Poznański sopran

22 sierpnia 2018

Została Najlepszą Śpiewaczką sezonu 2011/2012. Jej głos wywołuje dreszcz i otwiera serca nawet najbardziej wymagającej publiczności, a taka – jej zdaniem – jest właśnie poznańska widownia. Obrzucana kwiatami za swoje występy, pojawia się na scenach całego świata w największych operowych kreacjach. Katarzyna Hołysz, poznanianka, pomimo międzynarodowej kariery i częstych wyjazdów odpoczywa właśnie w Poznaniu, ale i w Gdańsku, gdzie znalazła miłość swojego życia. 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

Miała zaszczyt współpracować z wieloma wybitnymi dyrygentami, takimi jak m.in.: Antoni Wit, Tadeusz Kozłowski, José Maria Florêncio Junior, Tadeusz Wojciechowski, Andrzej Straszyński, Tadeusz Strugała, Rolf Reuter, Łukasz Borowicz. Szczególnym wydarzeniem był występ artystki w roli Madame w operze Francisa Poulenca „La voix humaine” we własnym, autorskim przekładzie na język polski, wystawionej w kompozytorskiej wersji z fortepianem w 2003 r. w Poznaniu, po raz pierwszy i jak dotąd jedyny w Polsce. W dorobku ma 9 płyt CD repertuaru pieśniowego, muzyki dawnej, muzyki sakralnej i największych dzieł operowych.

Dlaczego śpiewasz?

Myślę, że to było moje powołanie, bo żadna formalna droga nie wiodła do muzyki. Początkowo, ani nie uczyłam się specjalnie w tym kierunku, ani też nie mam żadnych muzycznych tradycji w rodzinie, z wyjątkiem mojego dziadka, który był  multiinstrumentalistą. Grał na fortepianie, akordeonie, gitarze, skrzypcach, a kiedy grał to się bardzo wzruszał. I ja mam dokładnie tak samo, chociaż muszę się czasami powstrzymywać.   Dzieła operowe są tak naszpikowane emocjami, że gdybym do tego dołożyła jeszcze moje wzruszenie, byłaby katastrofa (śmiech).

Podglądałaś jak dziadek grał?

Niestety nie pamiętam tych czasów. Poznałam je słuchając opowieści mojej mamy, która opowiadała jak na różnych spotkaniach rodzinnych dziadek siadał i grał. Kiedy przyszłam na świat, dziadek w całości poświęcił się swojej pasji ogrodniczej. Ale wiem, że zabierał mamę i ciocię do opery, na wystawy. Uwielbiał muzykę i wciągał w nią całą rodzinę. Moja mama w domu śpiewała gotując, czy sprzątając, więc ta muzykalność pewnie gdzieś we mnie siedzi. I może nie będę oryginalna, ale stawałam przed lustrem z dezodorantem i śpiewałam. Zawsze był to repertuar rozrywkowy. Jakoś tak się złożyło, że poszłam w innym kierunku, dziś wiem, że właściwym.

Skończyłaś Uniwersytet Ekonomiczny, czyli znów poszłaś inną drogą.

Tak, ale nie żałuję. Poznałam wspaniałych ludzi, bardzo dużo się nauczyłam. I choć dzisiaj śpiewam, to kto wie czy jeszcze kiedyś nie zwiążę swych losów z ekonomią.

To ciekawe zestawienie: artystka w świecie cyferek. Nie nudziłaś się tam?

Nie wiem czy powinnam to mówić, ale to troszkę moje przekleństwo, że ja nigdy nie miałam problemów z nauką. Jakoś wszystko łatwo mi przychodziło. Miałam czerwony pasek i tarczę wzorowego ucznia, ale pewnie nie pamiętasz tych czasów.

Zaskoczę Cię, bo doskonale pamiętam tę tarczę, którą z dumą nosiłam przypiętą do fartuszka.

No proszę (śmiech). Nauka szła mi bardzo dobrze, dużo wynosiłam z lekcji i nad niczym nie musiałam specjalnie pracować, więc nie wygenerowałam w sobie konkretnych zainteresowań. Kiedy kończyłam liceum nie wiedziałam dokąd pójść. Stanęłam na rozdrożu i pomyślałam: co ja mam teraz zrobić?. Wiedziałam, że jak pójdę na medycynę czy na prawo będę musiała usiąść i uczyć się miesiącami a nie bardzo mi to odpowiadało. Wybrałam ekonomię. Studiowałam myśląc, że chyba jednak chciałabym być lekarzem. Nawet kilka dni temu się nad tym zastanawiałam (śmiech), ale chyba już jest za późno.

