Janosik był jego błogosławieństwem i przekleństwem
Cała Polska kochała Marka Perepeczkę. On sam coraz bardziej uciekał od świata. Męski ideał wielu pokoleń, ekranowy heros z ciupagą i symbol góralskiej fantazji. Marek Perepeczko na zawsze zapisał się w historii polskiej popkultury jako legendarny Janosik. Dlaczego jednak człowiek, którego kochały miliony widzów, pod koniec życia coraz bardziej zamykał się w sobie? O kulisach powstawania kultowego serialu, cenie sławy, emigracyjnej tęsknocie i samotności ukrytej za wizerunkiem ekranowego bohatera rozmawiamy z Markiem Szymańskim, autorem książki „Samotność Janosika. Biografia Marka Perepeczki”.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne
Janosik kojarzy się z siłą, brawurą i nieśmiertelnym śmiechem. Skąd więc w tytule książki ta samotność?
Marek Szymański: Bo ta książka nie opowiada wyłącznie o legendzie Janosika, ale przede wszystkim o człowieku, który przez ponad trzydzieści lat musiał tę legendę dźwigać na własnych barkach. Marek Perepeczko zapłacił ogromną cenę za sukces serialu. Był aktorem niezwykle wrażliwym, inteligentnym, zakochanym w teatrze i literaturze, a dla milionów widzów na zawsze pozostał przede wszystkim silnym zbójnikiem z ciupagą. To właśnie ta pułapka jednej roli stała się źródłem jego samotności. On bardzo chciał się rozwijać, grać role dramatyczne, psychologiczne, ale świat filmu widział w nim wyłącznie Janosika. Ikona popkultury jest wygodna dla widza, bo się nie zmienia. Tymczasem człowiek w środku dojrzewa, starzeje się, przeżywa kryzysy. Marek coraz mocniej czuł, że za legendą znika prawdziwy on.
Nie był przecież góralem.
I to jest jeden z największych paradoksów polskiej telewizji. Najsłynniejszego górala zagrał warszawiak z Mokotowa. Początkowo szukano aktorów bardziej związanych z Podhalem, ale Jerzy Passendorfer zobaczył w Perepeczce coś więcej — siłę połączoną ze szlachetnością i inteligencją. Dla Marka ta rola oznaczała jednak gigantyczną pracę. Musiał nauczyć się sposobu poruszania, stylizacji gwary, obycia w górach. Na początku podobno kompletnie nie pasował do tatrzańskiego krajobrazu. Ale miał ogromną dyscyplinę i determinację. Po kilku miesiącach wszyscy uwierzyli, że jest Janosikiem. Warto pamiętać, że Perepeczko już wtedy fascynował się kulturystyką. Dziś umięśniona sylwetka aktora nikogo nie dziwi, ale w latach 70. było to coś egzotycznego. On bardzo świadomie budował swoje ciało, traktował je niemal jak narzędzie pracy.
Z książki wyłania się też obraz niezwykle ciężkiej pracy na planie serialu.
Bo to była naprawdę fizyczna harówka. Dzisiaj wiele rzeczy można poprawić komputerowo, wtedy wszystko trzeba było zrobić naprawdę. Jeśli Janosik miał skakać przez ogień albo wspinać się po skałach, robił to osobiście. Warunki na planie były spartańskie. Ekipa mieszkała w skromnych kwaterach, często marzła, pracowała po kilkanaście godzin dziennie. Kultowe sceny z rozpiętą koszulą kręcono przy temperaturach bliskich zera. Perepeczko wspominał później, że największym przeciwnikiem podczas zdjęć było właśnie zimno.
Ale najbardziej fascynujące jest to, że już wtedy funkcjonował trochę na uboczu. Kiedy część ekipy po zdjęciach biesiadowała i odpoczywała, on często zamykał się w pokoju, czytał albo przygotowywał do kolejnego dnia pracy. Miał w sobie ogromny profesjonalizm, ale też pewien rodzaj melancholii.
