Nie boję się marzyć!

27 września 2018

To pierwszy Polak, który miesiąc temu stanął na podium konkursu Mister Global. Niedawno skończył 30 lat. Jakub Kucner przeszedł długą drogę, żeby móc pochwalić się tym tytułem. Przez dwa lata walczył z nadwagą, pracował nad swoim podejściem do życia szukając celu. I znalazł, w malutkiej wiosce na południu Afryki, która na zawsze zmieniła jego życie. Podobnie jak Karolina.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Wojciech Buczyński/Archiwum prywatne

 

Ubrany w piękną, białą koszulę, z szerokim uśmiechem, podchodzi do stolika w Republice Róż. – Pewnie z Tobą się tutaj umówiłem – mówi Jakub Kucner, Mister Polski 2017 oraz II Wicemister Global 2018. – Owszem, przejdźmy na ty – odpowiadam. Idealnie przystrzyżona broda, uczesane włosy i wyjątkowa mądrość w oczach, której kompletnie się nie spodziewałam.

Kiedy ostatni raz byłeś w Poznaniu?

Jakiś miesiąc temu. Zaraz potem pojechałem do Skoków, skąd pochodzę. To było dokładnie na tydzień przed wylotem na konkurs Mister Global.

Jak wspominasz dzieciństwo w Skokach?

To były najlepsze lata mojego życia. Babcia nas rozpieszczała – znaczy mnie i siostrę. Lepiliśmy razem pierogi, piekła pyszne ciasta. Dziadka budziłem o godzinie 6 rano, chodziłem z nim na ryby i grałem w piłkę. Kiedyś nawet pisałem listy. Babcia mi powiedziała, że Wełna, która przepływa przez Skoki, wpływa do morza. Oczywiście żartowała, ale ja w to uwierzyłem. I wkładałem te listy do butelek i wrzucałem do rzeki. Potem, jak dorosłem, oczywiście zorientowałem się, że Wełna wpływa do pobliskiego jeziora.

A co było w tych listach?

Dokładnie nie pamiętam, ale mogły być to marzenia albo życzenia do Św. Mikołaja, albo złotej rybki.

Nie czuliście się dziwnie bez rodziców?

Czuliśmy i bardzo za nimi tęskniliśmy. Mama i tata przyjeżdżali do Skoków na weekendy i wtedy wszyscy byliśmy razem. Oczywiście my też kursowaliśmy do Poznania. Przyzwyczailiśmy się do takiego wychowania. Poza tym to nie są duże odległości.

I zaczęła się szkoła.

Zerówka, Szkoła Podstawowa nr 13 w Poznaniu. Chodziliśmy tam razem z siostrą, która była klasę niżej. Potem, oczywiście, gimnazjum i stanąłem przed wyborem liceum. Strasznie podobało mi się aktorstwo. W sumie nie wiem dlaczego, bo nikt z rodziny nie był aktorem. Zawsze kochałem kino, lubiłem tam przesiadywać, wtedy marzyłem.

Twój ulubiony film?

„Gladiator”. Widziałem go z kilkadziesiąt razy.

Znasz wszystkie dialogi?

Prawie (śmiech). Wybrałem liceum o profilu teatralnym. Pod koniec szkoły wystawialiśmy sztukę w Centrum Kultury Zamek. Temat: „Relacje damsko – męskie”. Dostaliśmy owacje na stojąco.

Kogo grałeś?

Męża, który ogląda mecz, a obok niego siedzi żona, kompletnie niezainteresowana i ciągle zadaje jakieś pytania. Ja tu w emocjach, bo gra nasza reprezentacja, strzela bramkę i ona nagle pyta: ale o co chodzi?

To prawda, że chciałeś iść do szkoły aktorskiej?