Kiedy odkryłaś w sobie talent do śpiewania?

No właśnie na ekonomii. Szłam ulicą Głogowską, obok szkoły muzycznej. Wisiał tam szyld: studium piosenkarskie. Zatrzymałam się i pomyślałam: jedni w wolnym czasie chodzą na ryby, inni jeżdżą na rowerze, to może ja bym pośpiewała. Weszłam do środka i zapytałam w portierni kto tu uczy śpiewać. Pani woźna, która miała dyżur skierowała mnie do klasy Pani kierownik sekcji wokalnej, profesor Ewy Bernat – Trafankowskiej. I zaczęłam śpiewać. Po drugiej czy trzeciej lekcji doszłam do wniosku, że ja nie będę chyba jak Maryla Rodowicz, czy Kayah, bo to zupełnie inny kierunek. I okazało się, że mam talent. Potem Pani Bernat – Trafankowska namówiła mnie, żebym podeszła do egzaminów. I tak zrobiłam. Dostałam się do klasy mojej ukochanej Pani Profesor Krystyny Pakulskiej, której zawdzięczam wszystko co dziś umiem i mam. To ona cierpliwie mnie uczyła. Chociaż kilka razy wyprowadziłam ją z równowagi. Pamiętam kiedy walnęła ręką w fortepian i mówi: cholera jasna, ja tu padnę trupem przy tym fortepianie a ty śpiewać będziesz! Trzeba podkreślić, że jest to wielka dama, która nigdy nie używa brzydkich słów. No i dopięła swego. Bardzo ją kocham, zresztą ona bywa na moich koncertach i mocno mnie wspiera.

Rzadko koncertujesz w Poznaniu. Dlaczego?

Wiesz, ja nie należę do osób, które wysiadują pod gabinetami dyrektorów instytucji i proszą się o występ. Uważam, że jeżeli idę do jakiejś instytucji to jestem tam gościem. Każdy wie jak wygląda środowisko muzyczne, przykładowo w Poznaniu. I każdy wie kogo gdzie chce zaprosić. Dla mnie byłoby nieelegancko zadzwonić do dyrektora i zapytać czy mogę przyjść zaśpiewać. To byłaby niezręczna sytuacja dla obu stron.

Pamiętasz swój pierwszy, poważny występ?

Pamiętam mój debiut w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Byłam na czwartym roku studiów, na Akademii Muzycznej, bo nie wiem czy Ci wspominałam, ale po przygodzie w szkole muzycznej, zdawałam właśnie tam.

No nie wspomniałaś…

A to przepraszam (śmiech). Wtedy, w teatrze, zaśpiewałam Nabucco, do którego zaprosił mnie dyrektor Pietras i to było dla mnie ogromne przeżycie. Wskoczyłam w przedstawienie, które było już grane w repertuarze. Przygotowywałam się do tego występu, ale mimo tego był to ogromny stres. Bez próby kompletnej – w dekoracjach, kostiumach i z orkiestrą miałam wejść w spektakl, co dla zawodowców jest trudne a już na pewno dla kogoś, kto dopiero zaczyna. Pan Wiesław Bednarek, który był asystentem reżysera, powiedział do mnie dziesięć minut przed spektaklem: nie miałaś próby w pełnej dekoracji, a na scenie jest trochę pochyło, to może idź tam sobie pochodź, żebyś potem się nie przewróciła. Zamarłam. W ciżemkach chodziłam po kamlotach. A potem, kiedy wszystko się udało, byłam przeszczęśliwa. Wiedziałam, że to co robię ma sens i że obrałam właściwą dla siebie drogę. I cieszyłam się, że ludzie byli zadowoleni.

A zdarzyło Ci się wyjść na scenę, gdzie była garstka publiczności?

Tak. I wyobraź sobie, że tu wcale nie chodziło o spektakl, a o warunki pogodowe. Występowałam wtedy w Łodzi. Chwilę przed spektaklem była śnieżyca, ulice pokrył lód. Miasto w kilka minut stało się kompletnie nieprzejezdne. Ludzie stali w ogromnych korkach. Na widowni była garstka osób a my daliśmy z siebie wszystko. Po tamtym występie wiem, że inaczej śpiewa się dla pełnej widowni, a inaczej do pustych miejsc. A ja uwielbiam patrzeć na ludzi kiedy śpiewam, widzieć ich reakcje.

Wypatrujesz na widowni znajomych?

