Nowy rok bez presji, czyli pozwól sobie na luz
Pamiętacie, jakie życzenia dostaliście pod choinkę? Albo jakie sami składacie innym w świątecznym czasie? Pojawiło się pewnie, jak zwykle, tradycyjne: „zdrowych, wesołych, spokojnych, rodzinnych świąt”. A na Nowy Rok zapewne coś w stylu: „szczęśliwego, nowego roku i żeby był lepszy od poprzedniego”. A zastanawialiście się, co jest potrzebne, żebyś faktycznie poczuć różnicę?

TEKST: Edyta Jagodzińska-Pawluk
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne, Stock Adobe
Pokusa obietnic
Oto przychodzi właśnie TEN wyjątkowy, uroczysty dzień, 1 stycznia, kiedy znów możecie zacząć z ulgą wszystko od początku i zostawić za sobą to, co niespełnione, nieudane, niezrealizowane. Więc… przychodzi pokusa składania przed samym sobą wielkich, solennych obietnic, stawiania ambitnych celów i obiecywania sobie: „że teraz to już na pewno”. Tymczasem na tej świeżutkiej, nowej liście, zupełnie stare pragnienia: zadbać wreszcie o siebie, schudnąć, być bardziej fit, zacząć chodzić na jogę i medytować, zdrowiej jeść, pić więcej wody, mieć lepsze relacje, znaleźć czas na pasję, zmienić pracę, więcej zarabiać, mniej siedzieć w telefonie, przeczytać zaległe książki, częściej chodzić do kina lub na basen, znaleźć czas dla dzieci, partnera, siebie… Znacie to?
Zastanawiające jest, jak magiczne znaczenie przypisywane jest temu momentowi przejścia między starym a nowym rokiem, bo przecież każdy dzień jest tak samo dobry, żeby zacząć od nowa, prawda? I nie tylko poniedziałek. I ciekawe jest, jak rzadko słyszymy w życzeniach: życzę Ci luzu, nic nierobienia, czasu wypełnionego leżeniem „pod bombką”, chillu, świętego spokoju…”, choć przecież wszystkim nam właśnie tego zwyczajnie brakuje. „Życzę Ci zatrzymania się” – prawda, że niecodziennie to brzmi? I to takiego świadomego, a nie wymuszonego przez życie, kiedy pędzimy przez nie na pełnym gazie.
Wrzucić na luz
Żyjemy na co dzień pod dużą presją różnych oczekiwań rodzinnych i zawodowych, social media nie śpią, a tylko promują i podkręcają non stop narrację zdobywania, bycia ze wszystkim na bieżąco, wyrabiania się na zakrętach życia i stawiania sobie jednocześnie ambitnych wyzwań, bo inaczej „nie zależy Ci albo słaby/a jesteś”. A jednak mimo tego wszystkiego, dokładamy sobie jeszcze presji, stawiając przed sobą wygórowane oczekiwania kolejnych „osiągów”, podczas gdy wszystko, o czym w głębi serca marzymy, to „zaciągnąć ręczny i wrzucić na luz”. Łatwo powiedzieć, trudniej wdrożyć w życie. Wiadomo.
Jak zatem możemy o to zadbać?
Na początek, wariant rewolucyjny i radykalny. Spróbujmy po prostu sobie odpuścić. Niech celem w Nowym Roku stanie się zero postanowień i presji. Brak fundowania sobie poczucia winy. Pozwólmy życiu się wydarzać. I zobaczyć, co się stanie. Możemy poczuć na początku dziwny niepokój, a nawet panikę: „Jak to tak? Tak mało ambitnie? Po prostu nic?”. A potem może przyjść nieoczekiwanie miłe zaskoczenie, że tak można i ulga, że nic nie musimy, wszystko możemy. Czy to nie cudowne uczucie? Sprawdźmy na sobie. Aby ośmielić się do takiego doświadczenia, weźmy pod uwagę, że… niczym nie ryzykujemy. Zawsze możemy przecież wrócić z powrotem do swoich wyśrubowanych celów. Tylko, że wtedy… paradoksalnie, presja się nie zmieni. Warto wiedzieć, że w wariancie radykalnym nie chodzi bynajmniej o brak ambicji i niedziałanie, ale świadomy wybór innego podejścia niż dotąd, doświadczenie ulgi z „niech się dzieje” i „co ma być, to będzie”, nie po to, żeby pozbyć się sprawczości, ale dać sobie czas na połączenie ze sobą i bardziej świadomy wybór tego, co nam naprawdę służy i na czym nam naprawdę zależy. Wybór tego, co jest faktycznie dla nas realne do osiągnięcia, w miejsce presji przepisywanej listy celów z poprzedniego roku i tych zupełnie nowych oczekiwań, tupiących niecierpliwie w progu nowego roku.
