Weranda Family w nowym domu

12 czerwca 2018

Ich pierwsza kawiarnia – Farma Caffe – powstała na ulicy Wrocławskiej dokładnie dwadzieścia lat temu i funkcjonuje niezmiennie do dziś. Następne były już Werandy z charakterystycznymi dekoracjami zwisającymi z sufitu, które kojarzy każdy poznaniak. Irmina i Wojciech Ponińscy, otwierając kolejne restauracje, nie sądzili, że ich rodzinny biznes tak bardzo się rozrośnie. – To też zasługa syna – Janka, bez pracy którego byłoby to niemożliwe – mówią zgodnie. Dziś, pod szyldem Weranda Family, funkcjonuje kilka konceptów, zatrudnionych jest prawie 300 osób, a na szczycie tej piramidy stoi wspaniała rodzina, która nie wyobraża sobie, żeby kogoś mogło wśród nich zabraknąć…

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

Spotykamy się w ich nowym domu, w Sławicy, zaraz za Murowaną Gośliną, w niezwykłych okolicznościach przyrody. Śpiewają ptaki, w oddali widać promienie słońca odbijające się od tafli jeziora. Widok z tarasu jest niezwykły. To dom otwarty dla wszystkich. Właśnie przed chwilą odbyło się tutaj pierwsze wesele. – To takie nasze spełnienie marzeń i rozwijanie rodzinnego biznesu – mówią Irmina i Wojciech Ponińscy. –  Chcemy, żeby nasi goście czuli się tutaj tak jak my, czyli jak w domu.

Obiekt powstał w półtora roku, co wydaje się niemożliwe do zrealizowania. Można tutaj zorganizować wesele, event firmowy, eleganckie przyjęcie, urodziny. Położony na skraju Puszczy Zielonki, w otoczeniu lasu i niezwykłego ogrodu powoduje, że problemy dużego miasta zostają daleko w tyle. Drzwi do domu otwiera Irmina Ponińska. – Zapraszam, zaraz zrobię herbatę – mówi i prowadzi nas do salonu a pod nogami biegają dwa psy: Franciszek i Tadeusz.

Co to za miejsce?

Irmina Ponińska: Jesteśmy w miejscu, gdzie spełniły się nasze marzenia. Wspólnie z mężem, zawsze chcieliśmy mieć dom, który jednocześnie będzie przyjmował gości z zewnątrz, ale będzie również azylem dla naszej rodziny.

Wojciech Poniński dołącza do nas w kuchni. Ciągle odbiera telefony, dogląda pracy budowlańców: Widzi Pani, to jeszcze nie jest skończone, chociaż największa praca już za nami. Odkryliśmy to miejsce pewnego grudniowego wieczoru. Znaleźliśmy z pomocą pośredników ogłoszenie o sprzedaży nieruchomości. Przez długi czas nikt nie chciał tego kupić, ponieważ był tu duży obiekt w złym stanie technicznym, właściwie do generalnego remontu i całkowitej przebudowy. Sporo pieniędzy zainwestowaliśmy w rury, instalacje i tony betonu, których dziś nie widać, ale ja podszedłem do tego bardzo profesjonalnie. Z wykształcenia jestem inżynierem budownictwa i chciałem postawić taki dom, którego już nie trzeba będzie remontować. Włożyłem w ten projekt masę czasu, pracy i serca Zastosowaliśmy najlepsze materiały dostępne na rynku, w granicach rozsądku oczywiście. Pamiętam jak przyjechaliśmy tutaj z żoną i… kompletnie przepadliśmy. Zakochaliśmy się w tej ciszy, przyrodzie, nie zwracając w zasadzie uwagi na to, że trzeba będzie tu włożyć mnóstwo czasu i pracy. Wiele lat szukaliśmy miejsca, które spełniłoby nasze oczekiwania, ale też takie marzenia związane z dalszymi losami naszej rodziny. I zawsze było coś nie tak. Jeśli stał gdzieś pałacyk albo rezydencja to był w bardzo złym stanie i nadawał się do rozbiórki. Często też nie podobała nam się okolica. Budynek, w którym dziś jesteśmy przypomina trochę stare, polskie dwory, ale wygląda jak normalny dom. Moja żona z kolei ogromny wysiłek włożyła w to, żeby powoli kompletować wyposażenie wnętrza. Cała atmosfera i klimat tego miejsca to niewątpliwie, tak jak w przypadku Werand, ogromna zasługa mojej żony i syna Jana, który też bardzo angażuje się w rodzinny projekt.

