Po drugiej stronie sceny

21 kwietnia 2018

Działaczka, społeczniczka, zdeklarowana feministka. Od ponad 20 lat, wspólnie ze swoją przyjaciółką Renatą, sprowadzają do Poznania najlepszych aktorów i najważniejsze spektakle w ramach cyklu „Poznańska premiera”. Magdalena Nowecka, od zawsze zakochana w teatrze, nie wyobraża sobie życia bez ludzi, bo to oni ją napędzają. Ubolewa nad jednym: że w tym pędzie coraz trudniej przez gardło przechodzi nam słowo „dziękuję”.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

Właśnie przygotowuje kolejną premierę. Trzeba dopiąć wszystkie szczegóły. Spotykamy się w biegu, w przytulnej knajpce na Jeżycach.

Nad czym teraz pracujesz?

Magdalena Nowecka: Właśnie pokazaliśmy w Poznaniu „Merylin Mongoł” z Agatą Kuleszą, Olgą Sarzyńską, Marcinem Dorocińskim, Dariuszem Wnukiem a przed nami kolejna „Poznańska Premiera” – już w czerwcu „Ojciec” z Teatru Ateneum z Marianem Opanią, Magdaleną Schejbal, Przemysławem Bluszczem, Pauliną Gałązką, Dariuszem Wnukiem, Małgorzatą Mikołajczak i Pauliną Kondrak.

Dlaczego akurat ten spektakl?

Zawsze staramy się szukać przedstawień ciekawych, które mówią o problemach dotykających ludzi tu i teraz, takich które uwrażliwiają na świat i coś mądrego starają się przekazać. Tak sobie ostatnio pomyślałam, że czasem zamiast słuchać tych wszystkich mówców, coachów warto kupić sobie bilet do teatru i pójść zobaczyć w jaki sposób robią to aktorzy, o czym mówią, co chcą przekazać, a przede wszystkim jak mówią. Takie półtorej godziny w teatrze może nas zainspirować do różnych ciekawych rzeczy w życiu.

Zadałam to pytanie nie bez powodu. Na rynku mamy mnóstwo teatrów, spektakli, aktorów. Skąd wiesz, że to akurat ten, na który będą chcieli przyjść poznaniacy?

Przez lata naszej działalności marką był dla nas aktor. Pierwszym, z którym zaczęliśmy pracować był Janusz Gajos. Muszę powiedzieć, że wtedy zaufałyśmy nazwisku. Przyznam, że 20 lat temu pierwsze spektakle, które sprowadzałyśmy do Poznania, niekoniecznie oglądałyśmy. Z kolejnymi już było inaczej, a jeśli nie miałyśmy możliwości tego zrobić, osobiście czytałyśmy bardzo dużo recenzji. Poza tym trochę poznałyśmy już poznańską widownię i jest to bardzo wymagająca publiczność. Tutaj niekoniecznie dobre nazwisko może zadziałać. Poznaniacy wybierają z szerokiej palety spektakli te, które w danym momencie im odpowiadają.

Czym urzekł Cię Janusz Gajos?

Skromnością i tym, że potrafi słuchać.

Kiedy zakochałaś się w teatrze?

Miałam 17 lat i zakochałam się w zapachu teatru.

To znaczy?

To chyba było trochę kurzu a trochę wazeliny (śmiech), którą pachniało ze sceny. Pamiętam spektakl „Szewcy” w Teatrze Polskim w Poznaniu i pierwsze wyjścia licealne z profesorami. Po przedstawieniu polonista zaprosił nas na kawę do Smakosza, po przeciwnej stronie Teatru Polskiego. A to już było o tej godzinie trochę nielegalne jak na żeńskie liceum, do którego wtedy chodziłam. I wtedy po raz pierwszy zobaczyłam aktorów, których przed chwilą podziwiałam na scenie. Choć intrygowało mnie bardziej nie to co na scenie a jak wygląda zaplecze takiego teatru.

I właśnie po tych „nielegalnych” wyjściach do teatru chciałaś zająć się tym tematem na poważnie?

