O życie pacjenta walczy się do końca

9 listopada 2018

Mówią o nim cudotwórca ratujący życie osób, które straciły nadzieję na powrót do zdrowia. Kierownik chirurgii ogólnej i małoinwazyjnej w Gnieźnie, kierownik Katedry Chirurgii i Onkologii Uniwersytetu w Zielonej Górze, prezes Polskiego Towarzystwa Chirurgii Onkologicznej. Profesor Dawid Murawa tygodniowo konsultuje około stu pacjentów. Przeprowadził dwie pionierskie operacje i ubolewa nad jednym – że młodzi lekarze wyjeżdżają do pracy za granicę i jeśli tak będzie dalej to za kilka lat, w mniejszych szpitalach, nie będzie miał kto nas leczyć.

 

ROZMAWIA: Juliusz Podolski

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt


Mówi się o Panu, że jest Pan cudotwórcą. To prawda?

Nie myślę w ten sposób, bo nie mam czasu, żeby o tym myśleć. Problem zasadniczy jest taki, że ilość pacjentów zjeżdżających obecnie do 4 ośrodków, w których pracuję, jest tak duża, że zdarzają się trochę dziwne sytuacje. Przykładowo – dzień wcześniej widzę osobę, oglądam wyniki i proszę o przyjazd do szpitala na drugi dzień, by uzupełnić badania. Ta osoba przyjeżdża, melduje się w sekretariacie, potem wita się ze mną i mówi „Przyjechaliśmy”. Ja mam chwilę zwątpienia. Pytam – A kim Pan jest? Pada odpowiedź: – Myśmy wczoraj byli u pana. Ja: – Acha, a co to było? I odpowiadają: No pan, panie doktorze, oglądał wynik, wątroba itd. No i ja wtedy doznaję olśnienia. Kojarzę twarz osoby, ale mam problem z połączeniem jej ze schorzeniem. Stąd trudno myśleć mi w kategoriach kogoś, kto daje innym szansę na życie.

Cztery ośrodki, blisko 100 pacjentów przyjmowanych w przychodniach tygodniowo. Czy to wynika z zawodowego sukcesu, czy są tego inne przyczyny?

Myślę, że to problem braku specjalistów. Mamy olbrzymi deficyt lekarzy. To jest dobrze policzone. Nie mówi się o tym, bo są to rzeczy niewygodne. Średnia wieku w chirurgii sięga 58 lat. Nie ma młodych ludzi chętnych do pracy. A jeżeli nawet są, to po studiach wyjeżdżają za granicę do krajów Europy Zachodniej i już nie wracają. Systemowych rozwiązań w Polsce nie ma. Od ponad 20 lat nikogo to nie interesuje. Za 10 lat pojawi się luka pokoleniowa, która spowoduje, że nie będzie miał kto pracować. To nie będzie widoczne w dużych ośrodkach, ale w mniejszych szpitalach powiatowych. Oddziały będą obsadzane przez dwie osoby, a jeszcze jedna z nich przejdzie na emeryturę i będzie można prowadzić tylko poradnię. Sytuacja jest dramatyczna i – co gorsza – nikt o niej nie mówi i nic się z tym nie robi.

Poza brakiem kadrowym w wielu szpitalach jest deficyt także dobrego sprzętu…

Ośrodki, w których obecnie działam, wzbogacone zostały w dużą ilość sprzętu. W Pleszewie, gdzie jestem konsultantem naukowym oddziału chirurgicznego, pojawia się wiele nowoczesnych urządzeń, które pozwalają na prowadzenie nowych typów zabiegów. W Zielonej Górze, gdzie jestem szefem katedry uczelnianej onkologii i chirurgii, trzeba wsparcia sprzętem, ale z dnia na dzień tego się nie przeskoczy. W rozmowach z osobami decydującymi o szpitalach, jak dyrekcja, albo właściciele, czyli np. administracja samorządu terytorialnego, podkreślam, że muszą finansować zakupy sprzętu. Tak jest na całym świecie i nie jest to luksus, ale minimalna potrzeba. Jeżeli ktoś przyjeżdża i chce mieć zrobiony zabieg, szczególne w trudnych nowotworach, to bez maszyny, samymi „ręcami” się nie da. Takie są wymogi nowoczesnej medycyny.

