Sukces Volkswagena to ludzie

5 marca 2019

Jens Ocksen, prezes fabryki Volkswagen Poznań, wchodzi do sali konferencyjnej. Ma ponad dwa metry wzrostu, ubrany jest raczej skromnie. – Dzień dobry – mówi po polsku i podaje mi dłoń. Z dumą patrzy za okno, na fabrykę, którą zarządza i z ogromnym szacunkiem mówi o swoich pracownikach, bez których nic by się nie udało. Volkswagen Poznań właśnie skończył 25 lat. Jest największym pracodawcą w Wielkopolsce – zatrudnia 11 tysięcy ludzi. Dla porównania, w 1993 roku było ich 69. Dziennie z taśmy produkcyjnej wszystkich zakładów zjeżdża łącznie 1170 aut i to czyni fabrykę największym producentem samochodów w Polsce. Przez minione ćwierćwiecze taśmy produkcyjne Volkswagen Poznań opuściło 16 różnych modeli pojazdów należących do koncernu Volkswagen, w sumie ponad 3 miliony aut. Dziś fabryka to nie tylko produkcja samochodów. To specjalne programy kształcenia uczniów, pomaganie najmłodszym i inwestowanie w rozwój, by z roku na rok stawać się lepszym.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Materiały prasowe Volkswagen Poznań

 

Ładnie mówi Pan po polsku. Uczy się Pan języka polskiego?

Jens Ocksen: Dziękuję bardzo, ale po polsku znam niewiele słów. Szczerze mówiąc to odpuściłem sobie naukę, ponieważ okazało się, że pracuje u nas tylu ludzi, którzy posługują się językiem niemieckim, że nie było takiej potrzeby. Na początku, kiedy przyjechałem tutaj po raz pierwszy w 2006 roku, było mi ciężko porozumieć się w obcym języku poza zakładem, ale z czasem wszystko się zmieniło i teraz zrobienie zakupów czy załatwienie jakiejś sprawy w języku angielskim, którym też się posługuję, nie jest żadnym problemem. Z kolei mój kolega, który kierował zakładem w Starachowicach, od razu nauczył się języka polskiego, ponieważ tam nie dało się inaczej funkcjonować. Dziś płynnie mówi po polsku. Mnie niestety się nie udało. Wbrew pozorom to trudny język.

Przyjechał Pan do poznańskiej fabryki w 2006 roku.

Tak. To była naturalna zmiana na stanowisku dyrektora zakładu w Poznaniu. Mój poprzednik przygotowywany był do objęcia innej funkcji, a mnie zaproponowano jego stanowisko. To była normalna rotacja.

Był to dla Pana awans?

Oczywiście i bardzo się z tego ucieszyłem. Wcześniej pracowałem w dziale zabezpieczenia jakości koncernu. To dział, który kontroluje jakość produkcji w oddziałach Volkswagena na całym świecie. Bardzo dużo się nauczyłem, ponieważ mnóstwo podróżowałem i mogłem zobaczyć jak funkcjonują poszczególne fabryki. Ta propozycja była dla mnie kolejnym krokiem w karierze, dlatego nie zastanawiałem się i od razu się zgodziłem. I – jak Pani widzi – dziś znowu jestem tutaj.

Jest Pan zadowolony ze swojej pracy?

Bardzo. Poznań jest moim drugim domem. Pierwszy to oczywiście moja ojczyzna, Niemcy, gdzie jest mój dom rodzinny.

Rodzina nie tęskni za Panem?

Oboje z żoną zajmujemy stanowiska menedżerskie w koncernie Volkswagen. Tak naprawdę dużo pracujemy i podróżujemy, więc rzadko się widujemy w ciągu tygodnia, co w sumie upraszcza codzienne funkcjonowanie. Od poniedziałku do piątku koncentrujemy się na pracy, a weekendy mamy dla siebie. Powiem Pani taką ciekawostkę: kiedy wróciłem do Niemiec po pierwszym pobycie w Polsce, żona czasami dzwoniła z pytaniem, o której godzinie będę w domu, a ja za każdym razem się dziwiłem, ponieważ kompletnie nie byłem do tego przyzwyczajony (śmiech).

