takich samych sukienkach (śmiech.

Co trzeba zrobić, żeby być dobrą krawcową?

Przede wszystkim trzeba kochać tę pracę i słuchać klienta. Po drugie – umiejętności, a po trzecie trzeba wyposażyć się w park maszynowy. Na domowej maszynie nigdy nie będzie takiego efektu jak na przemysłowej. Jeśli chodzi o uczniów to życzę im, żeby trafili do dobrego zakładu. Bez tego dziś nie mają szans.

Zdarzyło się Pani, że coś nie wyszło?

Pewnie. Raz przypaliłam klientce firany. Nie wiedziałam, że ten materiał pod wpływem pary może się zniszczyć. Ale zawsze zostawiam sobie zapas, więc i tym razem zostawiłam sobie fragment materiału u góry. Oczywiście potem siedziałam dwie godziny i to poprawiałam, ale klientka się nie zorientowała.

Czy jest coś co chciałaby Pani uszyć?

Inaczej – nie chciałabym szyć mundurów. Współczuję tym, którzy je szyją.

Idąc ulicą zwraca Pani uwagę na za długie nogawki albo źle przyszyty guzik?

Dzisiaj już nie, ale kiedyś miałam taką manię, że jak szłam do kościoła to nie mogłam się skupić na tym co ksiądz mówi, tylko spoglądałam na ludzi i wszędzie widziałam jak krzywo albo niechlujnie mają skrojone rzeczy. I od razu chciałam je poprawiać. Potem siadałam już w pierwszej ławce, żeby na to nie patrzeć.