Ten sprzęt jednak musi być kupowany z głową.

Dotknął Pan ważnego tematu. W Krakowie wybudowano Centrum Cyklotronowe Bronowice za blisko ćwierć miliarda złotych, które miało być wykorzystywane nie tylko do eksperymentów naukowych, ale przede wszystkim do leczenia ciężko chorych pacjentów. I to na ogromną skalę. Ośrodek jest przygotowany do przyjęcia, ale zamiast leczyć setki chorych, robi eksperymenty. O podobnym ośrodku mówi się w Poznaniu. Dla mnie to są bez sensu wydane pieniądze, bo można wydać je zupełnie inaczej, lepiej i dla większej ilości chorych. Wiele małych, powiatowych szpitali cierpi na braki podstawowego sprzętu operacyjnego, jak chociażby dobrej klasy narzędzi chirurgicznych, ale to także szansa dla kobiet z rakiem piersi na przeprowadzenie operacji z rekonstrukcją piersi czy takiej pionierskiej, jaką przeprowadziliśmy w Gnieźnie.

No właśnie, co to za operacja, którą przeprowadził Pan ze swoim zespołem w gnieźnieńskim szpitalu?

W zasadzie mówimy o dwóch zabiegach. Pod koniec listopada 2017 sprowadziliśmy z Holandii nowatorskie znaczniki magnetyczne i przy ich wykorzystaniu przeprowadziliśmy pionierski w skali kraju zabieg. Niecałe dwa miesiące później – pierwszą w Polsce operację piersi przy użyciu innowacyjnej siatki TIGR, która jest nie tylko łatwiejsza do wszycia, ale również znacznie tańsza od dotychczas stosowanych materiałów i bezpieczniejsza dla pacjenta. Nowatorska technologia trafiła do Polski dzięki współpracy z jednym z najwybitniejszych specjalistów rekonstrukcji piersi na świecie, szwedzkim lekarzem dr Per Hedénem. Innowacyjność zastosowanego materiału polega na jego dwustopniowym wchłanianiu. Siatka zbudowana jest z dwóch typów włókien – jedne rozpuszczają się ok. 4 miesiące i zachowują implant w pozycji na czas gojenia, natomiast drugie wytrzymują aż 3 lata, pozwalając organizmowi na zbudowanie elastycznej i odpornej tkanki własnej, która zapobiega przesuwaniu się implantu w późniejszym czasie. Siatka jest prawie dwa razy tańsza niż dotychczas stosowane macierze biologiczne, a przy tym zapewnia mniejsze ryzyko stanów zapalnych operowanej tkanki. Ten materiał może być rewolucyjny nie tylko w zakresie rekonstrukcji piersi, ale również operowania innych obszarów ciała, np. w przypadku przepuklin brzusznych.

Powiedział Pan swego czasu, że w chirurgii najbardziej interesują Pana duże skomplikowane operacje, które wymagają dużego zespołu i czasu.

Jestem często kojarzony jako specjalista od raka piersi. I tak częściowo jest, to wynik przeprowadzonych operacji wspomnianych wcześniej, ale także organizowanych przeze mnie konferencji, jak chociażby ta sprzed kilku dni w Poznaniu, w której wzięło udział ponad 350 lekarzy z kraju i zagranicy. Tak, „kręcą” mnie duże zabiegi operacyjne, podejmuję się wielu wyzwań, kiedy inni opuszczają ręce i mówią, że się nie da. Dopóki jest cień szansy, trzeba walczyć i my staramy się to robić.

Dlaczego nie pracuje Pan już w Poznaniu? Przecież najpierw ojciec profesor, a potem Pan, pracowaliście w Wielkopolskim Centrum Onkologii.

