Babeczki z Lizbony

4 lutego 2019

Dla mnie to jedna z najpiękniejszych europejskich stolic. Miasto, które na każdym kroku czaruje nas swoim niepowtarzalnym urokiem i klimatem. Miejsce magiczne, nostalgiczne, intrygujące i wciągające. Bez wątpienia można powiedzieć, że to złodziej ludzkich serc. Bo kto raz odwiedzi Lizbonę i pozna jej prawdziwe piękno, zakocha się w tym miejscu bez reszty. Zresztą, jak mawiają sami Portugalczycy, „kto nie widział Lizbony, nie widział rzeczy cudnej”.

 

TEKST i ZDJĘCIA: Maciej Gładysz

 

Tu jest wszystko, czego człowiekowi potrzeba do szczęścia. Wspaniałe zabytki, niemalże bajkowe widoki i niezwykle serdeczni, otwarci i życzliwi ludzie. Od samego początku stolica Portugalii zachwyca swą różnorodnością, labiryntem splątanych uliczek i malowniczymi zaułkami. Lizbona to także idealne miejsce dla miłośników dobrej kuchni. Niemal na każdym kroku możemy spotkać restauracje, bary czy kawiarnie, w których serwowane są prawdziwe kulinarne dzieła sztuki, a ich sekret najczęściej tkwi w prostocie i naturalnych, świeżych produktach.

Zielone wino i ser

W całym mieście jest ponad 3 tysiące różnego rodzaju punktów gastronomicznych – od małych barów, knajpek i kafejek, po wykwintne i eleganckie restauracje. No, ale do rzeczy. Co warto w Lizbonie zobaczyć i czego warto skosztować? Miasto, podobnie jak Rzym, położone jest na siedmiu wzgórzach, u ujścia rzeki Tag do Oceanu Atlantyckiego. I już tylko to jedno zdanie powinno wskazywać, co nas tu spotka. Z jednej strony malownicze widoki, z drugiej kuchnia pełna ryb i owoców morza. Naszą kulinarno-turystyczną wycieczkę po Lizbonie rozpoczynamy od najstarszej części miasta, czyli Alfamy. Dzielnicy pełnej stromych, wąskich uliczek i małych placyków, na których czas płynie jakby inaczej. Co ciekawe, z dzielnicą tą związany jest patron Lizbony – św. Antoni, który urodził się właśnie tutaj, a nie, jak wielu myśli, w Padwie. Spacerując po Alfamie warto zatrzymać się na jednym z tarasów widokowych – Miradouro das Portas do Sol lub Santa Luzia. Rozpościera się z nich przepiękna panorama zarówno na miasto, jak i na rzekę. To także idealne miejsca do tego, by rozkoszować się filiżanką portugalskiej kawy, skosztować miejscowego piwa albo zamówić sobie kieliszek vinho verde, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza wino zielone. Pochodzi ono z samej północy Portugalii, z regionu Minho. Jest butelkowane bardzo szybko, tuż po zbiorach, i pite jako bardzo młode. Najczęściej jest białe, ale można też spotkać vinho verde czerwone, różowe czy musujące. Bardzo lekkie, tanie i, jak dla mnie, bardzo pyszne i orzeźwiające, a najlepiej smakuje mocno schłodzone. To wino jest w stanie zadowolić każdego.

A do wina najlepszym dodatkiem będzie ser, oczywiście portugalski. Najlepiej Queijo de Azeitão, jeden z moich ulubionych, o miękkim, aksamitnym miąższu i wyjątkowym, cudownym smaku. W połączeniu z kieliszkiem vinho verde stanowi idealne dopełnienie dnia. Spacerując po Lizbonie tu i ówdzie możemy spotkać kobiety, które na stolikach rozstawione mają baniaki, albo wielkie słoje, z czerwonym trunkiem. To ginjinha, czyli nic innego jak bardzo słodka wiśniówka. Mały kieliszek tej nalewki kosztuje około 1 euro. Trzeba tylko wybrać czy chcemy spróbować go z nasiąkniętą alkoholem wisienką czy bez. Ginjinha serwowana jest także w niewielkich barach tuż obok jednego z głównych placów Lizbony, czyli Praça do Rossio.