Na ekranie trio Janosik, Pyzdra i Kwiczoł wyglądało jak definicja męskiej przyjaźni. Prywatnie też tak było?
Bardzo się szanowali, ale byli zupełnie różni. Witold Pyrkosz i Bogusz Bilewski byli ludźmi niezwykle towarzyskimi, uwielbiali żarty, anegdoty, wspólne biesiady. Marek przy nich wydawał się bardziej wycofany, momentami wręcz introwertyczny. Wielu ludzi wspominało później, że nawet kiedy się śmiał, miał w oczach jakiś cień smutku. Do tego dochodziła presja związana z wyglądem. Jako główny bohater musiał utrzymywać perfekcyjną formę fizyczną. Podczas gdy inni mogli sobie pozwolić na wieczorne rozluźnienie, on stale pilnował treningów i diety. To również oddalało go od reszty.

Demaskuje Pan też pewien mit związany z serialem. Okazuje się, że filmowy świat Janosika nie kończył się na Tatrach.
To prawda. Wielu widzów jest przekonanych, że serial kręcono wyłącznie na Podhalu, tymczasem spora część zdjęć powstała na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Zamek hrabiego Horvatha to przecież słynna Pieskowa Skała. Decydowała logistyka. Łatwiej było przewieźć sprzęt filmowy pod Kraków niż wysoko w Tatry. I to jest piękne w kinie – widz wierzy w stworzoną iluzję.
Jednocześnie serial bardzo wpłynął na nasze wyobrażenie góralszczyzny. Rozbudził turystykę, stworzył romantyczny mit zbójnika walczącego z niesprawiedliwością. Historyczny Janosik był postacią dużo bardziej niejednoznaczną, ale popkultura potrzebuje bohaterów.
W czasie pracy nad książką rozmawiałem z ludźmi, którzy do dziś pamiętają atmosferę tamtych zdjęć. Dla mieszkańców Podhala ekipa serialu była wydarzeniem niemal sensacyjnym. Pojawienie się Perepeczki wywoływało ogromne emocje. Kobiety przychodziły tylko po to, żeby zobaczyć go z bliska, dzieci godzinami obserwowały pracę filmowców, a miejscowi gospodarze wspominają, że już wtedy miał w sobie coś magnetycznego. Co ciekawe, on sam długo nie wierzył, że ten serial stanie się aż takim fenomenem. Traktował Janosika przede wszystkim jako ciężką aktorską pracę. Dopiero po premierze zobaczył skalę zjawiska. Ludzie zaczepiali go na ulicach, prosili o autografy, a czasem wręcz oczekiwali, że będzie zachowywał się jak ekranowy bohater.
I tu pojawił się problem, bo Marek prywatnie był człowiekiem dużo spokojniejszym, bardziej refleksyjnym. Nie był typem zawadiaki. Uwielbiał literaturę, teatr, długie rozmowy o sztuce. Wielu znajomych wspominało, że potrafił godzinami mówić o poezji Norwida albo klasycznych dramatach. Tymczasem publiczność chciała widzieć w nim przede wszystkim silnego zbójnika. Myślę, że właśnie wtedy zaczął rozumieć, że sukces może być także ciężarem. Im bardziej ludzie kochali Janosika, tym mniej dostrzegali samego Perepeczkę.
Sukces serialu okazał się jednak dla Marka Perepeczki pułapką.
Ogromną. To był triumf, który stał się początkiem zawodowego dramatu. Reżyserzy bali się obsadzać go w innych rolach, bo widzowie i tak widzieliby w nim Janosika. Sam Perepeczko po latach mówił, że po sukcesie serialu telefon z propozycjami poważnych ról praktycznie przestał dzwonić. Oferowano mu role oparte głównie na jego fizyczności. Dla ambitnego aktora po warszawskiej PWST było to bardzo bolesne. On czuł się zaszufladkowany. Chciał grać wielkie dramaty, mierzyć się z ambitnym repertuarem, tymczasem przemysł filmowy zrobił z niego produkt.
W pewnym momencie wyjeżdża do Australii. To była ucieczka?
