W domu na Klonowym Wzgórzu

15 kwietnia 2018

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami… a tak naprawdę 300 kilometrów od Poznania, na wzgórzu, w Stroniu Śląskim stoi dom. I to nie jest zwykły dom. Przekraczając bramę wjazdową Klonowego Wzgórza wjeżdża się do innego świata, zostawiając za sobą codzienność.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

 

Na schodach siedzą dwa koty: Stefan i Jadwiga. Z tarasu domu ustawionego w kształcie litery L zwisają pelargonie. Na dole kwitną róże, rododendrony, trawa jest już zielona. Za domem nie ma nic poza górami, które wyrastają jedna po drugiej. Pośrodku drewnianych stołków poukładane drewno na ognisko. Na ławkach leżą koce dla gości, gdyby zrobiło się zimno. Na klonach coraz więcej wiosennych liści. Widok sprawia, że nie sposób się nie zatrzymać. – Dzień dobry! – mówi Agnieszka Paziewska i otwiera drzwi ubrana w kuchenny fartuch. Z domu unosi się zapach świeżo pieczonego placka ze śliwkami, Agnieszka jest lekko ubrudzona mąką. – Zaraz dam Ci klucz i rozgość się, a potem zapraszam na obiad i placek – rzuca w drzwiach i prowadzi mnie do kuchni.

Agnieszka Paziewska ma 44 lata. Rzuciła pracę w Poznaniu i wyjechała w góry, które kocha. Marzyła o swoim pensjonacie i jej marzenie spełniło się pięć lat temu, choć nie było łatwo. Wspólnie z mężem wzięli kredyt, ale nie żałują. Aga do tej pory była tutaj przeważnie sama, mąż pracował w innym mieście. Teraz jednak ma w nim wsparcie , zamieszkali z powrotem razem po ponad pięciu latach. Pełni rolę administratora, recepcjonistki, ogrodnika, malarza, sprzątaczki, kucharki, pokojowej i menadżera. Od niedawna pomaga jej Basia.

Jesteś tu całkiem sama?

Nie, mieszkamy od niedawna razem tzn. ja, mąż i syn, córka mieszka pod Poznaniem i przyjeżdża  nie tak często jakbym chciała. Często odwiedzają nas rodzice i teściowie.

Zawsze chciałaś to robić?

Tak, odkąd po raz pierwszy pojechałam w góry, na narty. Zakochałam się w Czarnej Górze i Stroniu Śląskim. Tutaj czas się zatrzymał. W Poznaniu wszyscy gnamy w sumie nie wiadomo po co, a w Kotlinie Kłodzkiej żyje się inaczej.

Ale w Poznaniu miałaś poukładane życie.

Można tak powiedzieć. Skończyłam szkolę zawodową, zgodnie z wolą rodziców. Chcieli, żebym miała zawód, który zawsze zapewni mi pracę. I tak, przypadkiem, zostałam kuśnierzem. Nie do końca mi to jednak odpowiadało, więc otworzyłam sklep spożywczy, który prowadziłam 17 lat. Wyszłam za mąż, urodziłam dwójkę dzieci. Wtedy pracowałam non stop, mało spałam a moje dzieci praktycznie wychowywały się w sklepie. Nie chciałam takiego życia. Pewnego dnia zamknęłam sklep, sprzedałam towar, a potem przez trzy miesiące siedziałam w domu i myślałam że oszaleję. Któregoś dnia przyjechała do mnie na obiad koleżanka i mówi: wiesz, bo my z Twoim mężem będziemy pracować a Ty nam będziesz gotować. A ja wtedy mówię: o nie, na pewno tak nie będzie. I zaczęłam szukać pracy. W jednej z firm potrzebowali osoby do prowadzenia stołówki pracowniczej, Podjęłam się. To była wspaniała praca, od 7:00 do 15:00, soboty i niedziele miałam wolne. Niestety trafiłam na okres, kiedy zwalniało się pracowników. Pech chciał, że trafiło też na mnie. I znowu przez dwa miesiące szukałam kolejnego zajęcia. I trafiłam do firmy transportowej. To było nie lada wyzwanie. Wszystkiego musiałam nauczyć się od początku. Pracowałam tam trzy lata. Wtedy zaczęły się nasze rodzinne wypady na narty.

I trafiłaś do Czarnej Góry?

