Poznanianka z krwi i kości
Jej biografia to żywa kronika miasta – od Czerwca ’56, przez Wildę, czarne protesty i WOŚP, aż po teatr ogródkowy, jogę i social media. Aleksandra Grabowska-Szych i Poznań idą razem od siedemdziesięciu lat, trzymając się za rękę jak stare przyjaciółki.

ROZMAWIAŁA: Anna Gidaszewska
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne
Olu, zastanawiałam się, jak Cię przedstawić i przyznaję, że trudno mi wybrać określenia: kobieta nietuzinkowa, petarda, odważna, wciąż poszukująca nowych przygód, szalona marzycielka, mama, babcia, żona, pisarka, @ola_pogodynka, aktorka, bajarka, joginka, społeczniczka, prawniczka… pewnie jeszcze o czymś zapomniałam albo czegoś nie wiem. Jak Ty sama byś się nam przedstawiła?
Aleksandra Grabowska-Szych: To modne teraz we wszystkich podcastach czy wywiadach – takie mnóstwo przymiotników – właściwie każde określenie pasuje do mnie, ale sumą wszystkich określeń jest po prostu Ola. Trzeba pamiętać, że w zeszłym roku skończyłam 70 lat, więc wiele sposobów na ujęcie mnie w słowa mam już za sobą. Takie np. jak radczyni prawna. Pracowałam przez 37 lat głównie na etacie w dużych poznańskich spółkach – pisałam pisma procesowe, wydawałam opinie, odpowiadałam na pytania prawne, występowałam na rozprawach, prowadziłam szkolenia i nagle… z dniem przejścia na emeryturę zakończyłam bycie w tym zawodzie. Bo to był zawód, a nie osoba. Teraz nie nazywam siebie radczynią prawną, chociaż w dokumentach to chyba tytuł „dożywotni”. Każdy zadaje sobie pytanie: kim jestem, co robię tu na tym świecie? Udało mi się z tym rozprawić w mojej powieści „Słoneczna strona księżyca”. Tam opisałam 66 lat bohaterki w trzydziestu historyjkach – etapach życia. Nadałam im nazwę, kolor i pytanie, na które próbuję znaleźć odpowiedź, choćby na podstawie anegdot-zdarzeń, które spotykają bohaterkę. Jak w „Kandydzie” 30 opowiastek filozoficznych.
Tak, zadawanie sobie pytań uważam za bardzo ważne w życiu. Jest w tym tzw. dziecięca ciekawość życia. I ta umiejętność zadawania sobie pytań jest nieraz ważniejsza niż same odpowiedzi. Różnorodność określeń dla mojej osoby wzrasta wraz z czasem, bo ja dopiero się rozkręcam. Choćby ostatnio prowadziłam dla seniorek spotkanie o spełnianiu marzeń w ramach Projektu Wolnica Kobiet. A więc można by było dołożyć w przedstawieniu mnie – „ekspertka od spełniania marzeń”. Zauważyłam, że kiedy ludzie mówią o swoich marzeniach, jakoś od razu się autocenzurują, jakby w marzeniu była jakaś niestosowność, jakieś rozczarowanie w stosunku do własnego życia. U mnie jest przeciwnie – w marzeniach, w planach nie mam w sobie żadnej cenzury – idę na całość.