Co było najtrudniejsze, kiedy przyjechał Pan do stolicy Wielkopolski?

Nie miałem jakichś większych problemów. W 2006 roku zespół przyjął mnie bardzo serdecznie. Mieliśmy kilka różnic kulturowych do pokonania. Kiedy zaczynałem pracę, nasze gremium kierownictwa zakładu składało się po połowie z Polaków i Niemców. I tak naprawdę, w ciągu tygodnia, powinno odbywać się jedno zebranie tej grupy, a były dwa.

Dlaczego?

Jedno odbywało się w języku niemieckim, podczas którego nasi polscy koledzy siedzieli i przyglądali się, jak my ostro między sobą dyskutujemy. Któregoś dnia, kiedy to właściwe posiedzenie kierownictwa zakładu się skończyło, przechodząc obok sali, w której przed chwilą siedzieliśmy, usłyszałem głośną dyskusję. Zajrzałem do środka i zapytałem: co wy tu jeszcze robicie? Usłyszałem: szefie, my teraz to wszystko musimy sobie przerobić na język polski i omówić jeszcze raz, w swoim gronie. Wtedy wiedziałem już, dlaczego na poprzednich spotkaniach milczeli i tylko obserwowali, jak, przysłowiowo, odbijamy piłeczkę. Dziś już wszyscy doskonale się rozumiemy i na równi dyskutujemy. Dla mnie to ogromna radość obserwować i móc towarzyszyć w rozwoju moich pracowników. Dumny jestem, że naszą kierowniczką działu jakości, po raz pierwszy w historii koncernu, jest kobieta. Mamy też coraz więcej Polaków, którzy pracowali dla naszego koncernu za granicą, np. w Chinach, a obecnie wracają do Polski.

Dużo kobiet pracuje w Volkswagenie w Poznaniu?

Na szczeblu menedżerskim i na stanowiskach biurowych pracuje około 30 procent kobiet. W porównaniu z zakładami koncernu w Niemczech jesteśmy naprawdę wyjątkowi pod tym względem.

Czym dla Pana jest Volkswagen?

Trudne pytanie. Pracuję dla koncernu już ponad trzydzieści lat. Dla wielu młodych ludzi jest to niewyobrażalne. Volkswagen otwiera mnóstwo drzwi i perspektyw zawodowych, przechodząc pomiędzy działami, można się wiele nauczyć i to jest wyjątkowe. Pamiętam, kiedy powiedziałem promotorowi na studiach, że idę do Volkswagena, popukał się w głowę i powiedział: i co, dostaniesz tam jakiś mały wycinek do robienia, przykładowo będziesz odpowiedzialny za produkcję tylnej osi samochodu, i niczego więcej się nie nauczysz. Nie miał racji, bo można tu wykonywać wszystkie możliwe zawody, poza tym firma daje możliwość poznania świata, specyfiki produkcji poprzez delegację do oddziałów na całym świecie. Mamy ponad 120 fabryk – od Argentyny po Chiny. Dla młodych ludzi, którzy chcą poznać świat, jest to wielka szansa.

Czy Pana promotor wie, czym Pan się dziś zajmuje?

Niestety już nie żyje, ale tak długo jak żył, widział jak się rozwijałem. Był ze mnie dumny.

Volkswagen jest największym pracodawcą w Wielkopolsce. Jak udało się to osiągnąć?

Myślę, że składa się na to kilka rzeczy. Jeden z moich poprzedników bardzo duży nacisk kładł na rozwój kultury przedsiębiorstwa. To, co zapoczątkował, my kontynuowaliśmy. Dzięki temu mamy tutaj doskonałą załogę, która jest samodzielna, nie boi się ponosić odpowiedzialności za swoje decyzje i której chce się rozwijać dalej naszą firmę. Ludzie, którzy tu pracują, sami cieszą się tym, co udało się osiągnąć i cały czas idą do przodu. Są kreatywni, mają świetne pomysły, potrafią poradzić sobie nawet z najtrudniejszymi zadaniami. Dzięki temu wspólnie osiągamy założone cele.