Nie od razu. Najpierw do mojej koleżanki do Austrii. To nie były góry dla mnie. Dopiero zaczynałam, więc bałam się tych ogromnych stoków. I któregoś razu padło na Czarną Górę – idealne miejsce do nauki. Spędziliśmy tu trzy sezony. Mieszkaliśmy wtedy u pana w całkiem nowym pensjonacie. Chodziłam po tym domu i zastanawiałam się jak bym to miejsce urządziła i w ogóle jakby to było poprowadzić taki pensjonat. Wracaliśmy wtedy ze Stronia Śląskiego i mówię do męża: kurcze, może byśmy kupili taki dom i przyjmowali gości. Jesteśmy przed 40-tką, więc  jak nie teraz to kiedy? Mąż popatrzył na mnie dziwnie, ale uznał, że może rzeczywiście to jest dobry pomysł. I zaczęłam szukać.

I od razu znalazłaś Klonowe Wzgórze?

Co Ty. Jeździliśmy do Stronia oglądać różne nieruchomości. Pamiętam kiedy trafiliśmy do jednego ośrodka. Bardzo nam się spodobał. Umówiliśmy się z właścicielem, weszliśmy do środka i zwątpiłam. W środku kompletna ruina, nawet nie było schodów żeby wejść na piętro. Podliczyliśmy ile to jest warte i ile trzeba zainwestować Właściciel chciał od nas 490 tysięcy. Kiedy zaczęliśmy negocjować powiedział, że może opuścić 5 tysięcy. Roześmialiśmy się. Ostatecznie się nie dogadaliśmy. Wracaliśmy do Poznania z myślą, że to już koniec, to się nie uda.

I co było dalej?

Wciąż marzyłam o moim domu w Stroniu Śląskim. Przeszukiwałam Internet. I pewnego dnia znalazłam coś co do razu wpadło mi w oko. Pojechaliśmy tam kolejny raz. Był koniec sierpnia. Kiedy wjechaliśmy na wzgórze, wysiadłam z samochodu i pomyślałam: to jest to miejsce. Zakochałam się bez pamięci. Negocjacje trwały bardzo długo, bo aż sześć miesięcy a my wciąż się nie poddawaliśmy. Kiedy już dogadaliśmy się z właścicielem wystarczyło wziąć kredyt i dom był nasz.

Jak ten dom wtedy wyglądał?

Był niedokończony. Nie było schodów zewnętrznych, okropne drzwi jak do komórki, w pokojach były jedynie podłogi. Nie działał piec, więc trzeba było co dwie godziny wstawać i dogrzewać. W pokoju, który dziś jest jadalnią postawiłam łóżko polowe i przykrywałam się kołdrami. Ale byłam szczęśliwa. Był grudzień i chciałam jak najszybciej ogarnąć wszystko, żeby jeszcze w tym sezonie przyjąć gości. Poprosiłam fachowców z Poznania, żeby mi pomogli. Pamiętam jak jeden z gości przyjechał, stanął przed domem i mówi: no wie pani co, tutaj to jest jeszcze chyba budowa. Tak było. Dookoła leżał gruz, a łąkę z trawą rosnąca do kolan na szczęście pokrył śnieg i nie było jej widać. Dopiero na wiosnę zaczęliśmy gruntowny remont.

Skąd wzięliście na to wszystko pieniądze?

Dowcip polega na tym, że zadłużyliśmy się wszędzie: nie dość, że w banku to jeszcze  prawie u wszystkich znajomych i fachowców. Było ciężko. Na szczęście pomogli nam rodzice. Kiedy śnieg stopniał musieliśmy wszystko wykarczować. Nie było czym, więc stwierdziliśmy, że jedyne co można zrobić to po prostu to spalić. Wyobraź sobie, że ogień był ogromny a my staliśmy dookoła z wężami i wiadrami w razie czego. Na szczęście nikt nie wezwał straży pożarnej. Zasialiśmy nową trawę, wyrównaliśmy teren. Wszystko zrobiliśmy własnymi rękami. Tutaj, za domem, gdzie teraz jest parking, leżał stos kamieni. Nie szło tego ruszyć. Jakoś z tatą daliśmy radę i kulaliśmy te kamloty przed dom, żeby zrobić murki. Z reszty poukładaliśmy skarpy. Plecy nas strasznie bolały, ale byliśmy tak zawzięci, że walczyliśmy do końca.

Nie miałaś dość?

Miałam, wielokrotnie. Ale potem pomyślałam, że przecież spełniło się moje marzenie i mam coś na co czekałam całe życie i muszę to zrobić nie poprawką chcę….

A dzieci?