Specjalnie nie wspomniałam o tym na początku, ale nie pierwszy raz gościsz na naszych łamach, bo w 2024 roku zostałaś laureatką trzeciej edycji akcji „Poznanianki”. Jest to akcja społeczna, która honoruje kobiety, doceniając je za indywidualne działania. Przybliż nam swoją działalność, bo jest ona świetnym przykładem tego, że nie musimy się ograniczać do jednego pomysłu na siebie.
To był fantastyczny moment w moim życiu, kiedy odebrałam telefon i dowiedziałam się, że zostałam Poznanianką Roku. Jak bym dostała Nagrodę Nobla albo Oskara. Wielka radość i zaskoczenie. Nie zadawałam sobie nigdy pytania „za co?”. Od razu przyjęłam, że kapituła sprawę mojej kandydatury przeanalizowała dogłębnie, znajdując w moim działaniu różnorodność inicjatyw, które inspirują i ośmielają do działania inne kobiety. Przyjęłam więc tytuł z wdzięcznością i radością, nie zastanawiając się nad szczegółowym uzasadnieniem. Ale myślę, że całym swoim życiem pokazałam, że jestem Poznanianką z krwi i kości, że idziemy razem z Poznaniem przez ostatnie 70 lat, trzymając się za rękę jak dwie przyjaciółki. Ja, Poznanianka: roczna Ola w wózku pomiędzy demonstrantami Czerwca 1956 r.; Ola z kluczem na szyi wędrująca po klatkach schodowych, strychach i podwórkach Wildy, biegająca po wagonach na Wolnych Torach i po krzakach Dębiny; studentka w bibliotekach, klubach studenckich i kabaretach; Ola dojeżdżająca godzinami w trzęsącym się tramwaju linii 8 do pracy – z Rynku Jeżyckiego na Warszawską; Ola prowadząca dzieci do żłobka, przedszkola, szkoły; Ola bawiąca się i pracująca; Ola w magmie stanu wojennego; Ola walcząca o interesy firm, które reprezentowała; Ola przemawiająca do tysięcy w obronie praw kobiet na czarnych protestach; Ola zbierająca „grosiki” na WOŚP-ie; Ola tworząca z mężem Teatr Ogródkowy Oli i Artura na Osiedlu Greckim w Poznaniu i grająca w dziesiątkach spektakli dla dzieci; Ola prowadząca własną szkołę jogi; Ola opowiadająca o Nowym Jorku na Festiwalu Podróżniczym Na Szagę; @ola_pogodynka od blisko czterech lat codziennie z uśmiechem opowiadająca o pogodzie; Ola pisząca książkę; Ola przewodniczka i opiekunka wnucząt… i tak mogłabym prawie bez końca. I zawsze z Poznaniem w tle, który dał mi przez te wszystkie lata poczucie bezpieczeństwa, możliwość edukacji, rozwoju zawodowego, aktywnego bycia na emeryturze, stabilność finansową. Och, więc kocham ten mój Poznań i – jak się okazało – z wzajemnością.
Jak Ty to robisz, że łączysz tyle pasji, działań i zainteresowań?
To się robi samo. Trzeba tylko stworzyć odpowiednią przestrzeń do działania. Ta się stworzyła po rozstaniu z pierwszym mężem, po wyprowadzce dzieci z domu i po przejściu na emeryturę. Zaczęłam mieć mnóstwo czasu i inicjatywy do działania i wtedy zarówno umysł, jak i ciało zapragnęły działania kreatywnego, bycia aktywną i twórczą. Zaczęły mi przychodzić do głowy pomysły, które błyskawicznie realizowałam, przy czym świetnie się bawiłam, zero stresu, pełen luz i dystans. Działałam spontanicznie i nietuzinkowo. Tak, a XXI wiek to niesamowity czas na kreację – daje mnóstwo możliwości na realizowanie pomysłów, projektów prawie bezkosztowo – wystarczy tylko chcieć. Realizowanie tych pomysłów dawało błyskawiczny efekt w postaci satysfakcji, zadowolenia i szczęścia, a jednocześnie natychmiastowy impuls do innych pomysłów i ich realizacji. Oczywiście nie wszystko się udawało, działałam zawsze sama – taka jedynaczka, zosia samosia, niezależna, za własne pieniądze. Dopiero od 10 lat wiele pomysłów realizujemy wspólnie z drugim mężem. Najważniejsze, aby siać nasionka, by je podlewać i dbać o te „roślinkowe” pomysły. A czy będą z tego owoce i kiedy – nigdy nie wiadomo. Efekt przychodzi szybko albo długo trzeba na niego czekać, lecz jak się działa, to kiedyś przyjdzie na pewno.

Wynotowałam sobie taki cytat z Twojej książki „Słoneczna strona księżyca”: „Ola przestała wierzyć w jakiekolwiek wykresy i analizy, a zawierzyła jedynie emocjom, energii i działaniu”. Jak wygląda zatem życie bez ciągłego analizowania, z większym zaufaniem do emocji i działania?
Och, to moja cecha, którą lubię najbardziej. Typowy zodiakalny baran – najpierw działa, potem myśli. I ta intuicja, która sama działa i symulacje myślowe, które tworzą dobre skojarzenia i rozwiązania, i to podnoszenie się nieomal instynktownie po porażkach i dalsze działanie. A właściwie to nie ma porażek, bo każde działanie daje doświadczenie. I następne już wychodzi lepiej. Nie wierzę w statystykę, wykresy, analizy. Może w ekonomii czy w biznesie, ale w działaniu twórczym, społecznym trzeba skupić się jedynie na intuicji i pozytywnym myśleniu. Optymizm, wiara, że świat jest dobry, miłość do ludzi, szczególnie do dzieci. Bycie szczęśliwym i radosnym daje moc.
Słyszałam niedawno rozmowę lekarzy, którzy wspomnieli o tym, że oprócz długości życia ważna jest witalność, bo to ona odpowiada za to, jak się czujemy. Jakie są Twoje sposoby na witalność, bo kipisz energią i pomysłami? Czyli co robisz, że chce Ci się chcieć?
Aktywność ruchowa – od 30 lat joga, przedtem aerobik, mnóstwo spacerów, jazda na rowerze i pływanie od zawsze, teraz wędrówki – od dziesięciu lat chodzimy z mężem drogami Hiszpanii i Portugalii po 1,5 miesiąca rocznie, codziennie, z miejsca na miejsce. I do tego jeszcze intymność, bliskość, przez dotyk, seksualność, i miłość do wnucząt – och, podkradam im energię – oni są tacy mądrzy i kreatywni. I najważniejsze, że nie obrażam się na rzeczywistość – politykę, wojny, głupotę ludzką, zawiść, hejt – mam do tego dystans, nigdy mnie nie obchodziło, „co ludzie powiedzą”. Wszystkie zmiany, nawet te na gorsze, przyjmuję z ciekawością. Zawsze mnie ekscytuje, co czeka za rogiem. Jestem odważna i wytrwała. No i to, że udało mi się znaleźć idealnego partnera. To bardzo ważne, bo samej byłoby mi dużo trudniej. Wiedziałam o tym, że nie chcę być sama i szukałam przez pięć lat i znalazłam.