Wariant ewolucyjny „wrzucenia na luz”, to taki, żeby zmienić skalę działania. Przejść z makro oczekiwań na mikro cele i budować nowe przyzwyczajenia oraz małe, codzienne nawyki i rytuały, które przynoszą szybkie efekty i satysfakcję. Takie małe, stabilne kroki, dopasowane do osobistych możliwości czasu, energii i siły. Czy nie brzmi wspaniale? Układ nerwowy dostaje wtedy uspokajające sygnały o braku pośpiechu, że nie musimy zdążyć ze wszystkim naraz, ciśnienie nie skacze, a serce bije dużo spokojniej. I jeszcze jedno: uśmiechają się wtedy nasze oczy. Więc warto. Tym bardziej, że jak zaczynamy się uśmiechać i jesteśmy bardziej wyluzowani, to inni też to czują i odpowiadają uśmiechem. A może jeszcze zapytają z ciekawością: „a co Ty taki/a wyluzowany/a?” I wtedy będziecie mógli ich też trochę zainspirować, jak można inaczej żyć.
Jak mogłyby wyglądać takie mikro cele? Na przykład zamiast presji: chcę schudnąć 10 kg, więc 3–4 razy w tygodniu bieganie, siłka, basen itp. to w zamian:
- chcę się ruszać, więc robię sobie spacer 15–30 minut, np. przy okazji powrotu z pracy
- rano albo wieczorem znajduję 10 minut na ćwiczenia w domu na dowolne partie ciała
- eliminuję jedzenie, zwłaszcza niezdrowych przekąsek, po g. 20:00
- chodzę 15 minut wcześniej spać niż zwykle
- robię co rano, regularnie 10 przysiadów i… już
- dbam po siedzącej pracy, o 2–3 ćwiczenia na rozciąganie
- chodzę raz w miesiącu na masaż odchudzający
- tańczę 3 minuty do swojej ulubionej piosenki
- praktykuję 3 minuty świadomego oddechu.

Możecie w tym miejscu prychnąć sceptycznie na głos: „też mi cele!”, ale zanim skrytykujecie tę inspirację, pomyślcie, jak szybko porzucacie swoje cele, jakimi wymówkami zaczynacie się karmić, gdy wam się zwyczajnie nie chce i odpuszczacie swoje plany treningowe z taką łatwością, jakby nigdy nie były ważne.
Zobaczcie jednak korzyści: możecie zaoszczędzić na potencjalnym karnecie, pozbyć się frustracji, „że znów zapłaciliście, a nie chodzicie”, a poza tym kwadrans zawsze znajdziecie, bo i tak często czas przecieka nam przez palce, np. podczas scrollowania telefonu, prawda? Tymczasem taka mała inwestycja czasu, na pierwszy rzut oka, niepozorna, może przynieść, dzięki swojej powtarzalności, zdumiewając efekty na poziomie samopoczucia i satysfakcji z osobistej sprawczości. A co dopiero połączenie tych inspiracji w jeden nowy rytuał! Więc warto? Warto. Wybierzcie dla siebie, co będzie wam służyć i da motywację i frajdę z działania.
Wariant „zen” to osobista praca na przekonaniach i przyzwyczajeniach. Spróbujcie myśleć intencjami, zamiast celami, czyli czego chcecie w życiu więcej, a czego mniej? To pomoże znaleźć połączenie z wewnętrznym kompasem, który będzie stał na straży kierunku, w którym chcecie podążać w nowym roku, a nawet w całym życiu. Taka intencja mogłaby brzmieć: „chcę bardziej dbać o swój dobrostan, energię, ciało, spokój”, a potem szukacie dla siebie odpowiedzi na pytanie, po czym poznać, że tak się dzieje i jakie efekty chcecie uzyskać. Następnie umawiacie się ze sobą na jedno działanie, rytuał, nawyk, który Cię przybliży do spełnienia tej intencji. Zauważcie, jak brzmi intencja, jak się z nią czujecie. Sformułowana w przyjazny, łagodny i życzliwy wobec sposób, bez porównań do innych oraz ze świadomą zamianą „muszę” na „chcę”, będzie na pewno bardziej motywująca, bez stresującej presji dat czy liczb.
Co więcej, możecie umówić się ze sobą na eksperyment, że w każdym miesiącu zadbacie o inny, prosty nawyk, który poprowadzi do lepszej wersji Twojego życia i samopoczucia, bez pokusy rzucania się w realizację wszystkiego naraz. Dajecie sobie w ten sposób czas na sprawdzenie, co i jak działa oraz utrwalenie nowego sposobu postępowania. I przede wszystkim macie dzięki temu szansę poczuć spokój i nadać swojej zmianie tempo i rytm dopasowane do preferencji i stylu życia.
Wariant „zen” wnosi zdecydowanie mniej presji na osiąganie celów, a bardziej koncentruje się na procesie dojścia do nich i radości z doceniania drogi, a nie tylko samej mety. Taka strategia daje też dostęp do bardziej świadomej refleksji nad postępami, zauważaniem ich i docenianiem swoich, nawet tych najmniejszych, sukcesów.