Tak. Ale wystraszyłem się, ponieważ zdałem sobie sprawę, że musiałbym zacząć wszystko od nowa w obcym mieście. Poszedłem więc do Wyższej Szkoły nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa na kulturoznawstwo. W międzyczasie dostałem się do grupy rapsodycznej w CK Zamek, którą opiekował się wspaniały aktor – Henryk Dąbrowski. Wiele mnie nauczył. Aż w końcu zdecydowałem, że będę zdawać do szkoły filmowej w Warszawie i Łodzi. W Łodzi nie przeszedłem pierwszego etapu. Zresztą tam w ogóle trudno się dostać. Potem pojechałem do Warszawy. I tam doszedłem do trzeciego, ostatniego etapu, ale… w międzyczasie się zakochałem. Miałem 21 lat.

To była pierwsza, prawdziwa miłość?

Dokładnie. Poznałem ją w pubie. Pochodziła z Ustronia Morskiego, a studiowała w Poznaniu.

I nie wyjechałeś do Warszawy?

Pierwsza myśl była taka: co będzie, jak dostanę się do tej szkoły i będę musiał tu wszystko zostawić? Będę musiał ją zostawić? Miałem ogromny dylemat, poza tym nie lubiłem Warszawy. Koniec końców nie przygotowałem się do trzeciego etapu egzaminu i oblałem.

Żałujesz?

Początkowo trochę żałowałem, bo w końcu się rozstaliśmy, ale dziś wiem, że tak miało być.

Poza aktorstwem miałeś jakiś pomysł na siebie?

Zastrzelę Cię, bo wpadłem na pomysł, żeby zostać księdzem. Miałem 19 lat.

Zastrzeliłeś.

Od drugiej klasy podstawówki byłem ministrantem. Mieliśmy taką grupę w kościele św. Marcina, zresztą zawsze byłem związany z kościołem. Niewiele brakowało, a poszedłbym do seminarium.

Dobrze, że jednak tu siedzisz. I co z tym aktorstwem?

W trakcie studiów dostałem się do poznańskiego studium aktorskiego. Trwało dwa lata. Ukończyłem je z dyplomem. Dalej poszedłem do agencji aktorskiej w Warszawie i udało mi się zagrać w pierwszych odcinkach „Ukrytej Prawdy” w telewizji TVN, potem wystąpiłem w „Kocham. Enter”. Pojawiłem się też w „Przepisie na życie”, gdzie grałem jednego ze studentów Edyty Olszówki.

I wtedy poczułeś, że to jest to, co chcesz robić?

Bardzo dobrze czułem się przed kamerą. Zawsze marzyłem o pracy w telewizji. Ale wciąż byłem w Poznaniu, podczas gdy cały świat koncentrował się w Warszawie. Po studiach zacząłem pracę w marketingu sieci klubów Pure. Odpowiadałem za kontakt z firmami. Zresztą bardzo to lubiłem. Zawsze lubiłem ludzi. Pracowałem tam prawie pięć lat. Udało mi się nawet ukończyć kurs fitness i trenera personalnego, chociaż zastanawiałem się wtedy, po co to robię i do czego mi się przyda ta wiedza. Dziś wiem, że dokonałem dobrego wyboru.

Ale wtedy nie wyglądałeś jak kulturysta.

Nie. Ważyłem 95 kilogramów, miałem brzuch. Źle się prowadziłem. Ja mam tak skonstruowany organizm, że jak nie kontroluję tego, co jem, to szybko przybieram na wadze. A wtedy dużo imprezowaliśmy, jedliśmy po nocach. Mało trenowałem. Wyglądałem jak piłka. Któregoś dnia moja kochana siostra zobaczyła mnie na plaży i powiedziała: Kuba, jesteś gruby, co ty ze sobą zrobiłeś? Przecież w liceum byłeś misterem szkoły. A teraz? I dopiero jak ona mi to powiedziała, stanąłem przed lustrem, spojrzałem na siebie i mówię: kurde, jesteś gruby.

I zacząłeś ćwiczyć?