Jan Poniński: Fenomenem tego miejsca jest to, że działka graniczy z linią brzegową dwóch jezior: Książę i Borowe. Ale początkowo tak nie było. Trzeba było odkupić od okolicznych mieszkańców tereny przylegające do tych akwenów. I tutaj ogromna zasługa taty, że udało mu się ich przekonać, żeby sprzedali nam ziemię graniczącą z posiadłością.

Ale to chyba nie było takie proste…

Irmina Ponińska: Nie, zwłaszcza, że trochę poniosła nas fantazja i decyzję o kupnie podjęliśmy w ciągu kilku dni kompletnie nie myśląc co będzie dalej. Potem dopiero mąż zaczął szukać właścicieli działek i cierpliwie prowadził z nimi rozmowy. Trochę to trwało, ale udało się. Chyba dlatego, że wszyscy wierzyliśmy w to, że się uda.

Dla kogo jest to miejsce?

Irmina Ponińska: Dla każdego. W naszej ofercie, oprócz restauracji, mamy też catering i zajmujemy się organizacją wesel. Za każdym razem mieliśmy kłopot ze znalezieniem i doborem odpowiedniego miejsca. Przez lata wynajmowaliśmy różne obiekty. Z czasem uznaliśmy, że chcemy stworzyć takie miejsce, które będzie nasze, i uroczystości będą tak wyglądały jakbyśmy chcieli zorganizować je dla siebie. Żeby to było miejsce wyjątkowo położone, z dobrą kuchnią i ciepłym, rodzinnym klimatem. I taka, mamy nadzieję, jest Sławica.

Skąd wzięliście Państwo pieniądze na tę inwestycję?

Jan Poniński: Wiele lat temu mieliśmy rodzinny pałacyk. Niestety został zniszczony. Dopiero po 25 latach starań udało nam się odzyskać rodzinny majątek inwestując fundusze w Sławicę.

Irmina Ponińska: Myślę, że mama Wojtka, moja ukochana teściowa, której niestety nie ma już dzisiaj z nami, jak patrzy na nas z góry, to jest dumna, że majątek, który odziedziczyliśmy pozostał w rodzinie. To, że posiadłość wygląda dziś tak okazale to zasługa mojego męża.

Wojciech Poniński: Byłem kierownikiem budowy, inspektorem nadzoru, logistykiem, co chyba nie do końca podobało się mojej żonie (śmiech).

Czy dziś, stojąc przed tym domem, czujecie Państwo, że to jest Wasze miejsce na ziemi?

Irmina, Wojciech, Jan: Tak, absolutnie.

Jan Poniński: Traktujemy to jak rodzinne przedsięwzięcie. Mamy plany przyszłościowe dotyczące tego miejsca: w projekcie jest budowa domków letniskowych, basenu, strefy SPA. Wokół jeziora budują się pomosty, będzie również wypożyczalnia sprzętu wodnego. Okolica zachęca także do wycieczek pieszych i rowerowych. Za moment, niedaleko domu, posadzimy warzywa i zioła, z których nasza kuchnia będzie korzystać na co dzień. W budynku starej stajni planujemy otworzyć restaurację czynną weekendowo. Mam nadzieję, że to miejsce będzie służyło wielu pokoleniom.

Kto projektował te magiczne wnętrza?

Wojciech Poniński: To koncepcja mojej żony.

Irmina Ponińska: Bez pomocy fachowców nie udałoby się stworzyć takiego miejsca. Projekt powstał we współpracy z zaprzyjaźnionym biurem Volta Deisgn. I tu wielkie podziękowania dla Mariusza Szmytkowskiego, ale również dla Iwo Borkowicza, młodego projektanta, który aranżuje stajnię i strefę SPA. Chciałabym dodać, że mieliśmy wspaniałych wykonawców. I to jest sukces męża, że potrafił skupić wokół siebie naprawdę bardzo dobrych fachowców, którzy – proszę sobie wyobrazić – przez ostatnie tygodnie pracowali z nami na okrągło, wiedząc, że mamy deadline i musimy skończyć budowę. Bardzo im wszystkim dziękujemy.

