Balans. Szczęście. Tenis
Tenis, sukces, determinacja – to słowa, które przez lata definiowały Katarzynę Piter. W 2013 roku, gdy w Luksemburgu walczyła o wejście do pierwszej setki rankingu WTA, jej celem był tylko wynik. Dziś, jako dojrzała zawodniczka, która świadomie zamieniła singla na debla i powróciła z gorącej Hiszpanii do rodzinnego Ceradza, dzieli się znacznie głębszą perspektywą. Rozmawiamy z tenisistką o odzyskanym balansie, budowaniu miłości do samej siebie i o tym, dlaczego szczęście jest czymś, co trzeba cenić każdego dnia, niezależnie od wyniku na korcie.

ROZMAWIA: Juliusz Podolski
ZDJECIA: Archiwum prywatne
Pani Kasiu, oglądałem Pani zwycięski mecz w Luksemburgu w 2013 roku (z 20. rakietą świata, Kirsten Flipkens) – to dla mnie symbol Pani determinacji. Do dziś mam w oczach obraz Pani zmęczonej, z opaskami uciskowymi, odwróconej tyłem do kortu, walczącej o wejście do Top 100. Czy ten turniej był najważniejszy w Pani karierze i w Pani życiu?
Katarzyna Piter: Tak, zdecydowanie. To był mój najbardziej godny zapamiętania moment kariery singlowej. Późniejsze wejście do pierwszej setki, którego Luksemburg był etapem, stanowiło nasz tenisowy cel wspólnie z bratem. Byliśmy drużyną i czułam, że osiągamy go razem. W tamtych czasach moje życie to był tenis – wszystko poza kortem było mu podporządkowane.
Tydzień wcześniej przeszłam eliminację w Linzu, gdzie przegrałam gładko z Dominiką Cibulkovą (0-6, 1-6). Doszłam jednak do półfinału w debla. Skończyłyśmy mecz około 21:00 i od razu musiałam jechać do Luksemburga. Mimo rad, bym zrezygnowała, bo czekała mnie długa noc w aucie i dwa mecze następnego dnia, zadecydowałam, że zagram. Wspólnie z bratem przechodziliśmy różne przeciwności, by doświadczyć tego wyniku i emocji. W pierwszej rundzie byłam bardzo zdenerwowana. Grałam z Flipkens (20. rakieta świata) i zastanawiałam się, jak wygrać więcej gemów niż turniej wcześniej. Wygrałam cały mecz wyraźnie. Potem grałam znów po kilkunastu godzinach, ponieważ mecz miała pokazywać telewizja. Belgijka Yanina Wickmayer była bardzo popularna w Luksemburgu, więc publiczność była przeciwko mnie. Zostawiłam wszystko na korcie, całą siebie.
Czy takim momentem zwrotnym w deblu było zwycięstwo w Palermo, kiedy w finale pokonała Pani Karolinę i Krystynę Pliszkowe, które były wówczas na topie, i weszła Pani do pierwszej setki gry podwójnej?
Nie, ja w ogóle nigdy nie myślałam, że zostanę deblistką. Wtedy na pewno nie. Byłam umówiona z Kristiną Mladenovic, że zagramy w Palermo. Kristina wracała ze zwycięskiego miksta na Wimbledonie i była moją dobrą koleżanką. Moim i brata celem było dostanie się do US Open 2013, do eliminacji, co zrealizowałam tydzień po Palermo. Grałam wtedy w parze z Kristiną Mladenovic i to był jedyny wtedy turniej, gdzie zagrałam tylko debla i co więcej – wygrałyśmy go. To dodało mi pewności siebie do singla, bo to było zwycięskie WTA.

W jednym z wywiadów w ubiegłym roku powiedziała Pani: „Nie chcę tracić czasu, życie jest kruche”. Korzysta Pani z życia i już nie tylko kort był najważniejszy w 2025 roku.