Tramwajem na Plac Rossio

Wróćmy jednak na Alfamę, bo jest co zwiedzać. Znajduje się tu, między innymi, najstarszy kościół Lizbony, czyli romańska Katedra Se, Zamek św. Jerzego czy Panteon Narodowy, w sąsiedztwie którego, we wtorki i soboty, odbywa się osobliwy pchli targ – Feira da Ladra. Warto wybrać się także do Muzeum Fado, albo po prostu pospacerować krętymi i niezwykle urokliwymi uliczkami. Na wspomniany już Plac Rossio koniecznie trzeba zajechać słynnym żółtym tramwajem 28. Nasz spacer kontynuujemy ulicą Augusty (Rua Augusta) w kierunku położonego tuż nad Tagiem Placu Comercio. Po drodze możemy zobaczyć Elevador Santa Justa. To zabytkowa winda zaprojektowana przez Raoula Mesnier de Ponsarda, ucznia słynnego Gustawa Eiffla. Na szczycie windy znajdują się dwa tarasy widokowe, z których rozpościera się wspaniały widok na całą dzielnicę Baixa. A jeśli zgłodniejemy, to po drodze natkniemy się na stargany z pieczonymi kasztanami. Najlepsze podobno są na paryskim placu Pigalle, ale tylko podobno. Te lizbońskie są równie dobre, a może i lepsze. Sezon na nie trwa od połowy października mniej więcej do lutego. Wówczas to na każdym kroku spotkamy handlarzy z charakterystycznymi wózkami, na których widnieje napis „quentes e boas”, co znaczy gorące i dobre.

Sposób na dorsza

Z Placu Comercio ruszamy bulwarami nad Tagiem w kierunku dworca Cais do Sodre i Mercado da Ribeira. To istny raj dla smakoszy –

połączenie targu i hali gastronomicznej. Można tu dostać zarówno świeże, jak i mrożone ryby i owoce morza, nie brakuje też tradycyjnych płatów suszonego dorsza, a także owoców i warzyw. A tuż obok znajduje się wielka restauracja z ponad 40 punktami gastronomicznymi i miejscem dla ok 500 osób. To jedno z modniejszych miejsc na gastronomicznej mapie Lizbony. Znajdziemy tu zarówno tradycyjną kuchnię portugalską, jak też kuchnię azjatycką, włoską, cukiernie i lodziarnie. My skupmy się jednak kuchni lokalnej, daniach, których będąc w Lizbonie, po prostu trzeba spróbować. To między innymi grillowane sardynki, sercówki, zupa rybna, królik czy pescada assada a Lisboeta czyli ryba po lizbońsku. Daniem wręcz obowiązkowym jest też bacalhau czyli suszony i solony dorsz. Mówi się, że istnieje tyle przepisów na przygotowanie bacalhau ile jest dni w roku. Chociaż są i tacy, którzy twierdzą, że rybę tę można przygotować na 1000 sposobów. Najpopularniejsze to Pasteis de bacalhau – krokiety z dorsza, Bacalhau com Natas – dorsz zapiekany w śmietanie, a także Bacalhau a brás, rozdrobniony dorsz zmieszany z jajkami, cebulą i cieniutkimi frytkami. Skoro o rybach mowa, trzeba też wspomnieć o licznych w całej Portugalii sklepach specjalizujących się w sprzedaży zapuszkowanych sardynek. I nawet jeśli nie przepadamy za sardynkami, to warto tam zajrzeć, bo sklepy te wyglądają często jak luksusowe salony z najdroższą biżuterią albo dziełami sztuki, a puszka miejscowych sardynek, to jedna z najczęściej kupowanych portugalskich pamiątek.

