Aleja za Szreniawą
Nie do końca wiedziałem, gdzie dziś pojechać, co zobaczyć, żeby później to Państwu opisać. Niemniej pogoda przynaglała, a przynaglonym będąc – wsiadłem w pociąg do Szreniawy. I był to strzał w dziesiątkę. Miałem oczywiście ze sobą aparat fotograficzny, którego nie zawahałem się użyć. Nie zawsze motywy wołają z prośbą o sfotografowanie. Tym razem jednak było co utrwalać.

TEKST i ZDJĘCIA: dr Dawid Tatarkiewicz
Zacznę od początku
Wstałem wcześnie, ale nim uporałem się z rzeczywistością codzienności, zrobiła się godzina jedenasta. Słońce świeciło w najlepsze, chyba głównie po to, by wybić mi z głowy przychodzącą do niej pokątnie pokusę rezygnacji z początkowych, sięgających jeszcze wieczora dnia poprzedniego, planów wyjazdowych.
Ostatecznie na miejscu pojawiłem się około południa. Było zaskakująco rześko. Gdy minąłem wieś, co zajęło mi kilka chwil – samo tylko maszerowanie wzdłuż muru, okalającego szreniawskie muzeum, trwało kilka minut – wkroczyłem na ścieżkę rowerową poprowadzoną wśród alei drzew. Tam właśnie odkryłem, że wiatr wiejący od pól nie zamierza mnie oszczędzać. Kurtkę miałem nieprzewiewną, ale i niezbyt grubą. Na szczęście plecak ochraniał nerki.
Był to jeden z ciągu tegorocznych słonecznych dni marcowych, które rozpoczynały się przymrozkami, a później słońce nagrzewało atmosferę do kilkunastu stopni Celsjusza. W późniejszych dniach od rana obywało się już nawet bez przymrozków, ale wciąż było chłodno. W przyrodzie dominował jeszcze brązowoszary wystrój (nie licząc barwnych porostów), choć dziś właśnie dostrzegłem pierwsze rozwijające się listki czarnego bzu. Rosną tu kasztanowce, jesiony, ale prawdziwą ozdobę alei stanowią wiekowe robinie pseudoakacjowe.

Rozwinę śpiewająco
Z pól dochodziły już głosy rozśpiewanych skowronków. I choć zdarzyło się słońcu kilkakrotnie schować za gęstsze chmurki, to atmosferę wiosenną i tak dało się odczuć. Raz po raz i gdzieniegdzie słyszałem nieśpiewny głos trznadla, który ostatecznie postanowił przemówić swą charakterystyczną piosenką. Na okoliczne krzewy przyleciało właśnie stado rozćwierkanych mazurków.
Dały się słyszeć również grubodzioby, których wysokie głosy dochodziły gdzieś… z wysokości pobliskich drzew. Po obu stronach alei siedziały sójki, z których jedna tak się przejęła moim widokiem, że zaczęła udawać głos myszołowa. Kto wie zresztą, czy bardziej nie przejęła się mijającym mnie samochodem służby leśnej. Jako że jego przejazd poskutkował wzbiciem pyłu, również i ja zacząłem wydawać efektowne odgłosy w postaci gromkich kichnięć.
Nagle posłyszałem dźwięk, który już dawno nie rzucał mi się w uszy (specjalnie modernizuję związki frazeologiczne, co być może rzuciło się Państwu w oczy…) – podleciała i usiadła na mnie zmiennocieplna mucha. Nie za duża, nie za mała, lecz w sam raz. Wywołała mój uśmiech – słońce na tyle nagrzało atmosferę, że zaktywizowało tego owada. Co ciekawe, na razie nie minął mnie żaden rowerzysta – ci pozostawali dziś na razie niezaktywizowani, mimo, a może właśnie przez to, że są stałocieplni. Niemniej ślad ich bytności zaznaczył leżący na drodze, całkiem ładny, przerwany łańcuch rowerowy, przypominający leżącego, wygrzewającego się węża.
Swym głosem powitała mnie także pszczoła, która – chyba jeszcze „zaspana” – wzięła moją kurtkę za kolorowy, wielki kwiat. Musiała doznać sporego zawodu, gdy okazało się, że w gruncie rzeczy, kwiat ze mnie żaden. Odleciała z niesmakiem, bo jak można inaczej zareagować na sztuczny – było nie było – materiał, z którego kurtka się składa.
Chyba rozbawiło to okoliczne kosy, gdyż odezwały się żwawo. Chwilkę później, gdzieś z wysoka, dał się słyszeć charakterystyczny głos żurawi. Długo nie mogłem ich wypatrzyć – zasłaniały mi je korony drzew, wciąż jeszcze bezlistne. Wreszcie stado pojawiło się na tle błękitnego nieba, dzięki czemu mogłem policzyć, że składało się w przybliżeniu z dwudziestu osobników. Również szpaki ujawniły się ze swoim różnorodnym, acz charakterystycznym wokalem. Im bardziej zbliżałem się do lasu, tym wyraźniej słyszałem śpiewającą lerkę – skowronka borowego.
Zakończę zachodem
Jako że zacząłem zwalniać – raz po raz fotografując, zwłaszcza piękne, pomnikowe robinie – czas począł przyspieszać. Nie wiadomo kiedy minęło kilka godzin mojej peregrynacji. Pojawili się pierwsi spacerowicze z kijkami (nordic walking). Życzliwie uśmiechali się do mnie. Podobnie rowerzyści i pojedyncze osoby spacerujące z psami. Gdy znalazłem się w lesie, dostrzegłem kwitnące leszczyny (w cieplejszych latach bywało, że widywałem je już w styczniu…) oraz olchy. Kotki wyraźnie zwisały z gałązek. W lokalnym obniżeniu terenu było wyraźnie chłodniej i na polanie od strony południowej stała jeszcze kałuża lub nawet mały zbiornik wodny – wciąż w wersji zamarzniętej.
Wracałem inną aleją, zbudowaną z młodszych drzew. Towarzyszyły mi śpiewające sikory, a w lesie przy Szreniawie dość liczne szpaki. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Choć aleje to nie knieje, dobrze mi się nimi wędrowało.