Jeżeli chodzi o moje serce wojowniczki, to jest dalej to samo serce. Czas i dojrzałość sprawiły, że tenis już nie jest dla mnie wystarczający. Przejście z singla na debla z jednej strony spowodowane było tym, że straciłam sponsora, który wciąż jest przyjacielem naszej rodziny. Wypadłam jednak z pierwszej setki i musiałam sama odpowiadać za wszystkie koszty. Kiedy przyszedł COVID, miałam więcej czasu na myślenie. Dojrzałam do decyzji, żeby przejść na debla. Poświęcając 28 lat mojego życia tylko na tenis nie miałam czasu, żeby wyjść na kolację, żeby spotkać się ze znajomymi. Zawsze się staram wspólnie z moją przyjaciółką gdzieś raz w roku wyjechać, ale na takie 10 dni to wyjechałam raz, bo zawsze był powód, żeby nie jechać, bo musiałam grać albo coś mnie bolało i trzeba było pochodzić do fizjo. Życia w życiu było mało, a ja to akceptowałam, bo wynik był wtedy najważniejszy i świadomie tego chciałam. Jestem wdzięczna, że dostałam swoją szansę na spełnienie marzeń.
W pewnym momencie poczułam, że chcę mieć więcej czasu dla siebie. Zadałam sobie pytanie: kim jestem? Jedyna odpowiedź, która przyszła mi do głowy: jestem tenisistką. Zdałam sobie sprawę, że to już mi nie wystarczy. Jestem świadomą kobietą i dbanie o samą siebie wysunęło się na pierwsze miejsce. Chcę mieć coś z życia oprócz bycia tenisistką.
Nie pojawiło się pytanie, by zejść z kortu?
Tak, wtedy właśnie zadałam sobie pytanie, czy będę kończyła granie w tenisa, bo nigdy nie wyobrażałam sobie siebie jako deblistki. Czy faktycznie granie w debla, da mi satysfakcję? Z drugiej strony opłacone hotele, wyjazdy i wysoki poziom życia kusiły. Kolejne pytanie, czy robiąc to na 100 procent, bo zawsze tak wszystko robię, wystarczy mi jeden trening dziennie. Jestem w takim wieku, tyle piłek tenisowych nagrałam, że wiem, jak to się robi. Uznałam, że jeden trening fizyczny i jeden tenisowy będzie OK, a połowę dnia mogę mieć dla siebie na spotkanie z przyjaciółką, na bycie z rodziną, na życie poza tenisem.

Co zatem Pani ciekawego zobaczyła w ostatnim okresie? Co dobrego Pani zjadła?
Grając w singla, moje życie toczyło się jak na karuzeli – korty, hotel, korty, hotel. Teraz jako deblistka zawsze gdzieś wychodzę i to nawet kosztem jednego treningu, by zobaczyć coś, co mnie interesuje. Będąc jesienią w Osace na turnieju, pojechałam do Kioto, zwiedziłam tamtejsze świątynie. Nigdy w życiu nie jadłam tak dobrego sushi, jak właśnie tam. Sushi master czynił cuda, klejąc ryż i komponując rolki z wieloma rodzajami ryb, nawet tych, których nie znałam. Pojechałam też do lasu bambusowego koło Kioto. Lubię sobie coś fajnego przywieźć do domu. Kupiłam kadzidełka o zapachu tego lasu. Teraz myślę inaczej. Jestem blisko jakiegoś atrakcyjnego miejsca na turnieju, to muszę znaleźć jeden dzień, żeby tam pojechać i zwiedzić. Kiedyś tak nie myślałam. Teraz widzę, że życie i świat jest większy niż tenis i kort. Granie jest dalej i pewnie zawsze będzie częścią mnie samej. Jestem tenisistką, bo to jest moja marka osobista, którą zbudowałam i jestem z tego dumna, ale... życie jest kruche. Chcę doświadczać wielu innych rzeczy, nie tylko tenisowych. Czas leci i nigdy nie wiadomo, co się stanie, a ja jestem bardzo ciekawa świata, tego poza tenisem też.
Lubi Pani przywieźć do domu coś ze swojego wyjazdu, do tego w Ceradzu Kościelnym, do którego Pani wróciła w grudniu z Alicante, gdzie spędziła Pani ostatnie cztery lata?