Nigdy nie marzyłam, że będę pracować z aktorami, z teatrami. Jednak wkrótce na mojej drodze pojawił się Festiwal Malta. Najpierw zobaczyłam go od strony widza i bardzo mnie to zachwyciło. Wszystko było takie kolorowe, wspaniałe. Na pierwszym roku studiów dostałam pracę gońca, chyba tylko dlatego, że potrafiłam jeździć samochodem, co w tamtych czasach wśród kobiet było rzadkością. Zaczęłam pracować przy festiwalu, gdzie zajmowałam się wszystkim, a głównie pogodą. Moim zadaniem było wykonywanie telefonów i sprawdzanie jaka jest pogoda. Łączyłam się ze stacją meteorologiczną z automatu telefonicznego, ponieważ, w co dziś trudno uwierzyć, nie było komórek. Następnie przyszły już bardziej odpowiedzialne zajęcia, bo zajmowałam się programem Malta Off. Zjeżdżali do nas artyści z całego świata, którzy za tak zwany wikt i opierunek uczestniczyli w tym programie. Później razem z moją koleżanką Renatą założyłyśmy GRUV ART.

Wtedy rozpoczęła się Twoja profesjonalna przygoda z teatrem?

Tak. Realizowaliśmy różne spektakle. Było spotkanie z Teatrem Ateneum, spektaklem „Garderobiany” z Gustawem Holoubkiem, Marianem Kociniakiem, „Król Edyp” i poznanie Piotra Fronczewskiego, Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej. Dotknięcie takich aktorów, ale również, co jest dla mnie bardzo cenne, ludzi którzy dla nich pracują: pań i panów garderobianych, to jest magia. To osoby, które mają w sobie mnóstwo pokory i pracują przy czymś, co bardzo kochają. Dlatego lubię przebywać i pracować na zapleczu i patrzeć na wszystkich, którzy pracują na to co dalej zobaczymy na scenie. To oni dbają o scenografię, dobrze uprasowaną garderobę, ciepłą herbatę dla aktora i spokój.

Kiedy po raz pierwszy spotkałaś Renatę Pepkę – Stróżyk, dziś Twoją przyjaciółkę i wspólniczkę?

Na egzaminach wstępnych na kulturoznawstwo i była bardzo niemiła (śmiech). Czekałyśmy w kolejce na egzamin ustny. Podeszła do mnie i powiedziała: ja teraz wchodzę!

I co zrobiłaś?

Usunęłam się. Potem zaczęłyśmy studia, a z czasem dostałam pracę w agencji artystycznej. Renata pracowała wtedy gdzie indziej. Kiedy szukano u nas ludzi do pracy postanowiłam ją ściągnąć. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, bo Renata jest jednym z najlepszych producentów wydarzeń w Polsce. I przyszedł czas na wspólną firmę, w której jesteśmy od ponad 20 lat.

A kiedy pojawił się pomysł ściągania do poznania teatrów w ramach „Poznańskiej premiery”?

To był trochę zlepek przypadków. Zadzwoniła do nas Elżbieta Gajos, którą poznałyśmy wcześniej. Zaprosiła nas do produkcji premiery. I tak to się zaczęło.

Mówi się, że trudno pracuje się ze znanymi aktorami. Ty sobie z nimi świetnie radzisz. Jak to robisz?

Często pracujemy z agentami, więc oni biorą na siebie część tej „trudnej” pracy. No i przecież mam jako wsparcie Renatę (śmiech).  Wydaje mi się, że trzeba rozmawiać konkretnie i precyzyjnie i to jest chyba klucz do sukcesu.

Ale nie zawsze wszystko idzie po Twojej myśli…

Mieliśmy taką ciekawą historię podczas pierwszego spotkania ze Zbigniewem Zapasiewiczem. Spektakl nazywał się „33 omdlenia”. Aktorzy grali w Teatrze Muzycznym a nad nami była sławna wtedy Markietanka. Nagle w trakcie przedstawienia usłyszeliśmy z góry głośną muzykę i tupanie. Podczas przerwy w spektaklu obawiałam się czy Zbigniew Zapasiewicz wróci na scenę, bo był bardzo poirytowany zaistniałą sytuacją. A on wyszedł na scenę i powiedział do publiczności, że te odgłosy nie mają nic wspólnego z jego przedstawieniem. Potem, spotkaliśmy się jeszcze kilkakrotnie w Poznaniu, to był niezwykły aktor.

W siedzibie GRUV ART, na ścianach, wiszą plakaty z Krystyną Jandą. Kiedy ona stanęła na Twojej drodze?

Był taki spektakl „Harry i ja”, o rozmowach komórkowych z Januszem Gajosem i Markiem Barbasiewiczem. Wtedy pierwszy raz poznałam panią Krystynę Jandę.

Jaka jest Krystyna Janda?

