Pokochać Irlandię

7 czerwca 2018

Kilkudniowa wycieczka do Irlandii jest na pewno zbyt krótka, ale pozostawia przyjemne poczucie niedosytu i tęsknoty. Można je porównać do wiosennego zakochania. Tym bardziej, że o tej porze roku Zielona Wyspa jest naprawdę piękna. Dlaczego warto spędzić weekend w Dublinie? Chociażby dlatego, że lecąc z Poznania, znajdziemy się tam szybciej niż w Krakowie.

 

TEKST I ZDJĘCIA: Anna Skoczek

 

Z poznańskiej Ławicy do Dublina leci się niewiele ponad dwie godziny. Doliczając nawet czas spędzony na lotnisku i tak szybciej zaczniemy zwiedzać Dublin, niż przespacerujemy się pod krakowskimi sukiennicami. Kolejnym argumentem, który warto wziąć pod uwagę, a za który nie obrażą się mieszkańcy Krakowa, to cena. Za bilety w obie strony rejsowymi samolotami Ryanair zapłacimy około 400 złotych. Na miejscu trzeba przygotować się jednak na całkiem spore wydatki. Mimo, że na początku ceny w Dublinie mogą zaskakiwać, to wydane pieniądze zwrócą się w formie pięknych wspomnień i widoków, które pozostaną na dłużej.

Otwarci, pomocni, uśmiechnięci

W Dublinie i okolicach pada przez ponad 220 dni w roku. Aż trudno uwierzyć, że mimo tego Irlandczycy są pogodni, uśmiechają się w trakcie rozmowy i bardzo chętnie pomagają zagubionym turystom. Jeśli jednak komuś wydaje się, że doskonale zna język angielski i bez problemu porozmawia z mieszkańcami Dublina, to bardzo się myli. Już pierwsze zdanie kierowcy autobusu, który tłumaczył jak dojechać do wskazanego miejsca, brzmiało co najmniej, jak po chińsku. Jeśli jednak rozgryziemy siatkę połączeń i kupimy weekendowy bilet (leap card) na wszystkie autobusy i podmiejskie kolejki, to nie pozostaje nic innego jak wybór atrakcji. Tych w samym Dublinie i okolicach na pewno nie zabraknie.

Klify warte grzechu  

Pierwszy spacer uliczkami Dublina może pozostawić wrażenie chaosu. W weekend w mieście jest bardzo duży ruch, korki, na chodnikach tłum turystów i studentów. Warto odwiedzić jeden z najsłynniejszych w mieście pub – The Temple Bar. Znajduje się on w mieście, w którym w XVII wieku mieszkał Wiliam Temple – rektor Trinity College. Trzeba jednak liczyć się tam z naprawdę niekomfortowym ściskiem i powalającymi cenami. Za piwo trzeba tam zapłacić nawet 12 euro. Podobny cennik obowiązuje zresztą w innych okolicznych pubach. Warto wiedzieć, że poza ścisłym centrum Dublina za pintę zimnego Guinessa zapłacimy już 3 razy mniej. Po pierwszym spacerze rozpoznawczym warto zaplanować sobie wycieczkę na półwysep Howth. Podmiejska kolejka w 30 minut przewiezie nas do miejsca, gdzie widoki zapierają dech w piersiach. Piękne urwiska i klify prezentują się doskonale w blasku słońca. Wtedy też niebo jest błękitne, woda Morza Irlandzkiego wręcz turkusowa, a zieleń porastająca zbocza i polany apetycznie soczysta. Idąc malowniczą trasą wzdłuż klifów nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to spacer krańcem świata. Przed wejściem na ścieżkę warto kupić sobie kubek kawy na wynos. Za taką przyjemność zapłacimy dwa i pół euro, ale zatrzymanie się na moment i podziwianie widoku z kubkiem aromatycznego napoju na pewno pozostanie we wspomnieniach na dłużej.

Spacer klifami nie jest ani męczący i nie trzeba też przygotowywać się do niego, jak do górskiej wędrówki. Trasa najbliżej urwisk może jednak przyprawić o zawrót głowy. Momentami przejścia są bardzo wąskie. Są też odcinki, na których tylko kilkanaście centymetrów dzieli nas od stromego spadu. Bez wątpienia trasa może być trudna dla osób z lękiem wysokości.

