Z patosem mi nie po drodze
Mówienie o nich „amatorzy” to spore niedopowiedzenie. Chociaż na co dzień żyją rytmem zwyczajnych zawodowych spraw, na scenie „Nagle Teatru” stają się ucieleśnieniem czystej, nieskrępowanej energii. Anna Kapczyńska-Martínez – scenarzystka, reżyserka, pisarka i jeżycka lokalna patriotka, mówi, że brak dyplomu szkoły teatralnej bywa największym atutem. Sama pracowała w branży marketingowej, narzędziowej, pneumatycznej, zabezpieczeń, a nawet… w rzeźni. Dziś udowadnia, że na życiową woltę nigdy nie jest za późno, a teatr to nie tylko „wysokie C” i muślinowe kurtyny, ale przede wszystkim ogromna frajda. W rozmowie o kulisach powstania „Nagle Teatru” zdradza, dlaczego woli „świeżaków” od rutyniarzy, jak oswoić najtrudniejsze tematy czarnym humorem i dlaczego to właśnie w amatorskim działaniu kryje się prawda o człowieku. Bez nadęcia, bez „spiny”, ale z pełną salą i gromkim śmiechem w tle.

ROZMAWIA: Ewa Gosiewska
ZDJĘCIA: Grzegorz Tomaszewski
Skąd wziął się pomysł na „Nagle Teatr”? Czy ta nazwa odzwierciedla moment, w którym grupa ludzi po prostu zdecydowała: „Gramy!”, czy może to obietnica emocji, jakie widz ma poczuć na widowni?
Anna Kapczyńska-Martínez: Wszystko zaczęło się od warsztatów, które prowadziliśmy w ramach Stowarzyszenia Magiel Artystyczny. To były warsztaty teatralne poprzedzone castingiem, na który każdy mógł przyjść. Pozgłaszali się ludzie z różnych „bajek”, niesamowita ekipa i zaczęliśmy przygotowywać sztukę. A że trwało to kilka miesięcy to zdążyliśmy się ze sobą bardzo zżyć. Wytworzyła się świetna energia. Ostatecznie w grudniu 2023 roku wspólnie doszliśmy do wniosku, że to nie może się skończyć tym jednym przedstawieniem i warsztatami. Wiedzieliśmy jedno: chcemy działać dalej. Chwilę myśleliśmy nad nazwą i ostatecznie uznaliśmy, że „Nagle Teatr” pasuje idealnie. Bo przecież większość z tych ludzi wcześniej nie występowała, a właśnie „nagle” zaistnieli na scenie w świetle reflektorów. Ta nazwa odzwierciedla też moje podejście do tworzenia czy nauki. Jestem przekonana, że najlepiej uczymy się przez działanie. Pewnie gdyby powstanie teatru było jakimś moim misternym planem, to nic by z tego nie wyszło. To zrodziło się z potrzeby chwili i dość spontanicznie, po prostu „nagle”. Teatr założyliśmy z Kamilem Krynicą. Wspólnie piszemy też scenariusze. Niektóre razem, a inne osobno.
To jest niesamowite, że „Nagle Teatr” tworzą amatorzy, choć to słowo nie oddaje tego, co widzimy później na teatralnych deskach. To ludzie, którzy nie skończyli szkół teatralnych, w życiu zawodowym robią różne rzeczy. Przeglądając listę osób zaangażowanych w projekt, widzimy miks profesji. Mamy tu psycholożkę zakochaną w Tarantino, coachkę, a nawet kogoś, kto „zamienił budynki na ludzi”. Jak udaje się Tobie pogodzić te wszystkie silne osobowości i zawodowe doświadczenia na próbach?
To jest dla mnie totalnie cudowne doświadczenie, a z takimi „świeżakami” pracuje się świetnie. Oni to robią, bo chcą, a nie muszą. Im bardziej ktoś jest niedoświadczony, tym paradoksalnie lepiej, bo taka osoba nie przychodzi, uznając, że wie już wszystko. Ma w sobie ciekawość uczenia się od innych ludzi i otwartość na inne doświadczenia. Ta nieśmiałość, ale jednocześnie poczucie robienia czegoś nowego i ekscytującego, rodzi entuzjazm i tę wyjątkową energię. No ale pamiętajmy też, i ja to zawsze podkreślam, że to ma być przede wszystkim zabawa. Dla nas i dla tych, którzy przychodzą na nasze przedstawienia.

