Lekarze, którzy odmieniają życie

9 października 2018

Ona – stomatolog, on – ortopeda. Pasja, jaką jest chęć niesienia pomocy, połączyła ich na zawsze. Zbudowali wyjątkową klinikę, w której pacjent czuje się jak w domu, a wizyta nie trwa piętnastu minut i nie kończy się tylko wypisaniem recepty. Tu lekarz ma czas żeby omówić dane schorzenie, udzielić pomocy i podarować choremu nowe, często lepsze życie. Tu nikt nie boi się dentysty, w poczekalni można napić się pysznej kawy i posłuchać muzyki. Stres? W Credus Clinic takie pojęcie nie istnieje, czego przykładem są pełni empatii lekarze z prawdziwego zdarzenia, a potwierdzeniem wychodzący stąd uśmiechnięci pacjenci.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Wchodząc do Credus Clinic nie czuje się zapachu środków antyseptycznych. W powietrzu unosi się za to aromat kawy, którą serwuje uśmiechnięta recepcjonistka. Nawet drzwi do gabinetów jakieś takie jak… w domu. Na ścianie telewizor, w tle recepcji kwiaty. Małgorzata i Tomasz Andrzejewscy z uśmiechem witają swoich pacjentów, którzy zasiedli na wygodnej kanapie.

Credus Clinic – co kryje się pod tą nazwą?

Małgorzata Andrzejewska: Credus oznacza godny zaufania. Chcieliśmy stworzyć miejsce, w którym pacjenci poczują się bezpiecznie i będą wiedzieć, że są otoczeni wszechstronną, medyczną opieką. Pokazujemy, że lekarz nie musi kojarzyć się wyłącznie z wypisaniem recepty, ale może traktować człowieka z empatią, a do jego leczenia podejść kompleksowo.

Tomasz Andrzejewski: I, w razie potrzeby, doradzić odpowiednie kroki w leczeniu, nie zostawiając pacjenta samemu sobie.

W dobie lekarzy, którzy mają dla pacjenta jedynie piętnaście minut, to rzadkość…

MA: To jedno. Z drugiej strony, wizyta u lekarza wiąże się zwykle z ogromnym stresem i, w pewnym sensie, skrępowaniem. Nie zawsze chcemy podzielić się swoimi problemami, czasem ukrywamy dolegliwości. Od początku chcieliśmy, żeby w naszej klinice pacjent nie do końca czuł się jak u lekarza, i żeby te wizyty nie kojarzyły się źle. Każdą osobę wchodzącą do kliniki wita uśmiechnięta recepcjonistka, która proponuje kawę, nawet przed wizytą u stomatologa. Później można skorzystać z jednorazowej szczoteczki do zębów znajdującej się w toalecie. W poczekalni można obejrzeć telewizję, posłuchać muzyki, poczytać. Jak w domu. Chodzi o to, żeby każdy mógł zrelaksować się przed spotkaniem z lekarzem. A dalej, kiedy proszony jest do gabinetu, staramy się tak z nim rozmawiać, żeby ten stres nie powrócił.

Udaje się?

MA: Udaje. Interesują nas losy naszych pacjentów. Dokładnie słuchamy co mają do powiedzenia i z jakim problemem do nas przyszli. Następnie tłumaczymy cały proces leczenia i edukujemy, jak dbać o swoje zdrowie. Każdemu pacjentowi staramy się poświęcić jak najwięcej czasu.

TA: Pacjent świadomy, który zrozumiał istotę swojego problemu, lepiej potem współpracuje, ponieważ doskonale zna zalecenia, rozumie proces leczenia i wie, że to wszystko ma doprowadzić do jego wyzdrowienia.

Czy ten kontakt z pacjentem łatwo złapać?

MA: Najtrudniejsza jest pierwsza wizyta, bo się nie znamy i nie wiemy czego się spodziewać. Kiedy spotykamy się kolejny raz – jest łatwiej.

TA: Pod koniec wizyty, kiedy wszystko jest wyjaśnione, rozmowa często schodzi na inne tematy, niekoniecznie dotyczące zdrowia (śmiech).

