Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Kino z gliny i marzeń. Rozmowa o magii Prowincjonaliów

Podziel się

Znamy się z Rafałem od czasów, gdy Prowincjonalia były tylko odważnym marzeniem kiełkującym w głowie młodego pasjonata. Widziałam ten festiwal u progu narodzin – pamiętam zapach kawy w prowizorycznych biurach i noclegi w szkolnym internacie w Słupcy, gdzie między seansami toczyły się najważniejsze rozmowy o kinie. Dziś, gdy przed nami 31. edycja (15–18 kwietnia), Prowincjonalia to już dojrzała instytucja, a Września co roku staje się stolicą polskiego filmu „z duszą”. Rafał Górecki, choć wciąż ten sam, jest dziś człowiekiem-instytucją: twórcą prestiżowego festiwalu, animatorem najmniejszego kina w Poznaniu na Ptasiej i legendarnym „operatorem” dawnego kina objazdowego.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Prowincjonalia

 

Jak w dzisiejszym, rozpędzonym świecie wciąż udaje Ci się ocalić magię prowincji?

Rafał Górecki: Wiesz, to są jedynie próby i jeszcze nie do końca udane. Prowincja podlega takim samym zmianom jak wszystko inne i czy tego chcemy, czy nie, to i tak wszyscy nasiąkamy codzienną bieżączką... Mnie może jest odrobinę łatwiej zdystansować się do tego pędu, bo pierwsze piętnaście lat spędziłem na wsi, a tam rytm życia wyznaczała natura – cztery pory roku. Wiosną się siało i sadziło, a latem zbierało i przygotowywało przetwory, aby wystarczyło na zimę dla całego domostwa, ludzi i zwierząt. Sprawiedliwie. Nadwyżkę sprzedawano na targu czy w punktach skupu, a za te pieniądze nabywano ubrania i opał. A zimy wtedy były mocarne. Zawieje śnieżne przy minus 20 stopniach to była norma. Połowę z tych pierwszych piętnastu lat życia mieszkałem w domu zbudowanym z gliny, gdzie nie było drewnianej podłogi, ale jak się napaliło w piecu, to robiło się tak przyjemnie, że zakradały się do nas wszystkie możliwe stwory – psy, koty, żaby, wróble, myszy… cały zwierzyniec, udomowiony i dziki. Ot, taki realizm magiczny. Trochę z tego świata we mnie pozostało (śmiech) i chyba dlatego daję radę.

Rafale, znamy się od momentu, gdy Prowincjonalia były tylko ideą w Twojej głowie. Pamiętasz nasze pierwsze noclegi w internacie w Słupcy? Ten specyficzny klimat „partyzantki”, gdzie wszyscy byliśmy jedną wielką rodziną?

To prawda. Kiedy rodziły się Prowincjonalia na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, festiwali filmowych w Polsce było zaledwie kilka (Kraków, Łagów, Ińsko, Gdynia). Nie było odpowiedniej infrastruktury kinowej, hotelowej, gastronomicznej, nie było też internetu i mediów społecznościowych, ale wszyscy wiedzieliśmy, gdzie dzieje się coś ciekawego i nie bacząc na warunki, tłumnie się tam meldowaliśmy. Entuzjazm, jaki zapanował w naszym kraju po zmianach ustrojowych, wyzwolił energię, która znalazła ujście w szeregu inicjatyw społecznych i kulturalnych, między innymi takich, jak: Warszawski Festiwal Filmowy organizowany przez Romana Gutka, a później Stefana Laudyna, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka i festiwal operatorów filmowych Camerimage Marka Żydowicza w Toruniu.

Pamiętam, że na drugie Prowincjonalia, wtedy odbywały się w Słupcy, zaprosiłem na spotkanie z widzami po filmie „Diabelska edukacja” Janusza Majewskiego, jeszcze mało znaną Renatę Dancewicz. Aktorka przyjechała w towarzystwie Olafa Lubaszenki, popularnego już dzięki serialom telewizyjnym „Życie Kamila Kuranta” i „Pogranicze w ogniu”, a przede wszystkim rozpoznawalnego wśród widzów kinowych dzięki rolom w filmach Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Wajdy, Janusza Zaorskiego i Władysława Pasikowskiego. Nie było jakichś specjalnych powitań, Olaf wtopił się w atmosferę festiwalu i był jednym z nas. Podobnej sytuacji doświadczyłem na festiwalu w Gdyni. W sali Teatru Muzycznego, gdzie odbywały się projekcje, wszystkie miejsca były zajęte, więc usiadłem na schodach. Po chwili wszedł Krzysztof Kolberger i on również obejrzał film z pozycji schodów i było OK, nikt nie narzekał. Obecnie byłoby to trudne do zaakceptowania. Limuzyny, czerwone dywany, osobiści ochraniarze gwiazd, strefy VIP-ów i boksy dla mediów to w przypadku dużych festiwali standard. Nie mam nic przeciwko tym różnym zabiegom, ale na szczęście Prowincjonaliom to nie grozi. Tu każdy może porozmawiać z każdym jak równy z równym.