Czy jest jakaś taka cecha wspólna, która łączy Waszą grupę? Co trzeba mieć takiego w sobie, żeby zacząć tę teatralną przygodę?
Na pewno chęć i odwagę. Naszą grupę łączy też dystans do siebie i potrzeba wygłupiania się. Trochę jak dzieci bawią się np. w sklep, odgrywając jakieś scenki, no to my trochę kontynuujemy tę zabawę. Też się przebieramy, wydurniamy, śmiejemy i nie oceniamy, czy ktoś ma talent, czy sceniczne sukcesy za sobą. Nie mamy ambicji tworzyć wzniosłych dzieł, ale wiem z doświadczenia, że jeśli my się dobrze bawimy na próbach, to na premierze ludzie na widowni też będą się śmiać. Tak to działa.
Ty, żeby być w tym miejscu, w którym jesteś dzisiaj, zrobiłaś w swoim życiu totalną woltę…
Tak, ale zawsze chciałam występować na scenie. Skończyłam studia ekonomiczne i później w życiu robiłam różne rzeczy, zupełnie niezwiązane ze sztuką. Pracowałam w wielu firmach z branży marketingowej, pneumatycznej, narzędziowej, a nawet… w rzeźni! Bardzo brakowało mi sztuki, myślałam, że już jest dla mnie za późno… Aż przyszedł taki moment, kiedy byłam już po trzydziestce i trafiłam do amatorskiego teatru „MplusM”, który teraz się nazywa „Asz Teatr” i przepadłam! To był game changer, zaczęłam od występów na scenie, a później napisałam pierwszą sztukę, którą tam wystawiliśmy. I to było niesamowite, zobaczyć, jak to, co miało postać tekstu, przybiera żywą formę na scenie, a ludzie na to reagują śmiechem. Czyli jak ja to mówię: słowo staje się ciałem. W każdej pracy, w której się męczyłam, marzyłam, żeby ją rzucić i zająć się tworzeniem tego, co mi w duszy gra. I w końcu to robię. Kiedy wszystko postawiłam na jedną kartę, poczułam się naprawdę wolna. Zaczęłam występować, pisać sztuki, wydawać książki i prowadzić warsztaty. Niedawno Julita Banaśkiewicz, szefowa „Magla Artystycznego”, zapytała mnie, czy wolę prowadzić warsztaty pisarskie, czy teatralne. Odpowiedziałam, że zdecydowanie teatralne. Bo wiem, że na nich mogę czegoś drugiego człowieka nie tylko nauczyć, ale też obiecać spełnienie marzenia. Zagwarantować, że stanie na scenie, zagra i usłyszy oklaski. Na warsztatach pisarskich nie mam wpływu na to, czy uczestnik dokończy swój tekst, nie mogę też nikomu obiecać, że jego książka kiedykolwiek będzie wydana.

Ty wydałaś kilka książek, choćby: „Zbrodnia piętro niżej”, „Czarne piwo grabarza”, „Zjeżona”, „Wyśniona Gwiazdka”…
Lubię wymyślać postacie i historie. W teatrze „kręci mnie” zespołowość. My tę sztukę robimy razem. Nigdy nie czułam się dobrze jako solistka opowiadająca o swojej twórczości na poważnie. Moje spotkania autorskie mnie krępowały, dlatego, żeby je uatrakcyjnić, zapraszałam koleżanki i kolegów z „Asz Teatru”, żeby wcielali się w bohaterów moich powieści. W ten sposób te dwa ukochane przeze mnie światy się łączyły.
W dzisiejszym zabieganym Poznaniu szukamy balansu – niektórzy idą na siłownię, inni na jogę. Wy wybieracie scenę. Co takiego daje amatorski teatr osobie, która cały dzień spędza w biurze czy gabinecie i zawodowo nie ma do czynienia ze sztuką? Czy to forma arteterapii, czy raczej czysta radość z bycia przez moment kimś innym?
Nie miałam dotąd odwagi myśleć o tym, co robimy, jako formie arteterapii, ale ostatnio jeden z nowych aktorów powiedział mi, że moje warsztaty teatralne uratowały go przed depresją. Bardzo mnie to wzruszyło, ale również zawstydziło, bo ja ciągle widzę w tym przede wszystkim zabawę, bez zbędnej „spiny” i musztry. Tutaj ludzie mają się czuć swobodnie, staram się o to dbać, bo oni nie potrzebują kolejnego szefa po pracy. Mogą przez chwilę pobyć kimś innym na scenie.