No dobrze, ale zaczynał Pan w 2006 roku i po czterech latach musiał Pan wrócić do Niemiec…

Tak. W koncernie zdecydowano wówczas o budowie fabryki i rozwoju nowego modelu VW Craftera. Miałem szansę pracować przy tym projekcie od samego początku. To było wspaniałe doświadczenie, ponieważ w tym samym czasie budowaliśmy fabrykę i tworzyliśmy nowy samochód. Wszystko powstawało od zera. To było niezwykłe.

Tak powstała fabryka we Wrześni?

Przez wiele lat tworzyliśmy spółkę joint venture z Mercedesem, który budował dla nas Craftera. Byliśmy partnerem juniorem i tak naprawdę, zgodnie z umową, nie mogliśmy dalej rozwijać produktu. Z roku na rok wzrastało zapotrzebowanie na samochody gabarytów Craftera, a więc mieliśmy ogromny potencjał, który chcieliśmy wykorzystać. Musieliśmy podjąć decyzję, czy „jedziemy” dalej z Mercedesem, czy stawiamy na swój produkt. To był 2010 rok. Wtedy rozpoczął się bardzo długi proces decyzyjny. Zastanawialiśmy się, w którym kraju zbudować fabrykę, potem w którym mieście. Polska wygrała pod względem lokalizacji, ponieważ położona jest centralnie. Dalej musieliśmy wytypować miasto. Było wiele opcji: od Stargardu Szczecińskiego, przez Wrześnię, po Kraków. Kiedy już wyeliminowaliśmy dziesięć propozycji, do samego końca nie mogliśmy zdecydować się czy ma to być Września, czy Stargard. I wtedy zdecydował m.in. czynnik ludzki. Wiele osób z fabryki w Antoninku przenieśliśmy do Wrześni, żeby pomogli nam wszystko zbudować. Do Stargardu niewiele osób zdecydowałoby się pojechać, ponieważ tu mają swoje rodziny, domy. A ja nie chciałem robić tego bez doskonałych fachowców, którzy tu pracują. I chciałem uszanować ich życie osobiste.

Czyli za sukcesem fabryki Volkswagen Poznań stoją ludzie?

Tak, zdecydowanie. Bez ludzi nigdy nie zaszlibyśmy tak daleko. W 2007 roku wymyśliliśmy motto naszej firmy, które brzmi: „Nasz sukces to My”.

Dzisiejszy rynek pracy jest mocno ograniczony, brakuje fachowców w wielu dziedzinach. Jak radzicie sobie z pozyskiwaniem wykwalifikowanej kadry?

Rynek pracy jest wyczyszczony i bardzo trudno jest znaleźć pracowników. Kiedy Volkswagen wszedł do Poznania, nie było tu zbyt wielu dużych firm. W międzyczasie pojawiły się dobre marki, które przyciągnęły pracowników. Dlatego postanowiliśmy szukać kadry już na poziomie studiów. Mamy świetną współpracę z Politechniką Poznańską i Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu i dobrze skonstruowane programy nauczania, towarzysząc studentom od początku ich nauki. To daje obu stronom – studentom i przedsiębiorstwu – możliwość poznania się i nawiązania dość wcześnie współpracy. W Poznaniu rozbudowujemy teraz dział rozwoju technicznego i z dużym zainteresowaniem obserwuję, z jakim zapałem i kreatywnością przychodzą do nas ludzie. Jak bardzo kochają motoryzację i chcą tutaj pracować.

Na czym polegają te programy?

To są bardzo różne programy. Z jednej strony mamy ofertę studiów dualnych, ale wspieramy też zespół PUT Motorsport, który buduje bolid Formuły 1. Studenci budują go od postaw, z założeniem, że musi być intuicyjny i rozwijalny.

To trochę jakby pracować na produkcji.