 

Czy Ty wtedy, biegając między korytarzami szkoły a salą kinową, w ogóle dopuszczałeś do siebie myśl, że spotkamy się przy 31. edycji? Że to „małe święto” stanie się tak potężną marką?

Marka to duże słowo, ale to Ty to powiedziałaś (śmiech). Polemizowałbym z tym, ponieważ gdyby tak rzeczywiście było, to po 30 latach organizacji Prowincjonaliów powinienem mieć co najmniej kilku poważnych sponsorów, którzy zechcieliby wyłożyć swoje środki na festiwal, licząc na zyski, a tak nie jest. Dyrektorzy festiwali umierają młodo, to taki żarcik (śmiech), ale kilku moich kolegów z branży festiwalowej odeszło zdecydowanie za wcześnie. Stres o to, czy wszystko zagra, czy nie, jest ogromny, ale jest też aspekt rodzinny, o którym rzadko się mówi. Jeżeli połowę roku przeznaczamy na organizację tego czy innego wydarzenia, to znaczy, że nie ma nas wtedy z najbliższymi, a to niesie określone konsekwencje. Powodzenie festiwalu zależy od pracy całego zespołu współpracowników, ale odpowiedzialność wobec ludzi, których udało się zjednoczyć wokół projektu, spoczywa na barkach szefa. Dlatego ja daję z siebie grubo ponad sto procent, żeby ich nie zawieść.

Słupca to kolebka, ale Września to dojrzałość. Jak wspominasz ten moment przejścia? Czy bałeś się, że w nowym miejscu festiwal straci swoją „prowincjonalną” duszę?

Nie, nie bałem się. Słupca w tamtym czasie wcale nie była taka prowincjonalna, jak na pozór to wyglądało, a Września tak wielkomiejska, aby nie można było uchwycić ducha prowincji. Zresztą nie o samą prowincję mi chodziło, a bardziej o to, co na tej prowincji się działo. W Słupcy przez dziesięć lat prowadziłem kino studyjne, do którego na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wprowadził się bezdomny wówczas dom kultury. I my naprawdę robiliśmy tam fajne rzeczy. Pamiętam, jak dwóch dziennikarzy lokalnej telewizji z Wrześni przyjeżdżało do nas, aby relacjonować pierwsze edycje Prowincjonaliów, koncerty zespołów polskich i zagranicznych czy kabarety. Wtedy bardzo narzekali, że u nich we Wrześni nic się nie dzieje, co się częściowo potwierdziło.

To, co od razu dało się odczuć po zmianie lokalizacji festiwalu i przeniesieniu do wrzesińskiego kina Trójka, to właśnie lepsza baza lokalowa. Zarówno jeżeli chodzi o samo kino, gdzie dosłownie za ścianą mieścił się klub muzyczny i mogliśmy robić tam koncerty i warsztaty, jak i całą infrastrukturę hotelową i gastronomiczną. W samej Wrześni znalazło się też kilka osób wrażliwych na sztukę: pasjonatów kina, teatru, malarstwa, fotografii, parków i kapliczek przydrożnych. To właśnie z nimi najszybciej udało się nawiązać porozumienie dusz, które trwa do dziś.

 

Ja do dziś mam przed oczami Stanisława Tyma, który przyjechał do Słupcy, skrytykował stolik przygotowany do występu, a potem dał show, o którym mówiło się latami. Miałeś więcej takich „trudnych” wejść, które kończyły się wielką miłością do festiwalu?

To był rzeczywiście fantastyczny wieczór, ponieważ oprócz Stanisława Tyma ze swoim kabaretem „Po Żarcie” wystąpił Maciej Stuhr, dla którego ten dzień stał się przełomowym w życiu osobistym, ponieważ nawiązał kontakt ze swoją przyszłą żoną – aktorką Samantą Janas, która spotkała się z publicznością po pokazie filmu „Kroniki domowe” Leszka Wosiewicza, z niezapomnianym Krzysztofem Kolbergerem w roli głównej. Wracając do Stanisława Tyma, późniejszego naszego laureata honorowego festiwalu – pan Stanisław zażyczył sobie, aby przed występem na stoliku postawić szklankę wody. Przekazałem koleżance, aby to zrobiła i ona to uczyniła, tylko że zamiast zimnej wody nalała do szklanki wrzątek. Kiedy pan Stanisław w jednym ze skeczy złapał ową szklankę, to na jego twarzy pojawił się grymas trudny do opisania, ale jak na profesjonalistę przystało, skeczu nie przerwał.