Cały czas ma coś bardzo ciekawego do powiedzenia światu. Dopóki jej nie poznałam to trochę sprawiała wrażenie takiej zadufanej Agnieszki od Wajdy. Byłam zdumiona przekrojem publiczności, która przychodziła i nadal przychodzi na jej przedstawienia. Dziś już chyba wiem dlaczego tak jest. Moim zdaniem to jedna z aktorek, która najwięcej podróżowała po Polsce ze swoimi spektaklami. A będąc na scenie „rozmawia z publicznością”, a to jest rodzaj aktorstwa, które lubię. To jest tak jakby każdego z nas podczas spektaklu zapraszała do swojego świata. I ta lekkość jest wyczuwalna zarówno w przedstawieniach, w których gra jak i w tych, które reżyseruje.

Myślałaś kiedyś, żeby znaleźć się po drugiej stronie teatru?

Na scenie?

Tak.

Nie, bo nie mogłabym być aktorem drugoplanowym (śmiech). Wolę grać pierwsze skrzypce w swojej pracy, chociaż w sumie drugie, bo zawsze jestem dwa kroki w tyle, za aktorami. Z takich ciekawostek to wiele lat temu dostałam propozycję wyjazdu zagranicę do pracy w impresariacie. W ogóle nie potraktowałam tego poważnie. W sumie to jeszcze wszystko przede mną…

Jesteś dyrektorką, działaczką, społeczniczką, wszędzie Cię pełno. W jakiej roli czujesz się najlepiej?

Kiedy z firmą przeniosłyśmy się na Jeżyce zaczęłam działać lokalnie. Wydaje mi się, że coraz bardziej ta praca społecznikowska przykuwa moją uwagę. Lubię współpracować i być partnerem a nie konkurencją. Ubóstwiam określenie błękitnych oceanów. Uważam, że grupą możemy zrobić więcej, lepiej. Cały świat idzie w kierunku spojrzenia na ludzi jak na odrębną jednostkę. Za każdą firmą stoją ludzie. Dlaczego tak lubimy klimat Jeżyc, Śródki. Nie dlatego, że tam są ciekawe firmy, instytucje, restauracje. Dlatego, że są tam fantastyczne miejsca, za którymi stoi człowiek, który je tworzy. Ja w ogóle uwielbiam ludzi, lubię ich poznawać, rozmawiać. Kiedy wyjechałam z teatrem do Meksyku zamiast zwiedzania wolałam poznawać ludzi, ich poglądy, sposób myślenia. Tak samo jest w Poznaniu, stąd moja społeczna inicjatywa na Woli, na której mieszkam, żeby organizować pikniki sąsiedzkie, spotykać się, rozmawiać i działać.

Jak godzisz te wszystkie role?

Czasami nie wiem. Nie mogę spokojnie usiedzieć w miejscu. Wydaje mi się, że im więcej człowiek robi tym więcej się napędza i więcej może. Praca społeczna daje mi wielkiego kopa, ale i wzruszenie. To, że ktoś potrafi upiec ciasto i przynieść na spotkanie sąsiedzkie wzbudza we mnie silne emocje. Taka wrażliwość ludzka, gdzie potrafimy się doceniać, powiedzieć sobie dzień dobry, to jest dla mnie wspaniała wartość. Wierzę w siłę i potęgę człowieka.

Miałaś taki moment w życiu, że chciałaś rzucić teatr i zając się zupełnie czymś innym?

Zawsze chciałam zajmować się zwierzętami (śmiech). Tak naprawdę we wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek i nie tracić siebie. Ostatnio nawet zaczęłam gotować, ponieważ moja córka stwierdziła, że nie będzie dalej jeść babcinych obiadów.

Jak Ci idzie?

Coraz lepiej.

Jakoś ten obraz matki polki mi do Ciebie nie pasuje…

Bo nią nie jestem, chociaż czasami bym chciała. Wiem, że pogodzenie roli dobrej mamy, świadomej, przedsiębiorczej i aktywnej kobiety,  może być trudne. Żyjemy tu i teraz, i nie ma co liczyć na to że ktoś nam powie, że jesteśmy fantastyczni we wszystkim co robimy, znakomici, cudowni. Powinniśmy nauczyć się dziękować. Czasem warto powiedzieć dziękuję kiedy ktoś dobrze wykona swoje zadania. I to staramy się pielęgnować w firmie. Schodząc ze sceny, kiedy już część zgasiła światło, a część zostaje, żeby demontować scenografię po spektaklu, trzeba cofnąć się i po prostu podziękować. To jest wyraz szacunku do czyjejś pracy. I chyba nauczyli mnie tego rodzice za co jestem im bardzo wdzięczna.

Dziękuję Ci za spotkanie…