Dokładnie tak – próbujemy pokazać studentom, że to może być ciekawe. „Formuła Student” jest programem, który ma uczyć studentów nie tylko w jaki sposób zbudować bolid, ale także jak przygotować marketing wokół tego produktu, znaleźć sponsorów, a więc pracować nad budżetem. Mamy też program „Be the Best”, do którego mogą zgłaszać się studenci z całej Polski. Uczestnicy, indywidualnie bądź w dwuosobowych zespołach, wybierają jeden z zaproponowanych tematów, opisanych jako case study przez działy fachowe przedsiębiorstwa i tworzą swój własny projekt. W trakcie jego trwania wspierani są przez opiekunów. Najlepsze z projektów zostają nagrodzone. Co więcej, nowatorskie idee mają szansę zostać wdrożone w naszych fabrykach. Taki przykładowy temat to: System nadzoru nad usuwaniem awarii na spawalni wraz z aplikacją na urządzenia mobilne (Android lub iOS). W ubiegłym roku przeprowadziliśmy wspólnie z Miastem Poznań i dwoma uczelniami projekt „Miasto w ruchu”. Zapytaliśmy studentów, jak będzie wyglądać metropolia poznańska w roku 2050 i jak mogłyby wyglądać samochody użytkowe przyszłości. Zwycięska grupa przedstawiła koncepcję zintegrowanego systemu transportu ludzi i dóbr, który ułatwia mieszkańcom miasta poruszanie się: nie tylko podpowiada najszybsze i najprostsze trasy, ale również podsuwa najlepsze współdzielone środki lokomocji. Prezydent Jacek Jaśkowiak był bardzo zainteresowany wynikami tej koncepcji i zabrał ją ze sobą. Cieszę się, że ze zwycięskiego teamu dwie osoby znalazły miejsce w naszej firmie.

Ale macie też coś dla mniejszych poznaniaków, bo przecież jest projekt „Mały Inżynier”.

To jeden z moich ulubionych. To niesamowite, kiedy patrzę, z jaką lekkością i łatwością dzieci podchodzą do programowania i jak szybko się tego uczą. Byłem osobiście w fundacji, która wspólnie z nami tworzy ten program. Był to okres ferii zimowych. Miałem okazję zobaczyć, jak wygląda nauka i jak dzieciaki chłoną wiedzę. Nasze pociechy rosną dziś razem z technologiami. My nie mieliśmy takiej możliwości. W 2050 roku 60 procent zawodów, które mamy na rynku, przejdzie do historii. Kiedy myślę o mojej wnuczce, która ma dziś 2,5 roku i za kilkanaście lat zdecyduje, co chce dalej robić, będzie miała ofertę studiów, których dziś jeszcze nie ma w planach. I będę jej pewnie w tym towarzyszył.

Skąd wtedy Volkswagen weźmie pracowników?

Myślę, że za osiemnaście lat będziemy potrzebować innych fachowców. Dzisiaj nie sprzedajemy jeszcze samochodów wyłącznie drogą internetową, ale za tych naście lat może to będzie nasz główny kanał. Chcąc się rozwijać, cały czas udoskonalamy produkcję i ją automatyzujemy. U nas nie ma rutyny i nudy, jak Pani widzi. Tak naprawdę stoimy przed ogromnym procesem przekwalifikowania pracowników.

Czy to możliwe, że kiedyś automat rzeczywiście zastąpi pracownika produkcyjnego?

Jestem w stanie wyobrazić sobie, że przykładowo na spawalni za dziesięć lat będzie to tak zorganizowane, że zostaną pracownicy utrzymania ruchu, a także programiści, którzy będą programowali urządzenia. I ta załoga będzie dużo większa niż dzisiaj.

Na czym polega fenomen Volkswagena Caddy, z którego produkcji słynie poznańska fabryka?

Jest to idealne auto dla młodych rodzin, które rozpoczynają przygodę z motoryzacją. Dodatkowo, do bagażnika można zapakować rower, wózek, psa. Z tych 750 aut, które budujemy dziennie, większość to samochody Caddy i Caddy Life – typowo osobowe.

Do jakich krajów jedzie ich najwięcej?

Zdecydowanie do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Turcji. Nasze samochody jeżdżą na całym świecie: przez Meksyk, Amerykę Południową po Australię.

Co by Pan robił, gdyby nie było Volkswagena?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Kiedy byłem mały, chciałem być wychowawcą w szkole. I tak naprawdę trochę nim jestem. Niesamowitą radość sprawia mi towarzyszenie ludziom w rozwoju, patrzenie, jak idą do przodu. A ja staram się ich w tym wspierać.