To ważne mieć dziś na kim polegać…

Wojciech Poniński: Tak. Bez tego nie dalibyśmy rady ani wybudować tego domu ani prowadzić firmy. Za wszystkim stoją ludzie, którzy nam bardzo pomagają. Zatrudniamy ponad 300 osób, niektórzy pracują z nami 15, czy 20 lat.

Myśli Pan, że możliwe jest dziś stworzenie normalnej relacji pomiędzy pracodawcą a pracownikiem?

Wojciech Poniński: W dzisiejszych czasach stworzenie fajnej atmosfery pomiędzy pracodawcą a pracownikiem jest szalenie ważne. Dostrzegamy z żoną też istotną zmianę pokoleń. Dzisiaj młodzież ma większe wymagania, nie zawsze łączy się to z etosem pracy i z szacunkiem do tego co się robi. Ja  muszę przyznać, że w dzisiejszych, trudnych czasach, mamy bardzo dużo szczęścia do ludzi, z którymi pracujemy.

Werandy w Poznaniu nikomu nie trzeba przedstawiać, był tu chyba każdy poznaniak. To bardzo charakterystyczne miejsca wypełnione zielenią i wyjątkowymi dekoracjami, które można spotkać tylko tutaj. Skąd pomysł na takie restauracje?

Irmina Ponińska: Z podróży, które są moją największą pasją. 20 lat temu otworzyliśmy pierwszy lokal, który nazywa się Farma Caffe na ulicy Wrocławskiej. Wymyśliłam go siedząc w jednej z paryskich kawiarni, rozkoszując się jej pięknem. Pomyślałam, że byłoby cudownie mieć w Poznaniu takie miejsce, w którym będzie można wypocząć i napić się pysznej kawy. Otwarcie lokalu, kiedy w Polsce było brzydko i ponuro, było ogromnym wyzwaniem. W naszym kraju nie było nic, więc ściągaliśmy porcelanę i szkło z Europy, wystrój organizowaliśmy sami. Musieliśmy też wymyślić menu odchodząc od tych ciężkich potraw, które wtedy królowały. U nas można było zjeść kolorowe sałaty, owoce morza, świeżo wypiekane ciasta. I to się przyjęło.

Ale Farma Caffe nie jest już Państwa.

Irmina Ponińska: Nie, ma innego właściciela, ale wciąż wygląda tak samo, z czego się bardzo cieszę.

Pierwsza Weranda powstała zaraz potem?

Irmina Ponińska: Tak, na ulicy Świętosławskiej. To był malutki lokalik i wszyscy pukali się w głowę, że bez sensu, bo nawet nic tam nie wstawimy. A my i tak urządziliśmy to po swojemu. Potem, potomkowie właścicieli Bazaru Poznańskiego odezwali się do nas z propozycją otwarcia restauracji. Długo się nie zastanawialiśmy i tak powstała kolejna Weranda.

Państwa znakiem rozpoznawczym, zresztą kopiowanym dziś przez inne lokale, są zwisające z sufitu dekoracje. Kto je wymyślił?

Wojciech Poniński: I tu znowu muszę pochwalić moją żonę, bo to jej dzieło.

Irmina Ponińska: To rzeczywiście był mój pomysł. Pierwszą dekoracją, która pojawiła się w Werandzie były zasuszone kwiaty powieszone pod sufitem. Pamiętam to do dziś, bo sama je wieszałam.

Muszę powiedzieć, że trafiłam do Werandy przy ulicy Świętosławskiej około pięć lat temu, przed świętami. Paliły się świece, pośrodku stała pięknie ubrana choinka, z sufitu zwisały gwiazdy. Wraz z koleżanką zamówiłyśmy kawę piernikową, na którą wracamy co roku, w grudniu. Jest nas więcej?