Zdecydowanie. Wydawało mu się, że na drugim końcu świata uwolni się od ciężaru własnej legendy. Australia miała być nowym początkiem. Tyle że tam również spotkał Janosika. Polonia australijska kochała serial i traktowała Perepeczkę jak ikonę. Gdziekolwiek się pojawiał, słyszał: „O, Janosik przyjechał”. Próbował robić teatr, integrować środowisko artystyczne, pisał i reżyserował, ale bardzo tęsknił za Polską. Australia okazała się dla niego miejscem samotnym. Miał poczucie kulturowej pustki, brakowało mu języka, polskiego teatru, rozmów o sztuce. To był chyba moment, kiedy jego samotność stała się najbardziej namacalna.
Po powrocie odnajduje swoje miejsce w Częstochowie jako dyrektor teatru.
I to był dla niego bardzo ważny etap. Wreszcie znów poczuł, że ma wpływ na sztukę, że może tworzyć coś własnego. Wielu aktorów z Częstochowy wspomina go dziś jako fantastycznego szefa i mentora. Ale prywatnie nadal pozostawał samotnikiem. Mieszkał sam w niewielkim mieszkaniu przy teatrze, trzymał ludzi na dystans. Wszyscy go lubili, ale niewielu znało go naprawdę. Miał w sobie ogromną klasę i elegancję, ale też pewną emocjonalną barierę. Jakby całe życie bał się, że ktoś zajrzy pod maskę Janosika i zobaczy człowieka pełnego niepewności.
W Częstochowie odżył przede wszystkim jako człowiek teatru. To było jego prawdziwe środowisko. Kochał zapach kulis, próby, rozmowy z aktorami po spektaklach. Wielu młodych ludzi traktowało go niemal jak ojca. Był wymagający, ale jednocześnie niezwykle opiekuńczy. Słyszałem wiele historii o tym, jak pomagał początkującym aktorom. Potrafił zostać po nocnej próbie i godzinami rozmawiać o jednej scenie, tłumaczyć sens tekstu, uczyć pokory wobec zawodu. Dla młodszych kolegów był kimś więcej niż dyrektorem.
Jednocześnie miał świadomość, że Warszawa trochę o nim zapomniała. W środowisku teatralnym długo traktowano go przede wszystkim jak serialowego gwiazdora. Bardzo go to bolało, choć nigdy nie mówił o tym wprost. Myślę, że właśnie dlatego tak bardzo angażował się w pracę. Teatr był dla niego schronieniem. Na scenie wciąż czuł się potrzebny. Kiedy gasły światła i kończyły się spektakle, wracał jednak do swojej ciszy. Wielu ludzi wspominało, że wieczorami długo spacerował samotnie po Częstochowie. Lubił nocne miasto, spokój pustych ulic. To bardzo filmowy obraz – człowiek znany przez całą Polskę, który po spektaklu wraca sam do domu i próbuje odnaleźć siebie poza legendą.
Dla młodszych widzów stał się później przede wszystkim komendantem Słoikiem z „13 posterunku”.
I to jest niezwykle ciekawy moment. Maciej Ślesicki zaproponował mu rolę będącą trochę autoparodią jego dawnego wizerunku. Perepeczko miał do siebie duży dystans i świetne poczucie humoru. Tyle że pod tym komizmem krył się smutek. On wiedział, że współczesna telewizja widzi w nim przede wszystkim postać charakterystyczną, a nie aktora do wielkiego kina. Cieszył się z popularności i regularnej pracy, ale marzył o czymś innym. Chciał jeszcze zagrać rolę naprawdę wielką, dramatyczną, taką, która pozwoliłaby mu wyjść z cienia Janosika.
W książce bardzo poruszający jest także wątek jego walki z własnym ciałem.
Bo Perepeczko stał się więźniem własnego wizerunku. Jako młody mężczyzna był symbolem siły i męskości. Kiedy zaczął chorować i przybierać na wadze, bardzo źle to znosił. Miał problemy z sercem, zmagał się ze stresem i poczuciem niespełnienia. Bliscy wspominali, że nocami podjadał, cierpiał na bezsenność. To wyglądało jak głęboka, ukrywana depresja.