Podobno chciał Pan być pilotem.

Zgodnie z pierwszym wykształceniem jestem mechanikiem samolotowym i rzeczywiście chciałem być pilotem. Niestety urosłem nieco za duży i musiałem zrezygnować. Ale wracając do Pani poprzedniego pytania: gdyby nie było Volkswagena, na pewno zdecydowałbym się na pracę z ludźmi.

Pan chyba lubi ludzi.

Tak. Oni mówią to, co myślą, nie boją się swoich decyzji, opowiadają mi, co ich boli, co cieszy. A ja zawsze staram się im pomóc. Bo sukces Volkswagena to ludzie. 

Ładnie mówi Pan po polsku. Uczy się Pan języka polskiego?

Jens Ocksen: Dziękuję bardzo, ale po polsku znam niewiele słów. Szczerze mówiąc to odpuściłem sobie naukę, ponieważ okazało się, że pracuje u nas tylu ludzi, którzy posługują się językiem niemieckim, że nie było takiej potrzeby. Na początku, kiedy przyjechałem tutaj po raz pierwszy w 2006 roku, było mi ciężko porozumieć się w obcym języku poza zakładem, ale z czasem wszystko się zmieniło i teraz zrobienie zakupów czy załatwienie jakiejś sprawy w języku angielskim, którym też się posługuję, nie jest żadnym problemem. Z kolei mój kolega, który kierował zakładem w Starachowicach, od razu nauczył się języka polskiego, ponieważ tam nie dało się inaczej funkcjonować. Dziś płynnie mówi po polsku. Mnie niestety się nie udało. Wbrew pozorom to trudny język.

Przyjechał Pan do poznańskiej fabryki w 2006 roku.

Tak. To była naturalna zmiana na stanowisku dyrektora zakładu w Poznaniu. Mój poprzednik przygotowywany był do objęcia innej funkcji, a mnie zaproponowano jego stanowisko. To była normalna rotacja.

Był to dla Pana awans?

Oczywiście i bardzo się z tego ucieszyłem. Wcześniej pracowałem w dziale zabezpieczenia jakości koncernu. To dział, który kontroluje jakość produkcji w oddziałach Volkswagena na całym świecie. Bardzo dużo się nauczyłem, ponieważ mnóstwo podróżowałem i mogłem zobaczyć jak funkcjonują poszczególne fabryki. Ta propozycja była dla mnie kolejnym krokiem w karierze, dlatego nie zastanawiałem się i od razu się zgodziłem. I – jak Pani widzi – dziś znowu jestem tutaj.

Jest Pan zadowolony ze swojej pracy?

Bardzo. Poznań jest moim drugim domem. Pierwszy to oczywiście moja ojczyzna, Niemcy, gdzie jest mój dom rodzinny.

Rodzina nie tęskni za Panem?

Oboje z żoną zajmujemy stanowiska menedżerskie w koncernie Volkswagen. Tak naprawdę dużo pracujemy i podróżujemy, więc rzadko się widujemy w ciągu tygodnia, co w sumie upraszcza codzienne funkcjonowanie. Od poniedziałku do piątku koncentrujemy się na pracy, a weekendy mamy dla siebie. Powiem Pani taką ciekawostkę: kiedy wróciłem do Niemiec po pierwszym pobycie w Polsce, żona czasami dzwoniła z pytaniem, o której godzinie będę w domu, a ja za każdym razem się dziwiłem, ponieważ kompletnie nie byłem do tego przyzwyczajony (śmiech).

Co było najtrudniejsze, kiedy przyjechał Pan do stolicy Wielkopolski?

Nie miałem jakichś większych problemów. W 2006 roku zespół przyjął mnie bardzo serdecznie. Mieliśmy kilka różnic kulturowych do pokonania. Kiedy zaczynałem pracę, nasze gremium kierownictwa zakładu składało się po połowie z Polaków i Niemców. I tak naprawdę, w ciągu tygodnia, powinno odbywać się jedno zebranie tej grupy, a były dwa.

Dlaczego?