Jak Pani przełamuje tę barierę z pacjentem?

MA: Uśmiecham się…

A Pan?

TA: To u nas rodzinne (śmiech).

Czy każdy problem, schorzenie da się jasno wytłumaczyć?

MA: Tak, wszystko da się wytłumaczyć, jeśli się tylko chce. W rozmowie z ludźmi używamy prostego języka, bez fachowych, lekarskich sformułowań, których nikt poza nami nie rozumie. Zmniejszamy też dystans lekarz – pacjent, żebyśmy mogli się poznać, a nawet zaprzyjaźnić, ponieważ wtedy pacjent chętniej do nas przychodzi, a my możemy mu szybciej pomóc. Jestem stomatologiem, a więc staram się tak podchodzić do pacjentów, żeby się mnie nie bali. Często tłumaczę, że dziś mamy takie metody leczenia, że nie musi boleć. I jeśli się go przekona, wtedy pacjent przychodzi chętniej i częściej, dzięki czemu mamy mniej leczenia. Oczywiście, dla pacjentów bardzo zestresowanych, takich wręcz z dentofobią, staram się od razu skracać dystans po to, żeby pokazać, że dentysta to też człowiek, który chce pomóc, a nie skrzywdzić. Im też wychodzimy naprzeciw, robiąc zabiegi w znieczuleniu ogólnym, w asyście anestezjologa.

Zdarza się Pani, że mimo wszystko, pacjenci wchodząc tutaj powtarzają: proszę Pani, ale ja się tak boję dentysty, że nie dam rady?

MA: Tak, ale jak wychodzą, to są zadowoleni. Przede wszystkim nowoczesna stomatologia jest bezbolesna, nawet usuwanie zębów dziś już nie boli. Ważne jest też zachowanie pacjenta po zabiegu, ponieważ stosowanie się do zaleceń wpływa na dobre gojenie i minimalizuje dolegliwości bólowe.

Skąd pomysł na otwarcie takiego miejsca?

MA: Chcieliśmy z mężem stworzyć miejsce z własną filozofią, polegającą na odpowiednim podejściu do pacjenta. A żeby to zrobić, trzeba mieć dla niego dużo czasu. W niektórych przychodniach czy klinikach działa to na zasadzie taśmy produkcyjnej – każdy ma swoje dziesięć minut i do końca nie wie, co mu jest. Dostaje receptę i wychodzi. U nas jest zupełnie inaczej. Ponadto, u nas pacjenci naprawdę przekonują się, że wizyta lekarska wcale nie musi być stresująca. Zresztą proszę spojrzeć na wystrój kliniki. Nie jest to szpital ani typowa przychodnia, ale wszystko urządzone jest jak w nowoczesnym domu. To miejsce jest odpowiedzią na potrzeby rynku, ale też zaaranżowane tak, żebyśmy chcieli tutaj przyjść.

Dziś Wasza klinika wygląda naprawdę imponująco, ale kiedy weszliście tu pierwszy raz pewnie było zupełnie inaczej…

TA: Pamiętam kiedy otworzyliśmy drzwi, zobaczyliśmy puste pomieszczenie po jakimś sklepie z firankami.  Mimo tego, oczami wyobraźni widzieliśmy już, jak to powinno wyglądać – nie tylko w środku, ale też od strony obejścia i elewacji.

MA: Stawialiśmy to od podstaw. Każdy drobiazg był przez nas przemyślany, wiele szczegółów omawialiśmy wieczorami, żyjąc tym miejscem absolutnie. Współpracowaliśmy ze świetnymi architektami z Poznania – mode: lina. A to wszystko, by zarówno pacjenci, jak i członkowie naszego zespołu, czuli się tu wspaniale.

Wystrój to nie wszystko, ponieważ tego typu miejsca tworzą ludzie. Jak udało Wam się zbudować tak pozytywny zespół fachowców?