Bardzo często, nawet potem mówię im w co byli ubrani (śmiech). Albo kiedy ziewali.

Jak długo występowałaś w Poznaniu?

Nigdy nie byłam tu zaangażowana na stałe, dlatego że ja z żadnym miejscem nie chciałam na stałe się wiązać. Chciałam jeździć, zwiedzać świat. Potem, macierzyństwo trochę mi to ograniczyło. Dyrektor Pietras był tak miły, że zaprosił mnie do kilku produkcji, gdzie śpiewałam głosem mezo sopranowym. Bardzo dobrze mi się tu śpiewało. Trochę żałuję, że nasze drogi z poznańskim teatrem się rozeszły, bo to jest jednak mój teatr. Za każdy razem, jeszcze w szkole, kiedy zamykałam oczy i wyobrażałam sobie swoje występy stałam właśnie na tej scenie, na żadnej innej.

Dzisiaj chciałabyś na stałe śpiewać w poznańskiej Operze?

Na pewno chciałabym tutaj występować.

Śpiewałaś w najróżniejszych zakątkach świata. Gdzie się najlepiej czułaś?

Największy entuzjazm publiczności płynie z krajów południowych, ale tam jest niebezpiecznie.

Dlaczego?

Bo jeśli im się podoba to wiwatują i czekają na ciebie po spektaklu z gratulacjami, a jeśli nie to potrafią nawet rzucić w artystów pomidorami i wyjść. Na szczęście mnie się to nigdy nie przytrafiło. A jeśli chodzi o organizację pracy w teatrze to zdecydowanie niemieckie instytucje. Tam wszystko jest przemyślane, od próby do samego występu. Każdy wchodzi o swojej godzinie, nie ma żadnych obsunięć czasowych. Zawsze zastanawiałam się jak oni to robią. We Włoszech, dla odmiany, jeśli koncert ma zacząć się o 19:00 to zazwyczaj rozpoczyna się godzinę, nawet dwie później.

Zawsze dajesz z siebie wszystko?

Zawsze. Nieważne gdzie śpiewam i jaka jest publiczność. Uważam, że jeśli już ktoś kupił bilet na spektakl, to należy mu zapewnić występ na najwyższym poziomie.

Twoja rola jest dosyć trudna, bo oprócz tego, że musisz zaśpiewać jeszcze trzeba to zagrać.

Powiedzmy sobie szczerze, że skończyły się czasy śpiewaków, którzy jeśli śpiewali to nie grali. Dziś mamy trudniej. Śpiewaczki muszą wyglądać jak gwiazdy filmowe i śpiewać jak anioły. Zawsze powtarzam, że opera jest dla mnie sztuką trudniejszą niż teatr. Aktor jak zapomni tekstu ma czas, zastanowi się, ogra pomyłkę . W operze jak przegapisz swoje wejście to już po wszystkim, już za późno. Muzyka płynie dalej, partnerzy czekają na Ciebie, reżyser oczekuje, że precyzyjnie zrealizujesz jego wskazówki. Każda wpadka może zakończyć się katastrofą dla spektaklu.

W ilu językach śpiewasz?

Włoski, niemiecki, polski, francuski, ale zdarzyło mi się śpiewać IX Symfonię Beethovena w esperanto. Bardzo piękny język. Nawet mam gdzieś nuty.

Jak długo przygotowujesz się do występu?

Nowa partia w operze, która trwa około czterech godzin, wymaga zdecydowanie więcej czasu. Na koncertach sięga się często do czegoś co już wcześniej się wykonywało, a i zakres materiału jest nie tak spory, więc szybciej.

Wybrałaś sobie trudny zawód, bo muzyka klasyczna wciąż postrzegana jest jako ta dla wyższych sfer, czy inteligencji. Co o tym sądzisz?

Jeżeli młodzież przychodzi na koncerty to jest to kwestia rozwiniętego procesu edukacji. Wszystko zaszczepia się dzieciom w szkole. Młode pokolenie trzeba edukować: wychodzić na koncerty, do teatru. I wtedy oni mogą dotknąć muzyki klasycznej i albo ją pokochać albo nie. W Polsce nawet gdyby ludzie chcieli to nie zawsze mają możliwość obcowania z operą od najmłodszych lat. Mam nadzieję, że to się zmieni i zmienia.