Jedno odbywało się w języku niemieckim, podczas którego nasi polscy koledzy siedzieli i przyglądali się, jak my ostro między sobą dyskutujemy. Któregoś dnia, kiedy to właściwe posiedzenie kierownictwa zakładu się skończyło, przechodząc obok sali, w której przed chwilą siedzieliśmy, usłyszałem głośną dyskusję. Zajrzałem do środka i zapytałem: co wy tu jeszcze robicie? Usłyszałem: szefie, my teraz to wszystko musimy sobie przerobić na język polski i omówić jeszcze raz, w swoim gronie. Wtedy wiedziałem już, dlaczego na poprzednich spotkaniach milczeli i tylko obserwowali, jak, przysłowiowo, odbijamy piłeczkę. Dziś już wszyscy doskonale się rozumiemy i na równi dyskutujemy. Dla mnie to ogromna radość obserwować i móc towarzyszyć w rozwoju moich pracowników. Dumny jestem, że naszą kierowniczką działu jakości, po raz pierwszy w historii koncernu, jest kobieta. Mamy też coraz więcej Polaków, którzy pracowali dla naszego koncernu za granicą, np. w Chinach, a obecnie wracają do Polski.

Dużo kobiet pracuje w Volkswagenie w Poznaniu?

Na szczeblu menedżerskim i na stanowiskach biurowych pracuje około 30 procent kobiet. W porównaniu z zakładami koncernu w Niemczech jesteśmy naprawdę wyjątkowi pod tym względem.

Czym dla Pana jest Volkswagen?

Trudne pytanie. Pracuję dla koncernu już ponad trzydzieści lat. Dla wielu młodych ludzi jest to niewyobrażalne. Volkswagen otwiera mnóstwo drzwi i perspektyw zawodowych, przechodząc pomiędzy działami, można się wiele nauczyć i to jest wyjątkowe. Pamiętam, kiedy powiedziałem promotorowi na studiach, że idę do Volkswagena, popukał się w głowę i powiedział: i co, dostaniesz tam jakiś mały wycinek do robienia, przykładowo będziesz odpowiedzialny za produkcję tylnej osi samochodu, i niczego więcej się nie nauczysz. Nie miał racji, bo można tu wykonywać wszystkie możliwe zawody, poza tym firma daje możliwość poznania świata, specyfiki produkcji poprzez delegację do oddziałów na całym świecie. Mamy ponad 120 fabryk – od Argentyny po Chiny. Dla młodych ludzi, którzy chcą poznać świat, jest to wielka szansa.

Czy Pana promotor wie, czym Pan się dziś zajmuje?

Niestety już nie żyje, ale tak długo jak żył, widział jak się rozwijałem. Był ze mnie dumny.

Volkswagen jest największym pracodawcą w Wielkopolsce. Jak udało się to osiągnąć?

Myślę, że składa się na to kilka rzeczy. Jeden z moich poprzedników bardzo duży nacisk kładł na rozwój kultury przedsiębiorstwa. To, co zapoczątkował, my kontynuowaliśmy. Dzięki temu mamy tutaj doskonałą załogę, która jest samodzielna, nie boi się ponosić odpowiedzialności za swoje decyzje i której chce się rozwijać dalej naszą firmę. Ludzie, którzy tu pracują, sami cieszą się tym, co udało się osiągnąć i cały czas idą do przodu. Są kreatywni, mają świetne pomysły, potrafią poradzić sobie nawet z najtrudniejszymi zadaniami. Dzięki temu wspólnie osiągamy założone cele.

No dobrze, ale zaczynał Pan w 2006 roku i po czterech latach musiał Pan wrócić do Niemiec…

Tak. W koncernie zdecydowano wówczas o budowie fabryki i rozwoju nowego modelu VW Craftera. Miałem szansę pracować przy tym projekcie od samego początku. To było wspaniałe doświadczenie, ponieważ w tym samym czasie budowaliśmy fabrykę i tworzyliśmy nowy samochód. Wszystko powstawało od zera. To było niezwykłe.

Tak powstała fabryka we Wrześni?