Tak i poszedłem na siłownię. Wyznaczyłem sobie cel, zresztą robię to całe życie. Schudłem kilka kilogramów i któregoś dnia moja siostra i mama zaczęły namawiać mnie, żebym zgłosił się na casting do konkursu Mister Polski 2015. Początkowo spojrzałem na nie dziwnie, ale potem usiadłem przy komputerze, przeczytałem jak to wygląda i wysłałem zgłoszenie. Minęły trzy miesiące i dostałem zaproszenie na casting. Pojechałem. Pamiętam kiedy wszedłem do hotelu Radisson w Warszawie i zobaczyłem chyba ze stu chłopaków z całej Polski. Złapałem się za głowę i zastanawiałem, co ja tu robię. Wszyscy wyrzeźbieni, każdy miał rozwinięte social media, umiał się sprzedać. Przed komisję wchodziłem z Rafałem Jonkiszem, który wtedy wygrał konkurs. Co ciekawe, moja obecna dziewczyna organizowała ten casting i wtedy widziałem ją po raz pierwszy. Wracając do tematu. Ku mojemu zdziwieniu dostałem się do półfinału. I wtedy dostałem ogromnej motywacji do działania i obrałem kolejny cel. Zrzuciłem siedem kilogramów. Wybrano mnie do wielkiego finału, było nas dwudziestu.

Cieszyłeś się?

I to jak! To był dla mnie ogromny sukces, bo obok stali koledzy, którzy zdobyli już tytuł mistera w swoich miastach. A ja wszedłem tu z ulicy i… finał. Byłem przeszczęśliwy. I znowu dostałem kopa do działania. Dalej trenowałem, zrzuciłem osiem kilogramów. Wyrzeźbiłem swoje ciało. Na finale wyglądałem już zupełnie inaczej niż na castingach.

Ale nie wygrałeś…

No nie, chociaż bardzo chciałem. Popełniłem jeden błąd. Skupiłem się na przygotowaniu ciała, ale nie przygotowałem się mentalnie. Wtedy tak naprawdę nie wiedziałem, co bym zrobił, gdybym wygrał ten konkurs. Byłem takim kubkiem Jakubkiem, chłopakiem z Poznania, który nie do końca wie, czego chce. Z drugiej strony czułem, że zawiodłem bliskich, osoby, które na mnie liczyły. Musiałem się z tym zmierzyć. Ale za to zostałem Misterem programu „Pytanie na śniadanie” w TVP (śmiech).

Po co Ci był ten konkurs?

To otwiera różne drzwi. Poznałem wiele osób, dużo się nauczyłem. Zapraszano mnie na różne imprezy, do telewizji. Wciąż jednak pracowałem w Poznaniu. Aż pewnego dnia zadzwonił do mnie organizator konkursu Mister Polski i zaproponował, żebym wspólnie z Rafałem Jonkiszem zamieszkał w Warszawie i prowadził reality show na social mediach. Poza tym miałem pracować jako trener personalny.

Znowu Warszawa.

Dwa miesiące zastanawiałem się co zrobić, bo los znowu rzucał mnie do Warszawy. Podjąłem decyzję, której nie żałuję. Chociaż kiedy spakowałem rzeczy do samochodu i poszedłem się pożegnać z rodzicami, powiedziałem, że mają się nie martwić, bo jestem dorosły (27 lat) i świetnie dam sobie radę.

I?

I popłakałem się, kiedy zamknąłem drzwi od samochodu. Miałem wrażenie, że wyjeżdżam i już nigdy nie wrócę.

Przeniosłeś się do Warszawy i co się stało?

Przez chwilę prowadziliśmy ten program, potem zacząłem pracować w fitnessie. W 2016, wspólnie z Rafałem Maślakiem i Agnieszką Kaczorowską, prowadziliśmy konkurs Mister Polski. Cały czas też pracowałem nad sobą.

Po co?

Bo chciałem być lepszym człowiekiem. Zacząłem działać w Stowarzyszeniu „Mali Bracia Ubogich”, gdzie opiekowałem się osobami starszymi. A potem przyszedł rok 2017 i znów casting do konkursu Mister Polski. Zacząłem się zastanawiać czy nie spróbować jeszcze raz. Poza tym wiedziałem już, co taka osoba powinna robić. Chwilę przed rozpoczęciem konkursu kolega z fundacji zaproponował mi wyjazd do Gambii, małej wioski w Afryce.