Szkoda się rozwodzić nad tym tematem. W życiu codziennym mówi się, że nie ma chemii, nici porozumienia. Ja dodam coś więcej – nie miałem szansy rozwoju, a dla mnie najważniejsza jest możliwość parcia do przodu, zdobywania doświadczenia, wiedzy i wcielania jej w życie dla dobra pacjentów. Taką szansę otrzymałem w Gnieźnie i razem z moim zespołem zarówno lekarzy, jak i pielęgniarek, wykorzystujemy ją, operując i pracując często ponad możliwości szpitala. Mam cały czas zielone światło i… nie zatrzymuję się ani na chwilę, zarówno tu, jak i w innych ośrodkach, z którymi współpracuję.

Co jest dla Pana sukcesem: kwestie naukowe czy uratowane kolejne życie ludzkie?

To bardzo trudne pytanie. Bo jedno z drugim bardzo się wiąże. Sukces naukowy powoduje poszerzanie wiedzy, którą mogę spożytkować na leczenie pacjentów. Wymyślam nowe rzeczy, fascynują mnie duże zabiegi, jak wspomniałem, wymagające analizy. Przykładem doskonałym jest pacjent ekstremalny z nowotworem jelita grubego ze wznową. Potem 22 kursy chemioterapii, cudem przeżyte, bardzo szybki postęp choroby. Przyjąłem go, pomimo że nikt nie chciał go już operować. Ściągnęliśmy specjalną powłokę z Francji na brzuch i wykonaliśmy operację. Dzisiaj pacjent żyje i czuje się dobrze. To największa radość dla lekarza. Ostatnio panowie ze związku kombatantów, którzy są z racji wieku moimi pacjentami, zaprosili mnie na swoją uroczystość, doceniając moją pracę. To było bardzo miłe.

Mówi się, że zawsze Pan oddzwania, odpowiada na SMS–y, odpisuje na komunikatorach. To rzadkość.

Lubię mieć kontakt z moimi pacjentami i, mimo że jest ich tak wielu, staram się zawsze odpowiadać i doradzać, w każdym momencie, kiedy tego potrzebują, Dobro wraca, ja w to wierzę.

Niewiele brakowało, żeby nie został Pan lekarzem, ale przywdział czerwone szelki… Odnosił Pan pierwsze sukcesy, jako makler.

To dużo powiedziane, ale tak, w czasach licealnych grałem na giełdzie. Wówczas na giełdzie było osiem spółek i generalnie wszystkie przynosiły mniejszy lub większy zysk. Dzięki sprzedaży akcji stać mnie było na wakacje zagraniczne, na jakieś inne zachcianki nieuszczuplające portfela rodziców. Potem jednak wybrałem medycynę. Myślę, że mimo wszystko był to wpływ ojca. Nie było jednak nacisków, ani nie mogę powiedzieć, że wyssałem chęć bycia lekarzem z mlekiem matki. Do takich decyzji się dorasta i to bardzo długo. Będąc studentem medycyny jeszcze dojrzewałem do ostatecznej decyzji.

Jest Pan smakoszem, o czym sam się przekonałem w Il Padrino.

Tak, lubię kuchnię śródziemnomorską. Uwielbiam owoce morza – jak tylko mam okazję, zjadam wielkie ilości. W tym roku delektowałem się nimi z rodziną będąc na wakacjach w Hiszpanii. W Poznaniu chadzam zwykle do Estelli w Baranowie. Lubię także steki i dobre wino, dlatego jak mam chwilę, zaglądam do Mielżyńskiego w Starych Koszarach. Jestem zwolennikiem czerwonych win i mam słabość, jeśli chodzi o malbeca.

Gdzie zabrałby Pan swoich zagranicznych znajomych, by im pokazać Poznań?

(śmiech) Do Lasku Marcelińskiego. Tam jest pięknie, spokojnie, inspirująco. Lubię bardzo Stary Browar, to wyjątkowe miejsce, stworzone przez Grażynę Kulczyk, którą bardzo cenię i lubię z nią rozmawiać. Tak, to miejsce godne pokazania. Te przewodnikowe moi znajomi mogą zwiedzić sami.