Krzysztof Antkowiak: Mam swój zakazany owoc

11 lipca 2018

Po jego ostatnim koncercie w poznańskim Pretekście publiczność biła brawo na stojąco. Ma wyjątkowy, charakterystyczny głos i niezwykłą wrażliwość, którą zaraża innych. Większość wciąż kojarzy go z piosenką „Zakazany owoc”, którą wykonywał w 1988 roku w Opolu jako 15-latek. I choć chętnie wraca do tego utworu w trochę innej aranżacji, dziś Krzysztof Antkowiak to dojrzały i spełniony muzyk, otwarty na ludzi i na świat, któremu rezygnacja z kariery w latach 80-tych uratowała życie.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Urodził się w Poznaniu i to na Ratajach spędził dzieciństwo. Zresztą do dziś mieści się tam jego pracownia. Pisze teksty, tworzy muzykę i ciągle koncertuje. Rozdarty pomiędzy Poznaniem a Warszawą chętnie tutaj wraca, bo tu jest jego miejsce na ziemi. Spotykamy się w poznańskim hotelu Sheraton. Krzysztof zamawia kawę i nuci pod nosem. – Kocham muzykę i to się nigdy nie zmieni – mówi, a jego oczy nabierają blasku.

Jedną nogą jesteś w Poznaniu, drugą w Warszawie? A sercem?

Na autostradzie A2 (śmiech). Serce mam w Poznaniu, to tutaj się wychowałem, tu spędziłem dzieciństwo. Wciąż mam ogromny sentyment do osiedla, na którym mieszkałem, Lecha Poznań, który jest moją ukochaną drużyną. Jak tylko mogę czynnie kibicuję na poznańskim stadionie. Tak naprawdę Poznań jest moim portem i zawsze tu wracam.

Mieszkałeś na Ratajach, prawda?

Tak. Moim domem było Osiedle Bohaterów II Wojny Światowej. Dużo czasu spędzałem na podwórku, jeździliśmy z chłopakami na rowerach, graliśmy w piłkę. Po przeprowadzce na Grunwald, jednym z moich sąsiadów był Piotr Reiss, z którym się świetnie bawiliśmy. Często umawialiśmy się na boisku Szkoły Podstawowej nr 76, przy ulicy Sierakowskiej, żeby sobie pograć.

Jak wspominasz dzieciństwo?

Fajnie, bo wszyscy byliśmy razem. Dzieci z bloków spotykały się po szkole, graliśmy w kapsle, ciągle byliśmy w ruchu, mamy zrzucały nam z balkonu chleb ze smalcem. Takie beztroskie dzieciństwo. Dziś, kiedy patrzę na to jak dzieciaki spędzają czas to łapię się za głowę. Widziałaś ostatnio kogoś na podwórku? No właśnie. Teraz siedzi się przed komputerem i gra w gry. Żeby było jasne: nie mam nic do komputerów, ale trzeba pamiętać, że ten sprzęt ma też drugą stronę i może stać się tzw. czarną dziurą. Nikt już dziś nie gra w gumę, nie szuka skarbów, nie bawi się w szukano. Uważam, że my mieliśmy lepsze dzieciństwo.

Wracasz tam czasami?

Bywałem tam z sentymentu ale wszystko się zmieniło. To osiedle jest zupełnie inne niż to, które ja pamiętam. Jest więcej bloków, nie ma przestrzeni, wszystko zabudowane.

Miałeś takiego prawdziwego przyjaciela z podwórka?

Moje znajomości z podwórka urwały się kiedy w wieku dziewięciu lat przeprowadziliśmy się na Grunwald. Największe przyjaźnie zawiązałem w szkole muzycznej, a część z nich trwa do dziś. Trzy lata temu mieliśmy 25-lecie matury.

I jak było? Poznaliście się?

No właśnie nie (śmiech). Najlepiej wyglądały dziewczyny, na które nikt nie stawiał (śmiech). A tak naprawdę to było całkiem miło. Niektórzy się fajnie rozwinęli i mają ciekawe życie. Muszę powiedzieć, że było to bardzo emocjonalne, ciekawe spotkanie po latach. Były osoby, które żeby się spotkać z klasą, przyjechały z Anglii i Niemiec.

Masz swoje ulubione miejsca w Poznaniu?

Lubię Sołacz, Golęcin. Mam taki ulubiony park, który jest mało uczęszczany przy Osiedlu Warszawskim, gdzie często spaceruję z kawą. To taka moja przerwa w pracy, bo niedaleko mam swoją pracownię. Lubię też Lasek Marceliński – w młodości zapuszczałem się tam na rowerze. Lubię Śródkę, Łazarz, Wildę.