Świeży start każdego dnia
Krążą żarty o postanowieniach noworocznych, że mają bardzo intensywny start, ale z reguły bardzo krótkie życie. Można to często zaobserwować na przykładzie centrów fitness: na początku stycznia są oblegane, ale pod koniec miesiąca widać, że już kurzą się karnety. Chwilowa mobilizacja i zryw energii, a potem zupełnie odpuszczenie i zniechęcenie każe nam często myśleć o naszych celach w kategorii sukcesu lub porażki, a to nie wspiera dobrego samopoczucia, automotywacji ani zdrowia psychicznego. Dlatego zamiast wielkich deklaracji od razu na cały rok, lepsze są małe, ale stabilne kroki, bo prowadzą do realnej zmiany zachowań, na których nam tak zależy. Testowanie i eksperymentowanie z tym, co nam służy, uwalnia nie tylko od stresującej presji i oczekiwań wobec siebie (często nierealnych), ale pozwala znaleźć frajdę, lekkość i satysfakcję.
Bardzo uwalniające może być więc praktykowanie po prostu „świeżego startu” każdego dnia. Daje to poczucie wpływu, uczy celebrowania codzienności, a jednocześnie wnosi w życie stabilność i poczucie kontroli. Kilka minut oddechu, medytacji, rozciągania się, ulubiona kawa, herbata, woda z cytryną i miodem w ulubionym kubku, 3 strony książki przeczytane przed wyjściem czy ulubiony podcast lub puszczona muzyka podczas szykowania śniadania, od razu „robi” dzień na starcie. A wieczorem? Zamiast wypisywania całej strony z powodami do wdzięczności, napisz jeden, dzięki któremu ten dzień miał dla Ciebie wartość. Wystarczy. Czy jest to dla Ciebie propozycja wystarczająco na luzie? Sprawdź w praktyce. Poczuj różnicę.
Niech pytania: Co jest dzisiaj dla mnie ważne? Co mnie dziś ucieszy? Jaki mały krok przybliży mnie dziś do tego, na czym mi zależy? – prowadzą spokojnie przez listę codziennych priorytetów, z których najważniejszymi jesteście wy. Niech dla odmiany wasze cele w tym Nowym Roku więcej inspirują niż stresują, bardziej cieszą niż frustrują. Życie i tak wydarzy się w swoim tempie, więc nie ma co go jeszcze ekstra podkręcać.
Życzę Wam Nowego Roku bez presji, w tempie, które lubicie i które wam służy. Radości z dobrego samopoczucia, które przecież nigdy nie jest dane raz na zawsze. Więcej na co dzień łagodności i życzliwości dla siebie, mniej „muszę”, a więcej świadomego „wybieram, bo chcę”. Akceptacji tego, na co nie macie wpływu i dopasowania stawianej przed sobą poprzeczki pod swoje możliwości i siły.
Pamiętajcie, że „więcej luzu” dla każdego oznacza też coś innego. Od was zależy, jakie nadacie mu w Nowym Roku znaczenie. Nie chodzi przecież o to, żeby odpuścić wszystko i na zawsze, ale żeby mieć zwyczajnie na co dzień więcej uśmiechu i zadowolenia z siebie. Bo przecież wy jesteś ekspertami od własnego życia, więc wiecie najlepiej, co wam służy i jest dla was dobre.
Edyta Jagodzińska-Pawluk – przedsiębiorczyni, mówczyni TEDx, trenerka biznesu, mentorka, praktyk zarządzania, autorka tekstów rozwojowych do "Charakterów", prelegentka wydarzeń dla kobiet w ramach Fundacji "Przy okazji". Certyfikowana trenerka i entuzjastka narzędzi rozwojowych: FRIS®, RMP™, PCM™. Zawodowo zadaje pytania i słucha ludzi, należy do międzynarodowego, elitarnego grona certyfikowanych Master Coachów (MCC ICF). Wykładowczyni na Uniwersytecie WSB Merito. Tworzy autorskie programy rozwojowe dla liderów i ich zespołów. Prywatnie cechuję ją odwaga do zmian, życiowa energia i optymizm. – przedsiębiorczyni, mówczyni TEDx, trenerka biznesu, mentorka, praktyk zarządzania, autorka tekstów rozwojowych, prelegentka wydarzeń dla kobiet w ramach Fundacji „Przy okazji”. Certyfikowana trenerka i entuzjastka narzędzi rozwojowych: FRIS®, RMP™, PCM™. Zawodowo zadaje pytania i słucha ludzi, należy do międzynarodowego, elitarnego grona certyfikowanych Master Coachów (MCC ICF). Wykładowczyni na Uniwersytecie WSB Merito. Tworzy autorskie programy rozwojowe dla liderów i ich zespołów. Prywatnie cechuję ją odwaga do zmian, życiowa energia i optymizm.