Wyjazd do Afryki był przełomem w Twoim życiu?

Ten wyjazd mnie przewartościował. Pomagaliśmy tamtejszej ludności. Nie ma tam edukacji, służby zdrowia. Na moim oczach umarło dwoje dzieci. Nawet nikt nie określił konkretnej przyczyny zgonu. Tam poznałem małą Asejdu, która skradła moje serce. Była niezwykłą dziewczynką i z czasem się zaprzyjaźniliśmy. Po tygodniu wróciłem do Polski, pokazałem zdjęcia na moich social mediach. Odezwali się ludzie, którzy chcieli pomóc. Sfinansowaliśmy naukę wielu dzieciom. Ale wiedziałem, że po tym wyjeździe, już nigdy nie będę taki sam.

A potem zostałeś Misterem Polski?

Jakub Kucner został Misterem Polski 2017 roku. Spełniło się moje marzenie. Przez myśl przemknęły mi trzy lata mieszkania w Warszawie, te wszystkie wyzwania, wyjazd do Afryki. Nie mogłem w to uwierzyć. Przez tydzień nie wychodziłem z domu. A potem wyjechałem na Majorkę. Była to wygrana w konkursie. Na miejscu znów spotkałem Karolinę – dziewczynę, którą zapamiętałem z pierwszego castingu w 2015 roku. Chyba już wtedy się w niej zakochałem (śmiech). Po raz pierwszy zapytałem czy się ze mną umówi. Odmówiła. Powiedziała, że nigdy nie umówi się z misterem, a poza tym, że jej się nie podobam. Ale kiedy zacząłem opowiadać o wyjazdach do Afryki nagle się zainteresowała. Mówiła, że też chciałaby pojechać. I zabrałem ją ze sobą. Tam zaiskrzyło. Potem pojechaliśmy drugi raz, potem trzeci – tym razem z telewizją TVN. Nawet prowadziliśmy zbiórkę pieniędzy dla tych dzieci. Wyposażyliśmy szkołę w jedzenie, ubrania, materiały szkolne. Po powrocie postanowiliśmy założyć własną fundację „Power Changers”, która będzie pomagać ludziom na całym świecie. A potem przyszedł konkurs Mister Global.

Denerwowałeś się?

Bardzo, ale musiałem robić swoje. Pamiętam kiedy podczas finału wyczytywano najpierw top 20 – Polska znalazła się w zestawieniu. Pomyślałem, że jak wejdę do 10, będzie super. Udało się. I nagle, na scenie znów odczytano „Poland”. W ogóle tego nie usłyszałem, a koledzy z tylu krzyczeli: Poland, go, go! Stałem jak wryty, odpowiadałem na pytania komisji. Na końcu usłyszałem: II Wicemister Global 2018. Nie wierzyłem. Wróciłem do hotelu z szarfą i statuetką, i zastanawiałem się czy to się wydarzyło naprawdę. Obudziłem się rano i zrozumiałem, że moja przygoda właśnie się rozpoczęła. Odkąd wróciłem do Polski, ciągle coś się dzieje. Niedawno ukazała się płyta z treningami, którą nagraliśmy z Ewą Chodakowską.

Jak się żyje w błysku fleszy?

Trzeba przyzwyczaić się do tego, że ciągle cię ktoś ocenia. Nawet mama mi ostatnio powiedziała, że powinienem iść do fryzjera (śmiech).

Ten hejt boli?

Już nie, nauczyłem się tego nie czytać.

Czego nauczyły Cię te konkursy?

Pokory na pewno i tego, żeby stąpać mocno po ziemi i nie odlecieć. Poza tym szacunku do innych uczestników. Dziś Mister Global to nie jest konkurs próżności. Żeby tu być, trzeba mieć jakieś wartości, osobowość, być kimś.