Wyglądasz na szczęśliwego człowieka. Jesteś szczęśliwy?

Definicja szczęścia jest ogromna. Staram się żyć zgodnie ze sobą. Dziś bycie szczęśliwym człowiekiem to posiadanie w sobie spokoju. Życie to wieczna sinusoida i trzeba pilnować, żeby nie było zbyt wielkich wzlotów i upadków, tylko żeby zachować w sobie harmonię. I trzeba dążyć do tego, żeby mieć tę harmonię w sobie i nawet jeśli dzieje się coś wielkiego nie powinno wchodzić się w to całym sobą, bo ten stan nie będzie trwał wiecznie. Zresztą nic nie trwa wiecznie, więc we wszystkim trzeba mieć umiar i spokój.

Dziś masz ten spokój?

Wiesz co, pracuję nad tym cały czas. To nie jest mi dane na zawsze. Staram się mieć dystans do siebie, nie przywiązywać się do tego co jest dobre, ale też szybko przechodzić nad tym co jest złe i nie zatrzymywać się na porażkach, które spotykają każdego z nas.

Nie masz wrażenia, że im więcej razy upadamy tym potem jesteśmy silniejsi?

Oczywiście. Zawsze powtarzam, że co nas nie zabije to nas wzmocni. Po drugie człowiek ma twardsze cztery litery jak kilka razy upadnie (śmiech). Trzeba wiele przejść w życiu, żeby nauczyć się wychodzić z kryzysów i iść dalej. Nie ma sensu koncentrować się na złych rzeczach i w nich tkwić. Dziś cieszę się małymi rzeczami a to dużo zmienia w życiu.

Twoja branża jest trudna. Zastanawia mnie czy kiedy jesteś na szczycie to rzeczywiście masz wokół siebie tłumy, a potem kiedy przychodzi gorszy moment to nagle nie ma nikogo…

Może nie aż tak, że nie ma nikogo, ale człowiek, który staje się popularny, nieważne czy w mojej branży czy w każdej innej, ma wokół siebie wielu ludzi. Moja popularność to czasy, kiedy byłem nastolatkiem. Stałem się znany prawdopodobnie tylko dlatego, że nie było tylu mediów. Kiedy wystąpiło się w pierwszym programie telewizji publicznej od razu znała cię cała Polska, bo nie było nic innego i każdy to oglądał. Ja też doświadczyłem takiej popularności namacalnie, na ulicy. Ludzie podchodzili do mnie po autografy, krzyczeli, chcieli rozmawiać. Nie było czegoś takiego jak hejt w Internecie, nikt nie miał ochroniarzy. Sam musiałem o siebie zadbać. Z jednej strony miałem fanów, którzy mnie uwielbiali, fanki, które przychodziły na koncerty i pisały do mnie listy, z drugiej strony doświadczyłem dużo zazdrości, pewnego rodzaju nienawiści ze strony moich rówieśników, czy nauczycieli. I to wtedy bolało. To był dla mnie emocjonalny rollercoaster. W końcu miałem kilkanaście lat kiedy to wszystko na mnie spadło. Dużo pomagali mi rodzice. Dzisiaj mam świadomość, że moja muzyka nie wszystkim musi się podobać. Zresztą sama wiesz, że nie zadowolisz każdego. Robię swoje i zwracam uwagę na te fajne rzeczy a reszta…. niech się dzieje poza mną. Cieszę się, że mogę dać ludziom na koncertach jakąś radość, przeżycie. Często przychodzą do mnie po występie wzruszeni i dla mnie jest do najlepsza nagroda, bo wiem, że moja muzyka do nich dociera.

Hejt Cię nie rusza?

Nie zwracam na to uwagi. Pamiętam, że kiedy zdecydowałem się na udział w programie Twoja Twarz Brzmi Znajomo, postanowiłem, że nie będę czytał nic na swój temat. Byłem kompletnie odcięty od mediów społecznościowych i nie interesowało mnie to co ludzie piszą. Gdybym zaczął się w to wgłębiać to pewnie bym zwariował. Powiem Ci, że jak widziałem uczestników tego programu, którzy czytali te wszystkie komentarze, byłem przerażony. Stałem się świadkiem ludzkich dramatów. To jest coś strasznego. Zauważyłem też, że niektórzy ludzie, którzy są popularni są wręcz uzależnieni od tego co ktoś pisze na ich temat. I każdy ma prawo napisać co myśli, ale niech to będzie merytoryczna krytyka. Taka jest nam potrzebna.