To jest jedno, ale słyszałam, że dziś, żeby przyciągnąć widza przerabia się opery w sposób nie do końca właściwy…

Masz rację. Nie popieram skandalizujących przedstawień, a dziś takie się sprzedaje. One znacznie odbiegają od oryginału, a często nie mają z nim wiele wspólnego. Jeśli ktoś pragnie wystawiać takie dzieła, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby je sobie zamówił lub napisał. Klejnotów muzyki operowej nie powinno się odzierać z ich charmu , charakteru i koncepcji samego kompozytora. A już na pewno nie należy kalać w ten sposób oper polskich, których mamy przecież tak niewiele. To jest po prostu nieeleganckie.

Za swoją pracę otrzymałaś też wiele nagród.

Tak, bardzo sobie je cenię. Zaczęło się od Medalu Młodej Sztuki, który otrzymałam od Głosu Wielkopolskiego. Ledwo go mogłam unieść. Śmieję się, że jestem kolekcjonerką nagród honorowych. One są dla mnie szczególnie cenne, ponieważ pochodzą od publiczności. Po występach w Operze Bałtyckiej, z którą byłam bardzo długo związana, otrzymałam nagrodę „Sztorm Roku”, która łączy w sobie uznanie krytyków z głosem publiczności. Bardzo ważna jest dla mnie też nagroda Jana Kiepury dla „Najlepszej śpiewaczki sezonu”. Wszystkie stoją u mnie w domu na pianinie, obok porteru Marii Callas.

Ale mogłaś mieć jeszcze więcej nagród, gdybyś zdecydowała się rozpocząć długofalową karierę w Niemczech, prawda?

Być może. Tak się trochę zapowiadało. Pamiętam kiedy zaśpiewałam operę  „Der Rosenkavalier”. Po tym występie otrzymałam mnóstwo propozycji z różnych miejsc. Agenci sami dzwonili. I już miałam podpisywać długoterminowy kontrakt w Monachium, ale musiałam się wycofać, bo okazało się, że jestem w ciąży a nie wiedziałam, jak będę się czuła, nie  chciałam nikogo oszukiwać i za chwilę odchodzić z pracy.

Uczciwie, wiele osób by się na to nie zdobyło.

Tego właśnie nauczyła mnie moja babcia, która zawsze powtarzała: jeśli nie będziesz szła w życiu po trupach, to będziesz miała szczęście do żywych ludzi. I to prawda. I bardzo jej za to dziękuję.

Twój syn Vincent też będzie śpiewał?

Nie wiem, ale dziś woli grać w koszykówkę i play station. Zresztą on chyba pamięta, że jak był mały, musiałam zostawiać go z moją mamą, żeby wywiązać się z podpisanych kontraktów. Sporo jeździłam i bywały takie momenty, kiedy zamiast się przepakować miałam gotowe trzy walizki. Stały w korytarzu i tylko je zamieniałam. Któregoś dnia wyjeżdżałam na następny koncert. Vincent podszedł do mnie, przytulił się do mojej nogi i mówi: mamusiu, ja już będę grzeczny, proszę Cię, nie wyjeżdżaj. I wtedy powiedziałam stop.

Dziś mieszkasz w Poznaniu. Często spacerujesz po mieście?

Żeby sprecyzować: mieszkam pod Poznaniem i bardzo sobie to cenię. Uwielbiam nasze miasto i chętnie przyjeżdżam do centrum. Wciąż wyjeżdżam na koncerty, przykładowo do Gdańska, gdzie znalazłam miłość.  I tam często spędzamy weekendy. Wyobraź sobie, że pomiędzy występami siadam sobie na plaży i odpoczywam. To jest piękny czas. Lubię ten czas. Mam piękne życie. Jestem szczęściarą!

 

Za swoje kreacje wokalne otrzymała nagrody:

– styczeń 2003 rok – Medal Młodej Sztuki za debiut sceniczny i kreację wokalną (partia Adalgisy w operze Norma V. Belliniego w Teatrze Wielkim w Poznaniu)

– czerwiec 2009 rok – Złotą Maskę za najlepszą kreację wokalną sezonu 2008/2009 (partia Agaty w operze Wolny Strzelec C. M. von Webera w Teatrze Wielkim w Łodzi)

– marzec 2010 rok – nominację do nagrody Splendor Gedanensis za „wybitną kreację w operze Ariadna na Naxos R. Straussa w Operze Bałtyckiej w Gdańsku

– luty 2011 rok – nagrodę krytyków i melomanów Trójmiasta Storm Roku 2010 za role Halki i Lady Makbet kreowane w Operze Bałtyckiej

– maj 2012 rok Teatralną Nagrodę Muzyczną im. Jana Kiepury dla Najlepszej Śpiewaczki sezonu 2011/2012.