MA: Tworząc nasz zespół, rozpoczynając od lekarzy, kończąc na recepcjonistkach, zwracaliśmy uwagę na ich podejście do drugiego człowieka. Chcieliśmy, żeby byli to ludzie mili, empatyczni, którzy chcą pomóc, a nie odpracować osiem godzin i iść do domu. Ważne jest, żeby dobrze się ze sobą czuć, bo przecież spędzamy w pracy całe dnie. A pacjent od razu wyczuje, że coś jest nie tak. Udało nam się nawiązać współpracę ze świetnymi lekarzami, którzy mają podobne do naszego podejście do pacjenta. W ofercie mamy stomatologię, implantologię, medycynę estetyczną, dermatologię, ortopedię w tym dziecięcą, kardiologię z badaniami diagnostycznymi oraz radiologię i onkologię.

Ważny jest też sprzęt, na którym pracujecie…

MA: Wiemy, że można dać pacjentom najlepszą jakość bez kompromisów. Zdrowie to jest działka, na której nie można oszczędzać, jeśli chodzi o zakup sprzętu czy materiałów. Nie chcieliśmy iść na skróty, tylko zapewnić pacjentom najwyższą jakość.

Rodzina i przyjaciele też się u Was leczą?

MA: No pewnie.

TA: Oni zresztą cały czas się u nas leczyli, więc jest to naturalne przejście do Credus Clinic.

Z jakimi problemami najczęściej zgłaszają się pacjenci?

TA: Do mnie trafiają pacjenci ze schorzeniami kręgosłupa. Niestety dziś jest to choroba cywilizacyjna, więc przychodzą zarówno młode, jak i starsze osoby. Są dwie przyczyny bólów kręgosłupa: siedzący tryb życia, mało ruchu lub ciężka praca fizyczna, która może przyczyniać się do zmian zwyrodnieniowych.

MA: Najwięcej pacjentów, jeśli chodzi o stomatologię, przychodzi z ósemkami. Akurat w tej dziedzinie jestem specjalistką, zresztą w mediach społecznościowych tłumaczę, jak wygląda proces usuwania i jakie są zalecenia pozabiegowe, żeby rana się lepiej goiła. (FB: Dr Małgorzata Andrzejewska, Instagram: dr_andrzejewska). Poza tym, bardzo popularne są implanty. Jest to najlepsza forma uzupełnienia braku zęba. Generalnie leczę pacjentów kompleksowo, a więc zawsze sprawdzam co jeszcze jest do zrobienia. Mamy świetną higienistkę, która pokazuje, jak prawidłowo myć zęby, bo okazuje się, że ludzie tego nie wiedzą.

Jesteście jedną z nielicznych klinik, która zajmuje się ortodoncją nakładkową. Co to znaczy?

MA: Jest to system INVISALIGN – rewolucja w leczeniu ortodontycznym. Leczenie jest przewidywalne, a pacjenci nie mają problemu z utrzymaniem higieny jamy ustnej. Obecnie to najnowocześniejsza metoda leczenia wad zgryzu, bez konieczności zakładania drucianych aparatów. Polega na tym, że robimy diagnostykę, którą wysyłamy do Amsterdamu. Następnie ustalamy plan leczenia. Wszystko jest w komputerze. Później, na drukarce 3d, drukujemy nakładki dla pacjenta, które należy zmieniać co tydzień. Są bardzo estetyczne, bo niewidoczne dla oka. Trzeba je jedynie ściągnąć do jedzenia i picia. Co jest bardzo ważne w tej metodzie – doskonale wiemy, jak długo potrwa leczenie, ponieważ jest to zaprogramowane komputerowo. W przypadku klasycznego aparatu często leczenie się przedłuża i trudniej jest utrzymać higienę jamy ustnej.

O jakich specjalistów zazwyczaj pytają pacjenci?

MA: Dziwne to jest, ale o radiologa. Pacjenci dziś mają większą świadomość profilaktyki i regularnych badań.

TA: Badanie USG można wykonać bez skierowania. Jeśli ktoś czuje, że chce coś skontrolować, to może w każdej chwili do nas przyjść, a radiolog chętnie doradzi badanie, żeby zdiagnozować dany problem. Mamy bardzo wysokiej jakości aparat USG. Do tego stopnia, że kiedy naszego radiologa bolał brzuch, przyjechał do nas wykonać USG, zamiast zrobić to w szpitalu (śmiech). Warto dodać, że USG piersi powinno się robić przynajmniej raz w roku, o czym również informujemy nasze pacjentki.