No właśnie i to jest trudny temat. W Poznaniu zostawiłam córkę, wtedy pełnoletnią. Nie chciała jechać ze mną, bo szkoła, przyjaciele. Zabrałam ze sobą syna, któremu ciężko było się odnaleźć. Piotr zaczął tu gimnazjum. Codziennie wracał ze szkoły i mówił, że chce do Poznania, do domu. Że to nie jego klimat. Dopiero po roku poznał fajnych kolegów a teraz się zakochał i jest szczęśliwy (śmiech). Dużo pomaga mi w domu.

Co czułaś kiedy wyjeżdżałaś?

Chyba nic, chociaż obawiałam się, że to się nie uda. Początkowo często jeździłam do Poznania, do domu, mimo że mieszkaliśmy z teściami. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że mój dom jest tutaj, na Klonowym Wzgórzu. I po raz pierwszy mam swój kawałek ziemi.

Jesteś tu od wszystkiego. Jak sobie dajesz radę?

Kocham to co robię i chyba dlatego to wychodzi. Jeśli nie podoba mi się pokój, albo ściany są pobrudzone, wchodzę i maluję. Przykręcam listwy, naprawiam kabiny prysznicowe. Jestem mistrzynią silikonu (śmiech). Sprzątam, bo chcę żeby było ładnie, wymieniam kwiaty na świeże, ubieram stół. A potem schodzę do kuchni i gotuję. Pamiętam taką zabawną sytuację z samego początku. Kiedy się wprowadziłam w pokojach nie było listew przypodłogowych. Pojechałam, kupiłam, wycięłam i postanowiłam je zamontować. Zaczęłam wkręcać. Jedna była założona dobrze, a druga do góry nogami. Musiałam ją wykręcić. Przy ostatniej śrubie okazało się, że centralnie wbiłam się w rurę ciepłej wody. Kiedy ją wykręciłam woda lała mi się po podłodze. I panika, co tu zrobić. Pojechałam do sklepu instalatorskiego do Stronia a w domu został mój teść. Pytam o instalatora. Dostałam numer telefonu i dzwonię. Nie mogliśmy się porozumieć. W między czasie teść zakleił dziurę, wkręcając śrubkę z powrotem. I ta śrubka jest tam do dziś.

Ale to chyba nie jedyna przygoda z remontem.

Nie. Wymyśliłam sobie, że zrobię schody zewnętrzne, żeby goście mogli wchodzić bezpośrednio do pokoi. Szukałam stolarza. Umówiliśmy się, że przyjdzie w poniedziałek o 19:00. I ja czekałam. Minął poniedziałek, kolejny, po miesiącu zrezygnowałam. Nagle, pół roku później, dzwoni do drzwi i mówi: Dzień dobry, brat mnie przysłał, bo mówił, że pani potrzebuje schody. A ja już zapomniałam, że cokolwiek chcę zrobić. Dziś, jak widzisz, schody stoją.

Siedzimy w kuchni. Pachnie obiadem.

Co podasz dziś gościom?

Będzie zupa szczawiowa, schabowy z ziemniakami i surówkami. A na deser piekę właśnie placek drożdżowy ze śliwkami.

Lubisz gotować?

Lubię, chociaż nigdy wcześniej tego nie robiłam. Wszystkiego nauczyłam się od teściowej, z którą mieszkaliśmy 11 lat. Ona świetnie gotowała a ja ją podglądałam. Dziś, jak przyjeżdża, wyrzuca mnie z kuchni i przejmuje ster. A ja mam czas, żeby zrobić inne rzeczy.

I znowu teściowie.

Oni będą przewijać się w zasadzie w każdym momencie mojego życia. Wiele im zawdzięczam. Moim rodzicom oczywiście też.

Często Cię odwiedzają?

Jak tylko mogą to przyjeżdżają. I zaraz zaganiam ich do pracy (śmiech). Ostatnio byli znajomi i pierwsze co zrobili to wyrzucili mnie na spacer a sami przejęli moje obowiązki.

Dużo macie gości?

Nie narzekam. Zdecydowanie najwięcej jest latem i zimą, kiedy jest sezon. Czasem w takie miesiące jak teraz wychodzę do miasta i spotykam turystów. I myślę sobie dlaczego nie ma ich u mnie. I kiedy tak pomyślę, to zaraz dzwoni telefon i ktoś przyjeżdża. Tu wszystko jest nieprzewidywalne.

Zamyśliłaś się. Gdzie teraz jesteś?

Leżę na leżaku przy basenie na wakacjach all inclusive, gdzie nic nie trzeba robić. Tak, tam teraz jestem. O Jezu, mięso mi się przypala a Ty nic nie mówisz…