Przez wiele lat tworzyliśmy spółkę joint venture z Mercedesem, który budował dla nas Craftera. Byliśmy partnerem juniorem i tak naprawdę, zgodnie z umową, nie mogliśmy dalej rozwijać produktu. Z roku na rok wzrastało zapotrzebowanie na samochody gabarytów Craftera, a więc mieliśmy ogromny potencjał, który chcieliśmy wykorzystać. Musieliśmy podjąć decyzję, czy „jedziemy” dalej z Mercedesem, czy stawiamy na swój produkt. To był 2010 rok. Wtedy rozpoczął się bardzo długi proces decyzyjny. Zastanawialiśmy się, w którym kraju zbudować fabrykę, potem w którym mieście. Polska wygrała pod względem lokalizacji, ponieważ położona jest centralnie. Dalej musieliśmy wytypować miasto. Było wiele opcji: od Stargardu Szczecińskiego, przez Wrześnię, po Kraków. Kiedy już wyeliminowaliśmy dziesięć propozycji, do samego końca nie mogliśmy zdecydować się czy ma to być Września, czy Stargard. I wtedy zdecydował m.in. czynnik ludzki. Wiele osób z fabryki w Antoninku przenieśliśmy do Wrześni, żeby pomogli nam wszystko zbudować. Do Stargardu niewiele osób zdecydowałoby się pojechać, ponieważ tu mają swoje rodziny, domy. A ja nie chciałem robić tego bez doskonałych fachowców, którzy tu pracują. I chciałem uszanować ich życie osobiste.

Czyli za sukcesem fabryki Volkswagen Poznań stoją ludzie?

Tak, zdecydowanie. Bez ludzi nigdy nie zaszlibyśmy tak daleko. W 2007 roku wymyśliliśmy motto naszej firmy, które brzmi: „Nasz sukces to My”.

Dzisiejszy rynek pracy jest mocno ograniczony, brakuje fachowców w wielu dziedzinach. Jak radzicie sobie z pozyskiwaniem wykwalifikowanej kadry?

Rynek pracy jest wyczyszczony i bardzo trudno jest znaleźć pracowników. Kiedy Volkswagen wszedł do Poznania, nie było tu zbyt wielu dużych firm. W międzyczasie pojawiły się dobre marki, które przyciągnęły pracowników. Dlatego postanowiliśmy szukać kadry już na poziomie studiów. Mamy świetną współpracę z Politechniką Poznańską i Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu i dobrze skonstruowane programy nauczania, towarzysząc studentom od początku ich nauki. To daje obu stronom – studentom i przedsiębiorstwu – możliwość poznania się i nawiązania dość wcześnie współpracy. W Poznaniu rozbudowujemy teraz dział rozwoju technicznego i z dużym zainteresowaniem obserwuję, z jakim zapałem i kreatywnością przychodzą do nas ludzie. Jak bardzo kochają motoryzację i chcą tutaj pracować.

Na czym polegają te programy?

To są bardzo różne programy. Z jednej strony mamy ofertę studiów dualnych, ale wspieramy też zespół PUT Motorsport, który buduje bolid Formuły 1. Studenci budują go od postaw, z założeniem, że musi być intuicyjny i rozwijalny.

To trochę jakby pracować na produkcji.

Dokładnie tak – próbujemy pokazać studentom, że to może być ciekawe. „Formuła Student” jest programem, który ma uczyć studentów nie tylko w jaki sposób zbudować bolid, ale także jak przygotować marketing wokół tego produktu, znaleźć sponsorów, a więc pracować nad budżetem. Mamy też program „Be the Best”, do którego mogą zgłaszać się studenci z całej Polski. Uczestnicy, indywidualnie bądź w dwuosobowych zespołach, wybierają jeden z zaproponowanych tematów, opisanych jako case study przez działy fachowe przedsiębiorstwa i tworzą swój własny projekt. W trakcie jego trwania wspierani są przez opiekunów. Najlepsze z projektów zostają nagrodzone. Co więcej, nowatorskie idee mają szansę zostać wdrożone w naszych fabrykach. Taki przykładowy temat to: System nadzoru nad usuwaniem awarii na spawalni wraz z aplikacją na urządzenia mobilne (Android lub iOS). W ubiegłym roku przeprowadziliśmy wspólnie z Miastem Poznań i dwoma uczelniami projekt „Miasto w ruchu”. Zapytaliśmy studentów, jak będzie wyglądać metropolia poznańska w roku 2050 i jak mogłyby wyglądać samochody użytkowe przyszłości. Zwycięska grupa przedstawiła koncepcję zintegrowanego systemu transportu ludzi i dóbr, który ułatwia mieszkańcom miasta poruszanie się: nie tylko podpowiada najszybsze i najprostsze trasy, ale również podsuwa najlepsze współdzielone środki lokomocji. Prezydent Jacek Jaśkowiak był bardzo zainteresowany wynikami tej koncepcji i zabrał ją ze sobą. Cieszę się, że ze zwycięskiego teamu dwie osoby znalazły miejsce w naszej firmie.