Skąd u Państwa tyle empatii?

MA: My po prostu lubimy naszą pracę i sprawia nam przyjemność rozmowa z pacjentem, poznawanie go. Pamiętam jak kiedyś chodząc do lekarza buntowałam się, że jesteśmy zapisywani jeden po drugim i nie ma czasu na rozmowę. Jak w kilkanaście minut opowiedzieć o tym co nas boli i jeszcze uzyskać fachową poradę lekarską? Jest to niemożliwe.

TA: Podobieństwa się przyciągają (śmiech). Razem z żoną jesteśmy otwarci na ludzi i ta empatia po prostu jest głęboko w nas.

Widzę, że stomatologia to Pani wielka pasja. Mylę się?

MA: Nie. To bardzo ciekawa dziedzina, a najbardziej ciekawi są ludzie, ich historie. Każdy przypadek jest inny, każdy zabieg jest inny. Stomatologia to bardzo szeroka działka, która daje możliwość nieustannego rozwoju.

Na suficie, w Pani gabinecie, zauważyłam telewizor…

MA: Tak, puszczamy naszym pacjentom filmy i seriale, żeby się mniej stresowali. Przedtem pytamy czy mają swój ulubiony. A oni zazwyczaj nieśmiało odpowiadają, że wszystko im jedno. Na kolejną wizytę już przychodzą z konkretną propozycją.

Dlaczego został Pan ortopedą?

TA: Od dziecka chciałem być lekarzem i myślałem o  ortopedii, chociaż jeszcze nie wiedziałem z czym się to wiąże.

A dlaczego nie chirurgiem?

TA: Przez chwilę przeszło mi to przez myśl (śmiech). W trakcie studiów mieliśmy zajęcia kliniczne na ortopedii i chirurgii. Wtedy stwierdziłem, że ortopedia jednak bardziej mi odpowiada, bo jest techniczna. Poza tym moi rodzice są inżynierami, a więc nauki ścisłe towarzyszą mi od dziecka. W liceum byłem w klasie matematyczno–fizycznej. Od trzeciego roku studiów co roku odbywałem  wakacyjne praktyki za granicą na oddziałach ortopedycznych i poznawałem tę dziedzinę medycyny z różnych stron. Ostatecznie zdecydowałem się na ortopedię na oddziale chirurgii kręgosłupa, pracując już w Szpitalu Klinicznym im. W. Degi, przy ulicy 28 Czerwca 1956r.

Pamięta Pan najbardziej skomplikowany przypadek?

TA: Każdy jest inny, a te skomplikowane zawsze się zdarzają, zwłaszcza kiedy pracuje się w szpitalu klinicznym. Pamiętam pierwszą operację skoliozy, którą wykonywałem w asyście mojego opiekuna specjalizacji. 16-letni chłopiec, po operacji, wszedł do gabinetu pewnym krokiem i powiedział: Jestem o dziesięć centymetrów wyższy. I faktycznie tak było. Chłopak był przeszczęśliwy, bo nie dość, że udała się korekcja kręgosłupa to jeszcze „urósł”.

Czy tej operacji można było uniknąć?

TA: Nie. Gdybyśmy nie wykonali tej operacji, skolioza mogłaby postępować i wiązać się z większą dysfunkcją narządu ruchu.

MA: Najpiękniejsze w tej pracy jest to, że możemy zmieniać ludzkie życie. Że pacjenci, którzy przychodzą z kompleksami, z krzywym zgryzem czy niepełnym uzębieniem – po zakończeniu leczenia stają się pewni siebie i zaczynają nowe życie. To jest wspaniałe.

Ma Pani ulubionego pacjenta?

MA: Ja mam wielu ulubionych pacjentów, znam ich imiona i nazwiska, dostaję od nich kartki na święta. To jest bardzo miłe.

Czy dziś czujecie się w Waszej klinice, jak w domu?

MA: Czujemy się świetnie. Mamy nadzieję, że nasi pacjenci też, bo to jest miejsce dla nich.