Kiedy szalał koronawirus, przestałam trenować z bratem. Jeszcze jakiś czas byłam w Kolonii i tam trenowaliśmy, ale wróciłam do Ceradza, do naszego domku rodzinnego. Z moją rodziną, tatą, który najpierw był moim trenerem, potem z bratem, byliśmy bardzo blisko, dużo czasu spędzaliśmy razem i w pewnym momencie poczułam, że chciałabym być bardziej niezależna i zbudować swoje życie na moich warunkach. Zawsze marzyłam, żeby mieszkać tam, gdzie dużo słońca, które kocham, w ciepłym miejscu przy morzu.
W realizacji tego marzenia pomogła Pani partnerka deblowa, Egipcjanka Mayar Sherif.
Tak, Mayar od lat mieszka i trenuje w Hiszpanii. To z nią wygrałam w ubiegłym roku mój najważniejszy turniej rangi WTA 500 w Meridzie. To ona też mnie zaprosiła w sierpniu 2021 roku, po turnieju w Rumunii, gdzie dotarłyśmy do finału, byśmy pojechały do Alicante potrenować. Pamiętam, jak jej trener mi powiedział: „Uważaj, bo jak tu przyjedziesz, to będziesz chciała zostać”. Nie miałam wtedy takich planów. Przyjechałam do Alicante, wypożyczyłam auto i objechałam Costa Blanca. Bardzo mi się podobało, poczułam energię Alicante, było tak błogo, dużo spokoju, a ja kocham morze i bardzo dobrze na mnie działa plaża. Przez cztery lata widziałam mnóstwo wschodów słońca, bo uwielbiałam rano wstać… Kiedy wróciłam do Ceradza, zatęskniłam za Hiszpanią i postanowiłam tam spontanicznie pojechać. Sprawdziłam, ile to kilometrów, dużo, bo około 2700. Zadzwoniłam do brata Jakuba, że jeden przystanek będę miała u niego w Kolonii. Spakowałam torbę i ruszyłam w drogę. Przez tydzień zarezerwowałam jakieś Airbnb i szukałam mieszkania. Nie było to proste: nie mówiłam po hiszpańsku, nie miałam umowy o pracę. Woleli, że tak powiem, kogoś bardziej hiszpańskiego. Ostatnie mieszkanie, które oglądałam, bardzo mi się spodobało. Zostałam tam przez cztery lata, ale właśnie na początku grudnia, wspólnie z tatą, wróciłam do Ceradza. W Hiszpanii napełniłam się słońcem, ciszą, spokojem, spędziłam dużo czasu sama ze sobą. Dobrze poznałam siebie, dojrzałam, a teraz jest czas, kiedy chcę być blisko rodziny, moja przyjaciółka jest w ciąży, jest tata, więc teraz nawet jeżeli polska pogoda nie zawsze jest fantastyczna, to najważniejsze jest dla mnie bycie blisko rodziny. Dlatego wróciłam i szukam swojego gniazdka w Poznaniu.

Zatem, jaka jest definicja szczęścia Katarzyny Piter?
Miłość. Czymkolwiek jest. Dla mnie kiedyś była tenisem. Teraz to jest bliskość osób, które kocham, ale też do samej siebie, z bagażem doświadczeń, z zaakceptowaniem siebie, bycie dla siebie po prostu dobrą. Od tego zaczyna się wszystko. Jeżeli jest miłość, akceptacja, bliskość rodziny i zdrowie najbliższych, to nie ma w życiu żadnych problemów, a wtedy można zrobić wszystko.
Czyli szczęście, ale też na sto procent…
Tak. Ale już nie kosztem życia w biegu. Oczywiście jestem bardzo ambitną i upartą osobą. Bardzo chcę osiągać kolejne cele. Gdy sobie coś postanowię, to muszę to zrealizować, ale już nie jest to kosztem wszystkiego. Wynik w tenisie nie jest dla mnie najważniejszy. Zdałam sobie sprawę, że kiedyś odejdziemy z tego świata, więc trzeba brać z niego, co się da. Mam szczęście, że jesteśmy w czasach FaceTime, więc obojętnie gdzie jestem, mam łączność wideo z rodziną. Jeżdżę na turnieje, bo kocham tenis, ale mogę natychmiast dzielić zwycięstwa z moimi bliskimi. Jest to dla mnie bardzo ważne, że oni są i że wspierają mnie w tej mojej drodze.