Zawsze chciałeś śpiewać?

Wiesz co, zawsze śpiewałem. No i grałem w piłkę.

I powiedz, że śpiewałeś do lustra…

Nie, śpiewałem w wózku, kiedy mama wychodziła ze mną na spacery. Jak miałem roczek to już sobie gaworzyłem – tak przynajmniej twierdzi moja mama. Pierwszy utwór, który zaśpiewałem w całości w jakimś sklepie, w trakcie zakupów, to był Boney M. Kaleczyłem strasznie, ale nikomu to nie przeszkadzało. Ludzie widząc śpiewającego trzylatka reagowali raczej śmiechem. Mój tata i brat są muzykami, więc pochodzę z muzycznej rodziny. Dużo słuchaliśmy, dom zawsze był pełen dźwięków. Kiedy miałem dziewięć lat wystąpiłem w Przeglądzie Piosenki w Poznaniu, który wygrałem. Potem wziąłem udział w konkursie, który kwalifikował do dużego festiwalu w Koninie. To było w Domu Kultury Nad Wierzbakiem. I znowu wygrałem. Zostałem delegowany jako przedstawiciel Poznania do Konina, gdzie również zająłem pierwsze miejsce. Był 1986 rok. Śpiewałem piosenkę „Hello” akompaniując na fortepianie. Na tym konkursie zauważyli mnie Krzesimir Dębski i Jacek Cygan, którzy zaproponowali mi nagranie płyty „Zakazany owoc”. I tak to się zaczęło…

A kiedy zacząłeś grać na fortepianie?

W wieku 7 lat, w szkole muzycznej. Lubiłem fortepian, bardzo lubię perkusję. A teraz ja zadam Ci pytanie. Powiedz dlaczego kiedyś nasze babcie, prababcie, miały w domu pianino?

Nie wiem…

Dlatego, że granie na pianinie powoduje rozruch obu półkul mózgu u dziecka. Pamiętaj, że mamy niezależną prawą i lewą rękę. To było świetne narzędzie do rozwijania różnorodności. Podobnie jest w przypadku perkusji – angażujesz każdy element ciała, a wszystko jest sterowane mózgiem. To mocno rozwija i uwalnia niesamowite emocje.

Osiągnąłeś sukces w wieku 15 lat. Wszyscy śpiewali „Zakazany owoc”, byłeś wszędzie. I nagle Krzysztof Antkowiak zniknął z ekranów, z życia publicznego. Co się wtedy stało?

Zniknął, bo musiał skończyć szkołę. Poza tym popularność, która wtedy mnie przerosła. Musiałem wycofać się z życia publicznego i przestać grać duże koncerty. Wszystko po to, żeby normalnie żyć. Pamiętam kiedy wycieczki szkolne przyjeżdżały pod mój dom, a mama wychodziła do nich z termosem. Początkowo to było fajne, ale potem zaczęło męczyć. Musiałem zastanowić się co jest dla mnie ważniejsze – popularność czy edukacja. Wyjeżdżając w trasę nie było mnie w szkole półtora miesiąca. Nauczyciele powtarzali, że albo chodzę do szkoły i normalnie się uczę, albo nie mam tam czego szukać. I musiałem wybierać. Nie żałuję tego, że wybrałem naukę i spokój. Dziś wiem, że to uratowało mi życie.

To była Twoja decyzja?

Moja i rodziców.

Ale w końcu wróciłeś na scenę.

Tak. Znowu grałem koncerty, zrobiłem kilka projektów. Oczywiście zanim to nastąpiło to długo nie było mnie w tym tzw. show – businessie. W między czasie z różnymi muzykami przygotowałem kilka projektów, wypełniłem jakąś niszę. Nie pisano o nas w gazetach, nie byliśmy w telewizji. Ostatnią rzeczą, która przypomniała większej grupie, że istnieje ktoś taki jak Krzysztof Antkowiak, był program Twoja Twarz Brzmi Znajomo. Wcześniej zapraszano mnie do innych programów, ale odmawiałem, bo tego nie czułem. W tym show mogłem się sprawdzić jako ktoś kto może wcielać się w różne postaci i śpiewać. A to potrafię.

Co Ci dał ten program?