Irmina Ponińska: Bardzo nam miło. Mamy wielu gości, którzy do nas wracają. Czasami opowiadają nam, że w Werandzie poznali swoje drugie połówki, albo tu się zaręczyli. Są i tacy, którzy siadają i nie proszą o kartę,  bo wiedzą już co mieliby ochotę zamówić – mają swoje ulubione dania. I to jest bardzo miłe. Restauracja to oczywiście nasz sposób na życie, ale przede wszystkim duża przyjemność i satysfakcja.

I mają. Lubi Pani siedzieć na werandzie?

Irmina Ponińska: Lubię przyrodę, klimatyczne miejsca. W kawiarniach, do których trafiałam za granicą, zawsze zachwycały mnie kwiaty i ta cała otoczka. Chciałam stworzyć ładne miejsce, w którym będzie można odpocząć jak na prawdziwej werandzie.

Wasze lokale są w Starym Browarze, w Posnanii, nad Maltą, a nawet w Warszawie. Trudno jest to wszystko opanować?  

Irmina Ponińska: Gdyby nie nasz syn, Jan byłoby to bardzo trudne. Kiedy skończył studia i wrócił do Polski zaczął intensywnie rozwijać naszą markę. Połączyliśmy wszystkie restauracje w jedną całość – Weranda Family. Family dlatego, że jest to firma rodzinna. Jeszcze nie wiadomo jaką decyzję życiową podejmie córka, ponieważ kończy właśnie studia, a potem wyjeżdża na stypendium do Paryża. Nasz drugi syn, Michał, jest lekarzem i nie wykluczamy, że w planach mamy również połączenie biznesu z medycyną. Nasza synowa, Monika, z zawodu architekt, otworzyła zgodnie z tradycją rodzinną klimatyczną kawiarnię w Poznaniu – Za groblą. No i Jan, który właściwie robi już więcej w firmie niż my. Jak widać powoli oddajemy zarządzanie w ręce młodego pokolenia, co nie zmienia faktu, że ja ciągle będę biegać i odwiedzać te nasze Werandy, żeby zobaczyć jak kwiaty mi urosły i co się zmieniło.

Jan Poniński: Dziś ja jestem zarządem a rodzice radą nadzorczą (śmiech). Chciałbym, żeby dopełnieniem naszej firmy był mały, kameralny hotelik w Warszawie.

To jest Pana marzenie?

Jan Poniński: Nie. Chciałbym móc więcej pływać na windsurfingu i kajcie, i mieć piątkę dzieci z moją dziewczyną – to jest moje marzenie.

Prawdziwa Weranda Home…

Jan Poniński: Tak. A Werandę Family staramy się wciąż rozwijać. Mamy catering, który realizuje dużo eventów, są koncepty Weranda Take Away, które są częścią miasta, jeden z nich jest obok Wake Parku nad Maltą, drugi w parku w Starym Browarze

Czyli jest Pan blisko marzeń.

Jan Poniński: Coraz bliżej (śmiech).

Jaki Pan ma pomysł na dalszy rozwój Weranda Family?

Jan Poniński: Ktoś kiedyś powiedział, że nie jest problemem coś stworzyć, ale to utrzymać i na tym polega największa trudność. Dziś może mniej wizjonersko a bardziej biznesowo patrzę w przyszłość. Z racji wielkości biznesu trzeba ostrożnie podchodzić do realizacji różnych pomysłów.

Słucha Pan rad rodziców?

Jan Poniński: Nie ma czegoś takiego, że ja przejmuję interes a rodzice przechodzą na emeryturę. Całe życie sobie pomagamy i bardzo się kochamy. I tu nie chodzi o słuchanie rad, czy porad a raczej wsparcie, które dajemy sobie każdego dnia. Zresztą mamy do siebie ogromne zaufanie i nie stanęliśmy nigdy na drodze jakiegoś konfliktu.

Irmina Ponińska: Wierzę w młodych ludzi i bardzo lubię z nimi pracować. Uważam, że często wiedzą dużo więcej niż my. Oni dorastają bez kompleksów. My wychowywaliśmy się za żelazną kurtyną. Dziś młodzież mówi kilkoma językami, ma ogromne możliwości, wiedzę. Trzeba im dać skrzydła, a wtedy sami polecą. Jak nasze dzieci.