Jesteś aktywna w mediach społecznościowych. Skąd się wzięła @ola_pogodynka?
To dotychczas mój najlepszy pomysł. Kiedy została wydana moja książka, byłam nieznaną nikomu 66-letnią debiutantką. Postanowiłam stać się popularna – właściwie dla książki. Pogoda zawsze mnie pasjonowała, a poza tym uwielbiam być lubiana – a kto jak kto, ale pogodynkę to wszyscy lubią, szczególnie taką uśmiechniętą, dla której każda pogoda jest dobra. Postanowiłam, że będę robiła filmiki codziennie, według tego samego schematu, zawsze z uśmiechem i pozytywnym przekazem. I to się okazał strzał w dziesiątkę – po roku nadawania miałam przeszło 15 tys. obserwujących na Instagramie, fan kluby, rekord 300 tys. wyświetleń jednego filmu – ludzie przekazywali moje filmy albo przysyłali mi filmy z życzeniami, nawet aktorzy z teatrów krakowskich i warszawskich czy znani dziennikarze, tacy np. jak Mariusz Szczygieł. Ludzie serdecznie zaczepiają mnie na ulicy, zapraszają do siebie, pozdrawiają, uśmiechają się, dziękują mi za humor, za to, że jestem, każą mi obiecywać, że nigdy nie przestanę – to doprawdy przeurocze. A mówi się, że po 40. kobieta staje się niewidzialna. O, ja doprawdy nie jestem niewidzialna. Ale też mam do tego dystans. Może przyjść burza magnetyczna i moje filmiki znikną na Instagramie albo po prostu nie będę chciała już ich wrzucać do sieci. Ale najważniejsze w tym działaniu jest to, co robię dla siebie, dla swojego rozwoju i kreacji. Codziennie tworzę scenariusz dla filmiku, ubieram się przemyślanie, robię makijaż i mobilizuję się do uśmiechu przed kamerą – do siebie i do innych. Ten uśmiech – mam nadzieję – zostanie ze mną na zawsze.

Na koniec nie mogę nie zapytać o to, jakie masz marzenia?
Och, dziękuję za to pytanie. Mam w sieci parę swoich autorytetów, osoby, które dają mi dobre rady „jak żyć”. Taka rada np. Tomasza Raczka: „mów o swoich marzeniach ciągle i wszystkim – nigdy nie wiesz, kto będzie chciał zostać dla ciebie Dobrą Wróżką”. I właśnie do niej się stosuję. Marzenie pierwsze – po prawie dwóch latach starań przy współpracy z gminą Wleń przepięknie wydałam trzy książki dla dzieci: „Jerzyk w Dolinie Bobru”, „Koala w Dolinie Bobru”, „Perła w Dolinie Bobru”. Teraz czas, żeby trafiły do czytelników, czyli muszę je sprzedać. Mam pomysł na promocję poprzez spotkanie autorskie ze spektaklem teatralnym dla dzieci, w którym chcemy z mężem występować. Chciałabym też moje książki zaprezentować na targach, takich jak Poznańskie Targi Książki. Marzenie drugie – w lecie z mężem i trójką wnucząt zaliczyliśmy wyprawę torami nieczynnej Kolei Doliny Bobru z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego – torami około 40 km, ale zrobiliśmy dużo więcej. To najładniejsza linia kolejowa w Polsce. Niesamowicie wielkie wyzwanie dla nas wszystkich, przedzieraliśmy się przez krzewy jeżyn i pokrzywy, po nasypach, tunelami, zardzewiałymi mostami i wiaduktami. Przeżywaliśmy ogromne emocje, zmęczenie, kontuzje, były kłótnie, pretensje i fochy, ale też mnóstwo radości i satysfakcja. Naszą przygodę chcę jeszcze w tym roku opisać w czwartej części serii pt. „Pięcioro w Dolinie Bobru” i żeby książka miała fantastyczne ilustracje i mapy, i żeby udało się ją pokazać na uroczystym otwarciu odremontowanej linii kolejowej 283. A trzecie marzenie już się dzieje, bo bilety na samolot do Malagi kupione – wymarzona i zaplanowana na kwiecień–maj dwumiesięczna wędrówka z mężem z plecakami południową Hiszpanią i Portugalią z Malagi do Faro brzegiem morza, około 500 km. W tym szlakiem dawnej linii kolejowej „Via Verde” z Huelvy do Ayamonte. No i jak zawsze najważniejsze marzenie, żebyśmy zdrowi byli.
Niech się zatem spełnią te marzenia i o wiele więcej.