Sztukę tworzymy razem, każdy z uczestników ma wpływ na sposób, w jaki odegra swoją postać, i ostateczny kształt sztuki, a ja czuję się bardziej koordynatorką niż reżyserką. Oczywiście czasem próbuję tupnąć nogą, żeby całość się nam nie „rozjechała”, ale generalnie to po prostu mamy z tego „fun”. Najpierw miesiące prób, potem adrenalina przed premierą, później te niesamowite emocje po i ta satysfakcja, która zostaje wraz z pytaniem: kiedy znów coś zagramy?
No i cykl zaczynamy od nowa, następna sztuka, próby, zabawa. Nasza stała ekipa liczy około dwudziestu osób, ale oczywiście są też inni, którzy pojawiają się okazjonalnie.

„Przyjęcie dla Pana J.”, „Po trupie do celi” czy „Escape Room” – Wasz repertuar balansuje między humorem a dreszczowcem. Czy Poznaniacy szczególnie lubią śmiać się z „trupa w szafie”? Bo w Polsce krążą takie stereotypy, że my tutaj, w Poznaniu, jesteśmy sztywniakami.
To albo Poznaniacy do nas nie przychodzą, albo może się zmienili, bo zupełnie nas – mieszkańców tego miasta – tak nie postrzegam. I na pewno mogę powiedzieć, że lubią ten czarny humor, choć wiem, że on może być czasem trudny. Mieliśmy taką sytuację, kiedy zaczęliśmy próby z „Escape Roomem” i na jedną z nich przyszedł nasz kolega. A jednym z wątków była historia kobiety, która zamierzała kupić dziecko. Wyszedł z próby, bo akurat ta scena wywołała w nim silne emocje związane z prawdziwymi przeżyciami. Pomyślałam sobie wtedy: „A może my faktycznie przesadzamy z tym obśmiewaniem wszystkiego, może takie tematy są za »grube«? Może ja nie mam tego wyczucia?”. No ale później patrzyłam na reakcje widowni i ludzie dobrze się bawili. Ja nawet te trudne tematy w życiu też lubię trochę obśmiać, chyba po to, żeby je oswoić.
Tej poznańskości sporo jest w Waszych spektaklach, a zwłaszcza widać silną więź z Jeżycami. Skąd ta fascynacja dzielnicą, która stała się tłem dla aż czterech Twoich powieści i redagowanego pisma? Jako redaktorka naczelna „Naszych Jeżyc” i autorka książek, których akcja dzieje się właśnie tutaj, zdajesz się być nierozerwalnie związana z tą częścią Poznania. Czy Jeżyce ze swoją specyficzną energią, kamienicami, „hipsterskością” są dla Ciebie niewyczerpaną kopalnią fabuł?
To jest takie puszczenie oka dla siebie samej, bo ja jestem stąd. Na Jeżycach mieszkam od osiemnastu lat, tu dorastała moja córka, a siedemdziesiąt lat wcześniej moja mama. Próby mamy najczęściej w Domu Tramwajarza, który ma duszę i historię. Wzrusza mnie świadomość, że tworzymy sztukę w miejscu, do którego w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku moja babcia przyprowadzała do przedszkola moją mamę. Wybieram Jeżyce często chyba z lenistwa, bo najłatwiej mi opisać świat, który dobrze znam, ale z drugiej strony myślę, że Jeżyce są niezwykłym miejscem, nieoczywistym, różnorodnym, gdzie prostota miesza się z przepychem, a historia przeplata ze współczesnością. Możesz zobaczyć perełki architektury, a jednocześnie zupełnie nowoczesne formy. Są tu ekskluzywne butiki, ale to również zagłębie lumpeksów, a buty można naprawić w zakładach szewskich, które nie zmieniły się od lat siedemdziesiątych. Jeżyce mają pewną aurę tajemniczości.

A co Ciebie, oprócz oczywiście Jeżyc, inspiruje?