Najbardziej przejmujące było jednak to, że panicznie wstydził się zmian swojego wyglądu. Unikał zdjęć, nie chciał oglądać siebie w telewizji. Człowiek, który przez lata był wzorem fizycznej doskonałości, nagle poczuł się obco we własnym ciele. I znów wracamy do tytułowej samotności. On izolował się od świata również dlatego, że chciał, by ludzie pamiętali go wyłącznie jako silnego Janosika z młodości. To jest zresztą bardzo uniwersalna historia o przemijaniu i okrucieństwie popkultury. Publiczność uwielbia swoich idoli młodych, pięknych i silnych. Kiedy czas zaczyna odbierać im dawny blask, często nie potrafimy tego zaakceptować.
Marek miał świadomość, że przez całe życie był oceniany przez pryzmat wyglądu. Najpierw ten wygląd otworzył mu drogę do wielkiej popularności, a później stał się źródłem ogromnych kompleksów. Rozmawiałem z ludźmi, którzy widzieli, jak bardzo przeżywał każdy kolejny kilogram, każdą zmianę twarzy. Potrafił godzinami wspominać dawne lata, stare zdjęcia z planu Janosika, jakby próbował zatrzymać czas.
Jednocześnie pod koniec życia stawał się coraz bardziej wrażliwy i wyciszony. Paradoksalnie właśnie wtedy był chyba najciekawszym człowiekiem – bardziej dojrzałym, świadomym i prawdziwym niż w czasach największej sławy. Mam poczucie, że wielu ludzi zobaczyłoby go wtedy zupełnie inaczej, gdyby tylko pozwolił sobie być bardziej otwartym. Ale on bardzo bał się rozczarować publiczność. Chciał pozostać w pamięci jako legenda, a nie człowiek, którego dopadł czas.
Śmierć Marka Perepeczki była nagła i bardzo symboliczna.
Tak. Odszedł cicho, we śnie, samotnie w swoim mieszkaniu w Częstochowie. To poruszające zakończenie historii człowieka, którego znała cała Polska. Kiedy po jego śmierci weszli do mieszkania, wokół łóżka leżały książki, notatki, tomiki poezji. Do końca pracował, czytał, analizował teksty. Myślę, że właśnie to najlepiej pokazuje, kim był naprawdę. Nie tylko ekranowym siłaczem, ale człowiekiem bardzo wrażliwym, oczytanym i inteligentnym.
Pracował Pan nad tą książką ponad dwa lata. Co było najtrudniejsze?
Zdobycie zaufania ludzi. Wielu bliskich Marka nie chciało rozmawiać, bo bali się taniej sensacji. Musiałem przekonać ich, że zależy mi na prawdzie, a nie na skandalu. Przeglądałem prywatne archiwa, rozmawiałem z aktorami, członkami ekip filmowych, ludźmi z teatru. Najbardziej zależało mi na tym, żeby pokazać Perepeczkę bez pomnikowego patosu. Te niepublikowane wcześniej fotografie są niezwykle ważne. Widać na nich człowieka zmęczonego, zamyślonego, czasem bardzo samotnego. I właśnie w jego oczach kryje się cała ta historia.
Czego chciałby Pan najbardziej nauczyć czytelników poprzez tę książkę?
Żebyśmy nauczyli się patrzeć głębiej. Nie oceniać ludzi wyłącznie przez pryzmat sukcesu, sławy czy medialnego wizerunku. Marek Perepeczko był człowiekiem ogromnie wrażliwym, a jednocześnie przez lata musiał funkcjonować jako symbol, mit, produkt popkultury. Myślę, że jego historia jest bardzo uniwersalna. Pokazuje, jak łatwo świat zamyka człowieka w jednej roli. A przecież za każdym ekranowym bohaterem kryje się ktoś dużo bardziej skomplikowany – ze swoimi lękami, niespełnieniem i samotnością.