Potem, gdy się o tym dowiedziałem, moją pierwszą reakcją był wybuch niepohamowanego śmiechu. Zaraz potem przyszła refleksja, że gdyby aktor wziął głębszy łyk, to mogłoby się to fatalnie zakończyć. Co kierowało koleżanką, że panu Stanisławowi na stoliku postawiła wrzątek zamiast zimnej wody – tego nie byłem w stanie dociec. Było jeszcze wiele przedziwnych, zaskakujących i dramatycznych również sytuacji związanych z festiwalem, ale o tym napiszę kiedyś w monografii Prowincjonaliów, którą mam zamiar wydać.

Jańcio Wodnik to postać magiczna, filozoficzna. Dlaczego to właśnie on stał się patronem nagrody? I jak to jest, że dziś najwięksi aktorzy w Polsce marzą o tej statuetce bardziej niż o komercyjnych nagrodach?

Z tymi marzeniami o Jańciu Wodniku bym nie przesadzał, ale osobiście znam reżyserkę, dla której włos z siwiejącej głowy Jańcia byłby relikwią. Jańcio był prostym, wrażliwym i bogobojnym chłopem. I Pan Bóg w nagrodę obdarzył go darem święconej wody, za pomocą której mógł uzdrawiać ludzi. Z upływem czasu Jańcio zaczął jednak grzeszyć i Pan Bóg postanowił odebrać mu tę moc. Weronka, żona Jańcia, urodziła chłopca z diabelskim ogonkiem, któremu nie można było pomóc. Jańcio postanowił odpokutować grzechy i siedzieć nieprzerwanie przez 40 dni i nocy na ławce przed swoim domem. Jańcio to taki wiejski filozof.

Na Prowincjonaliach często zdarza się, że to widzowie mają inne zdanie niż krytycy. Zawsze podkreślasz, że to głos publiczności jest „głosem Boga”. Czy zdarzyło się, że werdykt widzów kompletnie Cię zaskoczył?

Może to nie jest głos samego Stwórcy, ale podszepty Jańcia Wodnika mogą mieć znaczenie (śmiech). A tak na serio, to oczywiście o nagrodach decyduje publiczność – dodam, że wyrobiona publiczność, która wie, na co zwrócić uwagę i co jest najważniejsze w filmie. W przypadku nagród głównych Grand Prix dla najlepszego długometrażowego filmu fabularnego zaskoczenia nigdy nie było, ponieważ faworyt wyłaniał się dość szybko i zwykle dowoził. Kilka lat temu mieliśmy dwa zaskoczenia: jedno w kategorii krótkometrażowy film dokumentalny, a drugie w kategorii animacja. Dość szybko zorientowałem się, co było tego przyczyną.

 

Czy jest jakiś film, który według Ciebie najlepiej definiuje dzisiejsze Prowincjonalia?

To jest bardzo trudne pytanie i nie odważę się podać konkretnego tytułu z ostatnich lat. Myślę, że warto przyglądać się twórczości Piotra Domalewskiego („Cicha noc”, „Ministranci”), Tomasza Gąssowskiego („Baraż”, „Wróbel”) czy Damiana Kocura („Chleb i sól”). Wypadkowa wielu perspektyw, osobistych doświadczeń, talentów i wrażliwości twórców może dać dopiero pełniejszy obraz dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości na polskiej prowincji.

Przez Prowincjonalia przeszła już chyba cała plejada gwiazd. Czy jest ktoś, kogo od lat próbujesz zaprosić, a kto wciąż „wymyka się” terminom? Kogo brakuje Ci w festiwalowym albumie?

Tak, jest ktoś, kogo widziałbym wśród laureatów honorowych festiwalu, bo na to w pełni zasługuje. Problemem nie jest dopasowanie terminów, tylko szybko pogarszający się stan zdrowia potencjalnego laureata. Wyrządziłbym temu człowiekowi ogromną krzywdę, gdybym go ściągnął do Wrześni i zderzył z publicznością. Całe szczęście, że dwadzieścia lat temu miałem możliwość wręczenia artyście statuetki Jańcia Wodnika za najlepszą kreację aktorską. I niech tak już pozostanie.

Leśne Ognisko” to tradycyjny punkt programu Prowincjonaliów, który przetrwał od czasów Słupcy. To tam, przy ognisku, znikają podziały na „wielkie gwiazdy” i „zwykłych widzów”.