Na pewno doświadczenie. Poznałem fantastycznych ludzi, niezwykłą ekipę od charakteryzacji. Dużo dowiedziałem się o sobie. Zacząłem się otwierać i dobrze bawić. To jest program zupełnie inny niż pozostałe. Wychodzisz na scenę w masce, która ogranicza ruchy twarzy, ubrany w dziwne rzeczy. Masz założoną szczękę, która powoduje, że ciężko się śpiewa. Do tego dochodzi publiczność i ich reakcje oraz jury, które przypomina czasy szkolne – jakiś trudny egzamin. Ten program pozwolił mi pokonać blokady, które miałem w sobie. Dzisiaj gram inne koncerty. Jestem bardziej otwarty.

Po raz kolejny podjąłeś dobrą decyzję, jak wtedy kiedy miałeś 15 lat?

Tak.

Będąc na Twoim koncercie w Pretekście w Poznaniu, a nie słysząc Cię od czasu „Zakazanego owocu”, przyznam, że byłam w lekkim szoku. Ten koncert był niezwykły, pełen wrażliwości i dojrzałości. I to trochę otworzyło mi oczy na innego Krzysztofa Antkowiaka.

Ja mam taką publiczność, powiedzmy 30 plus. To są ludzie osłuchani z muzyką. Niektórzy pamiętają mnie z tamtych czasów i są ciekawi co teraz robię. I spotykam się z ludźmi, którzy przeżywają pewien rodzaj szoku – podobnie jak Ty i to jest świetne. Uwielbiam dawać im to czego się nie spodziewają. Z drugiej strony mam fanów, którzy wiedzą co robię od lat i przychodzą po prostu mnie posłuchać. To jest tak jak Zbyszek Wodecki mówił, że nie znosi „Pszczółki Mai”, która ciągnie się za nim od lat i na koncercie ludzie zawsze chcą jej posłuchać. Tak samo jest ze mną – ludzie zawsze będą mnie utożsamiać z „Zakazanym owocem” i trzeba to akceptować. Miałem taki moment, że kiedy tworzyłem inną muzykę nie mogłem się z tym pogodzić. Potem dopiero zrozumiałem, że to bez sensu. I fajnie jest przypomnieć ludziom tę piosenkę, może w trochę innej aranżacji. Kiedy oni śpiewają z Tobą refren to jest piękne. Wtedy bawię się razem z nimi. Zresztą dlaczego nie mam dawać ludziom tego, do czego mają sentyment. Powinienem się raczej z tego cieszyć.

Wolisz dziś zagrać mniejszy, kameralny koncert czy obcować z dużą publicznością?

Koncert w małym klubie jest zupełnie inny niż plenerowy. Największa publiczność, przed którą wystąpiłem to było 800 tysięcy ludzi (Światowe Dni Młodzieży). Wychodzisz na scenę i nie widzisz końca tłumu – to jest zupełnie inny rodzaj emocji niż w klubie. Nie masz kontaktu z każdym, chociaż czujesz ich energię. Wejście do miejsca, gdzie widzisz twarze, reakcje ludzi, możesz na nich spojrzeć, jest interakcja, to jest niezwykłe. Uwielbiam kameralne miejsca i takie koncerty sprawiają mi ogromną radość.

Dziś to Ty decydujesz gdzie występujesz czy ktoś Ci doradza?

Dziś mam bardzo komfortową sytuację, bo robię to co kocham i mogę z tego żyć. Chciałbym, żeby to trwało jak najdłużej, żebym mógł wychodzić na scenę i dawać ludziom radość. Dopóki będę cieszył się tym co robię będę to robił. Jeśli kiedyś wstanę i stwierdzę, że już dość, że to mnie już nie bawi, to przestanę to robić.

A co robiłbyś gdybyś nie śpiewał?

Ostatnio myślałem o tym, że chciałbym pracować jako wolontariusz. Miałem taką ideę, żeby stworzyć szkołę, która będzie uczyć muzyki, fotografii, malarstwa, dla dzieci z małych miasteczek, które nie mają szans się rozwijać i nie wiedzą, że mają talent. Chciałbym stworzyć takie miejsce gdzie mogliby przyjeżdżać na warsztaty. Nawet rozmawiałem na ten temat z paroma osobami. Jeśli kiedyś będzie mnie na to stać albo spotkam ludzi, którzy będą chcieli razem ze mną zbudować taką szkołę, to nie zawaham się ani chwili.

Muszę o to zapytać: masz swój zakazany owoc?

Tak, cały czas. Zakazany owoc codziennie staje na mojej drodze. Myślę, że każdy z nas to ma, bo jeśli nie ma dla Ciebie jakiegoś tabu to przestajesz się rozwijać i świat przestaje Cię ciekawić. Mylę się?

Nie…

 

Zdjęcia zostały wykonane w Bramie Poznania – Interaktywnym Centrum Historii Ostrowa Tumskiego