Czyli znalazła Pani balans?
Tak. Jest to trudne w tenisie, bo ma on to do siebie, że wciąga jak wir. Kiedy się tylko pojedzie na kilka turniejów z rzędu, wpada się w mały świat tenisowy. Też kiedyś byłam w tej bańce, nie mając świadomości, że tak naprawdę jest inny świat poza tym sportowym. Jest się w tej wirówce aż do momentu, kiedy stanie się coś w życiu istotnego… Nagle tenis traci na ważności i na wartości. Dobrze więc jest znaleźć ten balans samemu. Ja go znalazłam i codziennie pracuję, żeby pozostał. Tenis jest wciąż ważny, ale nie wypełnia każdej chwili mojego życia. Jestem spełniona i mam wielkie szczęście, że zostałam profesjonalną tenisistką z pomocą rodziny i sponsora, bo rodziców nie było stać, żebym jeździła za granicę na turnieje. Opłacił moją karierę. Miałam szansę spełnić marzenia. Nie każdy ma taką okazję.

Wielu psychologów sportowych i ludzi śledzących tenis zwraca uwagę, że właściwie tenisiści są notorycznie przegranymi zawodnikami. Tylko jeden wygrywa turniej. Jeżeli nie wygra, to znowu jest przegrany. Kolejny turniej, przegrana. Czy można czerpać z tego radość?
Szczerze? Tak! Wynik jest ważny. Kłamałabym, że nie karmimy się sukcesami. Ważne jednak, żeby rzeczy, które robimy codziennie, pchały nas do przodu i żeby ta droga dawała nam radość. Musimy mieć świadomość, podejmując się jakiegokolwiek wyzwania, że nigdy nie mamy gwarancji sukcesu, wygranej. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ja to robię. Czy wyłącznie dla pieniędzy, sławy, wyniku? Czy po prostu... kocham granie w tenis. Jeżeli można to połączyć, to wstawanie codziennie rano, tak jak się idzie do pracy, nie jest uciążliwe. Fajnie, kiedy praca jest naszą pasją i to lubimy, wtedy to już nie jest takie trudne. Jeżeli otaczamy się w tym wszystkim osobami, które są tak naprawdę naszą drużyną, osobami, rodziną, której możemy zaufać, to wtedy dążąc do wyniku końcowego, droga ma sens i może nas cieszyć. Ważne, żeby ta droga dawała radość. Tylko my możemy to osiągnąć.
Koncentrowanie się wyłącznie na wyniku absolutnie nie daje szczęścia, bo jest czymś, czego nie możemy kontrolować. Możemy kontrolować to, kiedy wstaniemy rano, co zrobimy, co zjemy, ile damy z siebie, jak dbamy o naszą regenerację. Można zrobić wszystko dobrze, ale wyjść i przegrać. I jeżeli ten wynik góruje nad naszą tożsamością i żyjemy tylko po to, żeby wygrywać, to wtedy tak naprawdę bardzo trudno jest być szczęśliwym człowiekiem. Mówiąc o starych czasach, że było trudno, mówię tak, bo wtedy wynik był dla mnie najważniejszy. On jest nadal dla mnie bardzo istotny i nie lubię przegrywać, ale niezależnie od niego jestem wartościową osobą, bo sam wynik już nie wpływa na moje poczucie własnej wartości. Teraz wiem, kim jestem i dlatego potrafię zachować balans i mogę przegrać, dalej będąc szczęśliwym człowiekiem.
Piękne słowa. Przed nami ostatni gem naszej rozmowy – Katarzyna Piter, 2026.
Gram w styczniu w Australian Open i rozmawiam też z różnymi dziewczynami o partnerstwie, bo chciałabym mieć stałą partnerkę. Udało mi się w tym roku doświadczyć innej strony tenisa, byłam komentatorką i ekspertką w Canal Plus podczas Masters. Może uda się to powtórzyć. Jestem otwarta na nowości. Zobaczymy, jak moja kariera się potoczy, bo mam już swoje 34 lata. Pewny jest wyjazd do Australii, a wszystko inne jest przede mną.