Powiem najprościej: życie. Brzmi banalnie, ale taka jest prawda. Słyszysz ludzi, podsłuchujesz w kawiarni, kiedy rozmawiają, opowiadają Ci historię, obserwujesz osoby, które cię irytują, a później to przelewasz na papier i w tych wymyślonych postaciach zostawiasz trochę prawdy. A z drugiej strony im bardziej jest coś, czego byśmy nie chcieli przeżywać w realnym świecie, tym bardziej to się sprawdza w teatrze, kinie czy literaturze. Mam trochę duszę błazna. Z patosem mi nie po drodze. Nie odważyłabym się realizować trudnej sztuki, bo to milczenie widowni by mnie chyba zabiło. Śmiech publiczności to dla mnie dowód, że zrobiliśmy dobrą robotę. Miało być zabawnie, no i jest, skoro ludzie reagują śmiechem. A jakby to miało być głębokie, to skąd ja bym miała wiedzieć, czy ten widz śpi, nudzi się, czy coś jednak wewnętrznie przeżywa?
Gracie tylko w Poznaniu, czy odwiedzacie też inne miasta ze swoim repertuarem?
Byliśmy na przeglądzie w Pobiedziskach, dwa razy graliśmy w Śremie, a w Wołominie zajęliśmy trzecie miejsce w przeglądzie teatrów amatorskich. To jest nasza pierwsza statuetka, więc daje nam to dodatkowego kopa do dalszej pracy. Nie przywiązuję specjalnie wagi do odznaczeń i dyplomów, ale to przecież nagroda dla tych wszystkich ludzi, którzy to robią z pasji. Te wyjazdy to też wyzwanie logistyczne dla naszej ekipy, bo każdy ma swoje życie, swój dom i pracę. I to jest chyba dla mnie największe wyzwanie – ta koordynacja, żeby to wszystko zgrać w czasie, więc jestem taką „ogarniaczką chaosu”. Zdarza się, że ktoś nagle nie może jechać. Tak było ostatnio w Wołominie i nagle okazało się, że jeden z naszych aktorów miał tam kolegę, który nigdy nigdzie nie występował. To była krótka rola, dosłownie trzy zdania na scenie. Miał obawy, ale wystąpił i później miał z tego dużą satysfakcję. Łatwiej jest aktorom wchodzić w rolę, kiedy mogą, grając jakąś postać, wyobrazić sobie kogoś, kogo znają, mającego podobne cechy. Prościej wtedy w taką rolę „wejść”.
Co byś doradziła osobie, która chciałaby spróbować grać, ale jednocześnie ma mocną wewnętrzną blokadę, bo zwyczajnie się boi…
Każdy z nas złożony jest z różnych kompleksów, a wyjście przed ludzi na scenę, gdzie musisz się obnażyć z emocji, odsłonić wewnętrznie, może być trudne dla niektórych. Jednak jeśli ta determinacja byłaby większa od strachu, to może warto zacząć od małej roli na początek? Jedyny sposób na naukę to działanie. Nie da się inaczej.

Musiałabym ich zapytać, ale... myślę, że przede wszystkim frajda, wspólne działanie i chęć spotykania się z ludźmi, którzy czują podobnie. Bo oczywiście możemy iść na kawę czy piwo i też pewnie będzie fajnie, ale ta formuła szybko się może wyczerpać. W teatrze mamy robotę do zrobienia. No, ale najważniejsze, że przy tej robocie dobrze się bawimy.
A boisz się czasem, że nie zapełnicie sali i będziecie występować przy pustej widowni?
Niezależnie od tego, ile osób przyjdzie, i tak zagramy. Zdarzały się takie spektakle, na których było kilkunastu widzów. Gra się wtedy trudniej, bo publiczność jest bardziej skrępowana i inaczej reaguje.
Jakie macie plany na najbliższy czas?
Szykujemy premierę na kwiecień, Kamil Krynica przygotowuje kolejną sztukę, którą zagramy, organizujemy też kolejne warsztaty. Czekamy na wyniki konkursów grantowych i planujemy kolejne odsłony naszych sztuk. Chociaż uwielbiamy grać w Domu Tramwajarza, to marzy nam się własna przestrzeń na próby, występy i magazynowanie rekwizytów. Przechowujemy je w różnych miejscach, no i ostatnio nasz jeden rekwizyt zginął. I to jaki! Koledze z wózkarni ukradli klęcznik! W dodatku pożyczony! Co więcej, inne, bardziej wartościowe rzeczy, zostały. Wszystkie oprócz klęcznika. Ciekawe, co z nim się dzieje teraz… I kto mi powie, że życie nie jest najlepszą inspiracją dla twórcy?
Więcej: https://nagleteatr.pl/