Babeczki z XVIII wieku

Opuszczamy już historyczne centrum i wzdłuż Tagu kierujemy się dalej na zachód. Każdy porządny posiłek nie może się obyć bez deseru. To taka kulinarna kropka nad i każdego menu. Podobnie jest z Lizboną. Dlatego to, co najlepsze zostawiłem na koniec. I chociaż tutejsze cukiernie pełne są różnego rodzaju doces tipicos (czyli typowych lokalnych słodyczy), na których widok ślinka cieknie, to jednak jest jedna rzecz, którą obowiązkowo trzeba spróbować. To Pastéis de Belém – babeczki z ciasta przypominającego francuskie, wypełnione aksamitną budyniowo-waniliową masą. Historia wypieku tych ciastek sięga XVIII wieku. Podobno wymyślili je mnisi z klasztoru Hieronimitów w Belem. Do krochmalenia płócien zużywali oni ogromne ilości białek, pojawił się więc problem, co zrobić z niewykorzystanymi żółtkami. I tak ponoć powstały słynne dziś babeczki. Obecnie to najpopularniejszy portugalski deser. Znany i sprzedawany w całym kraju pod nazwą pasteis de nata. Jednak te oryginalne sprzedawane są tylko w jednej cukierni w dzielnicy Belem i tylko tam nazywają się one Pastéis de Belém, tak samo zresztą nazywa się sama cukiernia, gdzie babeczki wypieka się nieprzerwanie od 1837 roku. Znajduje się ona nieopodal majestatycznego Mosteiro dos Jerónimos i Torre de Belem, czyli kolejnych miejsc, które w Lizbonie trzeba zobaczyć. Nietrudno ją znaleźć, bo charakteryzuje się niebieskimi markizami i… długą kolejką przed wejściem. Proszę się jednak nie zrażać, bo w kolejce tej najczęściej stoją osoby, które kupują babeczki na wynos. Wystarczy

wejść do środka i przebrnąć przez pierwszą salę, a później mamy kolejną i kolejną, i kolejną. Trzeba usiąść przy stoliku i poczekać na kelnera. Po drodze, przez szyby, możemy oglądać proces wypieku ciastek, ale nie cały, bo receptura jest pilne strzeżoną tajemnicą i podobno zna ją tylko kilka osób. Pasteis podawane są tu jeszcze gorące z dodatkiem cukru pudru lub cynamonu. No cóż, nie ma co ukrywać, że każdy kęs tego ciastka jest jak podróż do kulinarnego raju. Wyjechać z Lizbony i nie posmakować Pastéis de Belém, to jak być w Poznaniu 11 listopada i nie zjeść świętomarcińskich rogali. A jeśli ktoś jeszcze nie przekonał się do tego, by odwiedzić stolicę Portugalii, to gwarantuję, że warto tu przyjechać chociażby tylko dla tego ciasteczka. A jak już raz ktoś odwiedzi Lizbonę, to na pewno tu wróci. Do zobaczenia zostało jeszcze Oriente. Nowoczesna dzielnica, która powstała na Expo’98. To tu znajduje się, między innymi, największe w Europie oceanarium czy liczący sobie ponad 17 km most Vasco da Gama. Z Lizbony warto wyskoczyć też do orientalnej Sintry, albo w najdalej na zachód wysunięty zakątek europejskiego lądu, czyli Cabo da Roca. Niespełna godzina jazdy podmiejskim pociągiem dzieli nas także od malowniczych plaż Cascais, położonych już nad oceanem. A jeśli znajdziecie chwilę, to zachęcam do odwiedzenia Alcochete, niewielkiej miejscowości położonej po drugiej stronie Tagu. To niezwykle urokliwe miejsce z fantastycznymi restauracjami, które łączą w sobie dwie sztuki: kulinarną i muzyczną. Bo czy można wyobrazić sobie coś piękniejszego niż kolacja przy dźwiękach nastrojowego fado?