Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Bilet do ptasiego raju

Podziel się

Była majówka, a ja chciałem dostać się do Uzarzewa. Ale jak to zrobić bez samochodu? Nie, nie pojechałem rowerem. Z różnych powodów nie wchodziło to w grę. Trzeba tu więc było nieco pogłówkować. Jeśli nie autem i nie rowerem – to koleją! Z kolei, jeśli koleją, to w pewnym momencie musiała przyjść kolej na nogi. Cztery kilometry z Biskupic do Uzarzewa i tyleż z Kobylnicy. Zacznę jednak od początku.

 

TEKST i ZDJĘCIA: dr Dawid Tatarkiewicz

A początek jest istotny. Jako że był to długi (choć jednak stosunkowo krótki) weekend, transport publiczny działał w sposób adekwatny do wolnych dni. Najbezpieczniej było więc pójść na stację na własnych nogach. Tylko że jeśli wychodzi się z domu bez zapasu czasowego, człowiek na starcie zaczyna gonić minuty. A z tym różnie bywa – można ich już nie nadgonić…

Tym razem jednak się udało. Do pociągu wparowałem, mając jeszcze około trzech minut do odjazdu. I zaraz musiałem się „rozpłaszczyć”, by nieco „odparować”… Tych analogii do buchającej pary można by mnożyć, tym bardziej że w Wolsztynie w tych dniach też sporo się działo. Wracając jednak do mojej podróży: ciuchcia, co prawda elektryczna, zawiozła mnie, gdzie trzeba – do stacji początkowej mojej peregrynacji: Biskupic Wielkopolskich.

Przygoda z biletem

W pociągu osobowym siedziałem w przedziale otwartym – innych już nie ma. Był to jednocześnie przedział z miejscem wydzielonym dla konduktora. Szybko więc sięgnąłem po telefon, gdyż przypomniałem sobie, że bilet mam wciąż na poczcie e-mail. Kupowałem go w majówkowej promocji wczoraj późnym wieczorem, w nocy w zasadzie…

Pobrałem oba bilety (od razu kupiłem też powrotny), wszystko się udało – zasięg nie zawiódł. Odruchowo sprawdziłem jeszcze, czy wszystko się zgadza i… I tu niespodzianka! Bilet powrotny kupiłem, ale na trasę Poznań Główny – Kobylnica. Czyli byłem „ugotowany”. Taka sytuacja zdarzyła mi się pierwszy raz, niemniej, no cóż, zawsze może nadejść ten pierwszy raz.

Bilet udało mi się zwrócić online, zniżka majówkowa przepadła, a do tego jeszcze – zgodnie z regulaminem przewozów – potrącono odstępne. Tym samym pobyt w Biskupicach Wielkopolskich rozpocząłem od zakupu biletu powrotnego z Kobylnicy (już bez promocji) – w stosownym biletomacie. Tak zaopatrzony, spokojny o powrót, niemniej z półgodzinnym opóźnieniem wobec pierwotnych planów, ruszyłem w kierunku Uzarzewa.

Wśród pól

Droga z Biskupic do Uzarzewa była mi już znana. Nie tak dawno wykonywałem w tej okolicy pewien ważny dla mnie projekt fotograficzny. Drogi tej nie znałem jednak w tej jej pięknej, wiosennej odsłonie dnia majowego, który miał już zresztą znamiona nadchodzącego lata.

Na początku drogi polnej przywitała mnie ptaszyna w locie godowym. Nie jestem pewien, ale wszystko wskazywało na cierniówkę. Nad polem przeleciał ptak drapieżny – błotniak. Kiedy oddalił się, moją uwagę przykuło co innego: z wysokości drzewa, swoim charakterystycznym wokalem odezwał się potrzeszcz. Pierwszy dziś, ale nie ostatni.

Próbując go wypatrzyć, trafiłem lornetką na biały kształt na tle błękitnego nieba. Wysoko ponad moją głową dostrzegłem mewę w majestatycznym locie. Właściwie całą białą, z wyjątkiem czarno-białych zakończeń skrzydeł. W pewnym momencie odezwała się swoim krzykliwym głosem. Zaskoczyło mnie, że mimo dzielącej nas odległości, było ją tak dobrze słychać!

Myślałem, że nic bielszego dziś już nie zobaczę. A tu, nie minęła chwila, a na tle nieba pojawiły się nowe sylwetki. I muszę przyznać, że w tym momencie poczułem się jak w ptasim raju. Oto w połowicznym kluczu, jeden za drugim, po skosie, leciały trzy śnieżnobiałe ptaki. Szybko przyłożyłem lornetkę do oczu i zobaczyłem bieluteńkie czaple. Ich złożone w locie esowate szyje nie pozostawiały wątpliwości co do przynależności rodzajowej. Obserwowałem je z zapartym tchem, aż oddalające się sylwetki stały się malutkie.

Obserwacje te były jak najbardziej tematycznie związane z dzisiejszym celem mojej podróży. Szedłem mianowicie na Festiwal Ornitologiczny, organizowany przez tutejsze Muzeum Przyrodniczo-Łowieckie.

Lokalnie i intrygująco

Ptaki, chyba wyczuwając klimat spotkania, a może po prostu zachowując się, jak na wiosnę przystało, towarzyszyły mi nieustannie, tworząc swoisty szpaler. A to skowronki odzywały się radośnie z obu stron. A to kolejne potrzeszcze śpiewały z mijanych drzew i krzewów. To znowu zatrzęsła ogonkiem i odezwała się charakterystycznie pliszka siwa. Nad polem pojawił się kolejny drapieżnik – myszołów, a z bezkręgowców rzucił się w oko swą krągłą posturą – nieco zawadiacko przelatujący w pobliżu mnie – trzmiel.

Pewną nowością było wypatrzenie na okrągłej beli słomy siedzącego tam ptaka. Niedużego, ale innego od wszystkich dotąd spotkanych. Bez lornetki nie dostrzegłbym tak łatwo, że mam do czynienia z pliszką. Ale nie siwą – tą już widziałem. Ten ptak miał ciemnogranatową głowę, z jasną brwią, grzbiet oliwkowy, a poza tym był cały wręcz egzotycznie żółciutki. Piękna, jaskrawa pliszka żółta. Nie trzeba więc jeździć daleko. Ptasi raj mamy często na wyciągnięcie ręki. Nic, tylko podziwiać!