Postawię tezę, że u nas na festiwalu te podziały na wielkie gwiazdy i całą resztę po prostu nie istnieją. Ja przynajmniej tego nie dostrzegam, a każdego roku gościmy naprawdę wspaniałe osobowości kina, teatru i telewizji. Sala kinowa, hol, klub festiwalowy – to są te miejsca, gdzie maski szybko opadają i chętnie wchodzimy w interakcje z innymi. Rzeczywiście trudno też wyobrazić sobie Prowincjonalia bez ogniska, to taki nasz coroczny rytuał.

 

Przejdźmy do Twojej poznańskiej przystani. Ulica Ptasia. To kino jest tak małe i ukryte, że wielu Poznaniaków mija je codziennie, nie wiedząc, jaki skarb mają obok. Jak się prowadzi takie małe kino w dzisiejszych czasach?

Na pewno niełatwo, ale przyjemnie, bo to jest kino studyjne i robimy to, co naprawdę lubimy. Czasami widzowie pytają nas wprost: jak wy się utrzymujecie z takim repertuarem? Macie jakieś dotacje? Kiedy odpowiadam, że nie, trochę nie dowierzają. Ale jak dopowiem, że to nie jest problem, bo nie mamy zbyt wygórowanych oczekiwań, to wykazują już większe zrozumienie i obdarzają zaufaniem. Do tego stopnia, że bufet czasami staje się konfesjonałem, a sala kinowa gabinetem terapeutycznym. Czy może być coś piękniejszego niż widok wzruszonego ze szczęścia człowieka wychodzącego z sali kinowej po wspólnym katharsis? Nie dajmy sobie wmówić, że takie miejsca jak Bułgarska 19 czy inne klimatyczne kina są nam niepotrzebne w dobie Netfliksa czy innych, mniej lub bardziej komercyjnych kanałów TV.

Kiedyś brałeś projektor i jechałeś tam, gdzie kino nie docierało. Tęsknisz czasem za tym życiem w trasie? Czego nauczyło Cię to docieranie do najmniejszych miejscowości w Wielkopolsce?

Nie tęsknię i chyba nigdy nie tęskniłem, bo okupione to było zbyt dużym ryzykiem. Szczególnie wtedy, kiedy wracałem do domu o 2:00 w nocy, przysypiając za kierownicą. Żeby zregenerować organizm i zastąpić jedną nieprzespaną noc, potrzebujemy 14 innych. W moim przypadku bilans jest jasny – skróciłem sobie życie o co najmniej 5 lat. Kiedyś próbowałem to podliczyć i niestety tak wyszło. Plusem tych plenerowych pokazów były reakcje widzów i satysfakcja, że po raz kolejny dostarczyłem im sporo radości.

Jak Ty to ogarniasz? Rafale, bądźmy szczerzy – ogarnięcie logistyki festiwalu, selekcji filmów, gości, a do tego codzienne prowadzenie kina to zadanie dla sztabu ludzi. Jak Ty dajesz radę trzymać to wszystko w garści i nie zwariować?

To trudne, ale jak widzisz, ciągle jeszcze możliwe. Najważniejsze, żeby zgromadzić wokół siebie ludzi, którym możesz zaufać, czyli życzliwych Tobie profesjonalistów i najlepiej pasjonatów. Mam zawsze swój plan, ale uwielbiam też, jak ktoś podpowiada mi różne rozwiązania. Wezmę je albo nie, ale na pewno wysłucham i przeanalizuję. Kiedyś więcej czynności wykonywałem sam, ale teraz, jeżeli mogę coś bezpiecznie delegować, robię to. Wariować nie zamierzam, ale mogą mnie dopaść inne dolegliwości zdrowotne. Nawet już wiem które.

 

Czy przez te 31 lat był taki moment, że chciałeś rzucić to wszystko? Co Cię wtedy zatrzymało?

Rzucić wszystko to na pewno nie, ale zrezygnować z jakiejś części zadań – już tak. Jestem zodiakalną Wagą i kiedy upewnię się, że nadszedł ten właściwy moment, to będzie szybkie, chirurgiczne cięcie.

Co robi Rafał Górecki dzień po zakończeniu Prowincjonaliów? Śpisz tydzień czy od razu planujesz kolejny rok? A może wybierasz się na zupę, bo z tego, co pamiętam (z naszej wizyty choćby na festiwalu w Międzyzdrojach), to było Twoje ukochane danie?

Dzień po odsypiam, ale tak jak zając – czujnie. Następnego poranka zabieram do busa dwóch moich synów i śmigamy z Poznania do Wrześni, aby przewieźć sprzęt, który pięć dni wcześniej przywieźliśmy. A zupa to niczym poezja – o północy czy rano smakuje mi tak samo i zawsze jest the best.