Ale macie też coś dla mniejszych poznaniaków, bo przecież jest projekt „Mały Inżynier”.

To jeden z moich ulubionych. To niesamowite, kiedy patrzę, z jaką lekkością i łatwością dzieci podchodzą do programowania i jak szybko się tego uczą. Byłem osobiście w fundacji, która wspólnie z nami tworzy ten program. Był to okres ferii zimowych. Miałem okazję zobaczyć, jak wygląda nauka i jak dzieciaki chłoną wiedzę. Nasze pociechy rosną dziś razem z technologiami. My nie mieliśmy takiej możliwości. W 2050 roku 60 procent zawodów, które mamy na rynku, przejdzie do historii. Kiedy myślę o mojej wnuczce, która ma dziś 2,5 roku i za kilkanaście lat zdecyduje, co chce dalej robić, będzie miała ofertę studiów, których dziś jeszcze nie ma w planach. I będę jej pewnie w tym towarzyszył.

Skąd wtedy Volkswagen weźmie pracowników?

Myślę, że za osiemnaście lat będziemy potrzebować innych fachowców. Dzisiaj nie sprzedajemy jeszcze samochodów wyłącznie drogą internetową, ale za tych naście lat może to będzie nasz główny kanał. Chcąc się rozwijać, cały czas udoskonalamy produkcję i ją automatyzujemy. U nas nie ma rutyny i nudy, jak Pani widzi. Tak naprawdę stoimy przed ogromnym procesem przekwalifikowania pracowników.

Czy to możliwe, że kiedyś automat rzeczywiście zastąpi pracownika produkcyjnego?

Jestem w stanie wyobrazić sobie, że przykładowo na spawalni za dziesięć lat będzie to tak zorganizowane, że zostaną pracownicy utrzymania ruchu, a także programiści, którzy będą programowali urządzenia. I ta załoga będzie dużo większa niż dzisiaj.

Na czym polega fenomen Volkswagena Caddy, z którego produkcji słynie poznańska fabryka?

Jest to idealne auto dla młodych rodzin, które rozpoczynają przygodę z motoryzacją. Dodatkowo, do bagażnika można zapakować rower, wózek, psa. Z tych 750 aut, które budujemy dziennie, większość to samochody Caddy i Caddy Life – typowo osobowe.

Do jakich krajów jedzie ich najwięcej?

Zdecydowanie do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Turcji. Nasze samochody jeżdżą na całym świecie: przez Meksyk, Amerykę Południową po Australię.

Co by Pan robił, gdyby nie było Volkswagena?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Kiedy byłem mały, chciałem być wychowawcą w szkole. I tak naprawdę trochę nim jestem. Niesamowitą radość sprawia mi towarzyszenie ludziom w rozwoju, patrzenie, jak idą do przodu. A ja staram się ich w tym wspierać.

Podobno chciał Pan być pilotem.

Zgodnie z pierwszym wykształceniem jestem mechanikiem samolotowym i rzeczywiście chciałem być pilotem. Niestety urosłem nieco za duży i musiałem zrezygnować. Ale wracając do Pani poprzedniego pytania: gdyby nie było Volkswagena, na pewno zdecydowałbym się na pracę z ludźmi.

Pan chyba lubi ludzi.

Tak. Oni mówią to, co myślą, nie boją się swoich decyzji, opowiadają mi, co ich boli, co cieszy. A ja zawsze staram się im pomóc. Bo sukces Volkswagena to ludzie.