Po spacerze warto zatrzymać się na chwilę w porcie. Tam koniecznie trzeba spróbować ryby z frytkami. Naprawdę duża porcja dorsza (codfish) i frytek kosztuje 10 euro. Obiad stanowczo wart jest swojej ceny, a porównując go do ryb serwowanych nad polskim morzem, można pokusić się o stwierdzenie, że to nawet tanio, co przy irlandzkich cenach zdarza się niezwykle rzadko. Żeby jednak nie było tak cudownie, w tradycyjnych zestawach fish&chips zawsze czegoś brakuje. W większości knajp nie ma absolutnie żadnej możliwości zamówienia surówki…

Czas miasta

Nie samymi widokami pięknej przyrody żyje turysta, a będąc w Dublinie koniecznie trzeba stworzyć sobie podstawową listę muzeów. Jednego dnia można zaliczyć i coś dla ciała i dla ducha. Dublińskim must see jest na pewno biblioteka Trinity College. To największa w Irlandii Biblioteka, która powstała pod koniec XVI wieku. Turystom udostępniony jest tak zwany Długi Pokój. Ma 64 metry długości i 12 metrów szerokości, co sprawia, że jest to największym pomieszczeniem bibliotecznym w całej Europie. Żeby na własne oczy przekonać się o tej wielkości, trzeba zapłacić 12 euro. Bilety najlepiej kupić przez internet albo w jednym z automatów na terenie kampusu uniwersyteckiego. Liczba zwiedzających w ciągu dnia jest ograniczona.

Wchodząc do pomieszczenia w oczy rzuca się przede wszystkim tłum turystów. W tym miejscu warto jest wziąć kilka głębszych oddechów, spojrzeć ponad głowy zwiedzających i zachwycić się widokiem regałów wypełnionych zabytkami piśmiennictwa i piękną architekturą wnętrza. Nic dziwnego, że Biblioteka w Trinity College jest uznawana za jedną z najpiękniejszych bibliotek świata. W zależności od tego jak bardzo przeszkadza nam przebywanie w tłumie, przejście pomieszczenia, zrobienie zdjęć i obejrzenie gablot zajmuje od 15 do nawet 40 minut. To naprawdę krótko w porównaniu do tego ile czasu zajmuje zwiedzanie 7 piętrowego muzeum Guinessa…

Ciemna moc

Dublin Guinessem stoi. Widać to dosłownie na każdym kroku. Nie chodzi tu nawet o wszędobylskie reklamy, czy też ogromne tereny, na których znajduje się browar. Dubli to prawdopodobnie jedyne miasto na świecie, po ulicach którego jeżdżą cysterny tego ciemnego piwa. Prawda jest też taka, że nawet jeśli ktoś nie jest fanem smaku Guinessa w Polsce, powinien spróbować go na miejscu. Podobno w dziewięciu na dziesięć przypadku zmieni zdanie. A nawet jeśli nie, to koniecznie musi obejrzeć muzeum. Bilet wstępu kosztuje 25 euro, ale zapewniam, że są to dobrze wydane pieniądze. Zwiedzanie siedmiopiętrowego muzeum zajmuje ponad 2 godziny. W trakcie podróży po industrialnych wnętrzach poznajemy nie tylko sposób ważenia tego wyjątkowego piwa, ale także jego historię i mnóstwo pobocznych ciekawostek – od sposób jego transportu na przestrzeni wieków, przez tradycyjny sposób wyrabiania beczek, w których był przechowywany po historie kampanii reklamowych. Pełnoletni turyści poznają również sposób picia piwa, tak żeby wydobyć z niego cały bukiet aromatów, mogą również nauczyć się rozlewać napój w odpowiedni sposób, a na końcu wypić pintę w okrągłym  barze na ostatnim piętrze z widokiem na dosłownie cały Dublin. To prawdopodobnie jeden z najkrótszych opisów muzeum, ale prawda jest taka, że opisywanie go w szczegółach byłoby psuciem dobrej zabawy. Tam po prostu trzeba pojechać!

 

Będąc w Dublinie warto wybrać się na spacer na cmentarz Glasnevin. To miejsce, w którym można odetchnąć od turystycznego zgiełku, chociaż możliwe jest zwiedzanie go z przewodnikiem. Jest to miejsce wyjątkowo klimatyczne. Na otwartym w 1832 roku cmentarzu pochowanych jest ponad milion osób. Sporo nagrobków przeznaczonych jest do renowacji, są tam między innymi groby zmarłych na cholerę, opisane w taki sposób, żeby nie wywoływać paniki wśród mieszkańców miasta. Groby z fatalistycznymi opisami wskazujące na to, że po śmierci nie czeka nas już nic więcej, czy też nagrobki z ciekawymi płaskorzeźbami scen z życia umarłych.  Z jednej strony cmentarz otoczony jest murem z wieżyczkami strażniczymi. Te pojawiły się w momencie, kiedy uczelnie dla celów naukowych skupowały zwłoki i zarządcy cmentarza zmagali się z plagą kradzieży ciał. Wszystkie najbardziej znane osobiści spoczywają przy głównych alejach. Chodziło o to, żeby nagrobki były widoczne z powozów, którymi podobno od czasu do czasu jeździła po cmentarzu królowa…