Czarodziejka Anna

26 lutego 2020

Poznanianka urodzona w samym centrum miasta. Uwielbia spacerować ulicami, zaglądać do sklepów, kafejek. Ma swoje ulubione, które, kiedy tylko przyjeżdża, musi odwiedzić. Spakowanie walizki to dla Niej kilka minut, a jeszcze krócej, kiedy wie, że wraca do Poznania, do mamy. Codziennie zmienia ludzi. Potrafi zdziałać cuda i zmienić potwora w księżniczkę i aktora w graną przez niego postać. Jest absolutną pasjonatką. Jak coś robi, to na sto procent, bez taryfy ulgowej. Anna Gorońska, charakteryzatorka, która nigdy nie odpuszcza i walczy, by ta sztuka została uznana i doceniona w Polsce i nie tylko.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Adam Przybył, www.adamp.org

 

Aniu, ile lat się znamy?

To chyba było przy filmie „Gwałt”, którego producentem był też poznaniak, Marcin Aziukiewicz. Pewnie teraz będzie już z 20 lat. Potem, pamiętasz, był „Czas surferów”. Film, który nie przyciągnął zbyt wielu widzów do kin, ale dzisiaj jest filmem kultowym i wiele cytatów z niego weszło do potocznego języka. I z tego co wiem, ludzie nadal go oglądają. No to w sumie trochę się znamy.

Nigdy nie zapytałam Cię, jak to się stało, że wybrałaś taki właśnie zawód. Od początku chciałaś?

Zaczęło się od tego, że od dziecka tańczyłam w zespole folklorystycznym. Makijaż nie był mi obcy. Do tego od dziecka kochałam przebieranki i kolorowy świat. Moi przyjaciele w Poznaniu prowadzili teatr alternatywny, więc pomagałam w przygotowaniach spektakli. Nie myślałam wtedy, że to zdefiniuje dalsze moje życie. Ot taka zabawa szalonych zapaleńców.

Któregoś dnia zobaczyłam program o szkole Mari Dziewulskiej w Warszawie. To był strzał amora dosłownie, ale zaraz potem zimna woda na głowę: Warszawa, podróże, niepewny zawód, dziecko. No dobra amor amorem, ale jest realne życie. I stał się cud!!! Moja mama zobaczyła mój błysk w oku i – wbrew zdrowemu rozsądkowi i całemu światu – powiedziała ok, jedź, poradzimy tu sobie. Moja mama – taka racjonalna, a tu gdzieś uśpiony duch szaleństwa wydostał się na chwilę i przemówił. Drugi cud to mój telefon do szkoły, który odebrała Marysia Dziewulska. Kto usłyszał Jej entuzjazm, już wpadł. Choć zawsze rozmowy z adeptami sztuki zaczynała od „odradzam!!!”. Mówiła, że to ciężka fizyczna praca, bardzo wymagająca i bardzo rygorystyczna, ale potrafi odpłacić się po stokroć i miała Marysia rację. Zostałam i jestem szczęśliwa.

Twoje życie bardzo się zmieniło.

Tak. Szkoła była w Warszawie. Trzeba było tam dojeżdżać na zjazdy i się utrzymać, a w domu był jeszcze mały syn. Pracowałam w marketach na różnego rodzaju promocjach, żeby jak najwięcej zarobić. Prawie nie spałam, bo albo fuchy, albo szkoła, albo pociągi i jeszcze dom. Tak naprawdę, gdyby nie pomoc mamy i syna, to by się nie udało.

Nie żałujesz tego wyboru?

Absolutnie nie. To jest właśnie to, co chciałam robić. Był to ogromny wysiłek, ale dzisiaj wiem, że bardzo się opłacało. Lubię to, co robię, pasjonuje mnie to, a jednocześnie daje możliwość całkiem fajnego życia.

Jesteś już teraz warszawianką czy nadal poznanianką?

Warszawa jest miastem, w którym mieszkam i pracuję, ale jestem poznanianką z krwi i kości. Jak tylko mogę, pakuję walizkę i wracam. Teraz już do mamy na Os. Sobieskiego, ale kiedyś do samego centrum, na Al. Marcinkowskiego. Tam się wychowałam i tam są moje szlaki. Wszystko się zmienia, Poznań też, ale to jest moje miasto z najlepszymi ciastkami z cukierni Bayka, z ukochanym naszym ogrodem.

No wiedziałam, że temat ogrodu musi być…

Pewnie. To nasza oaza. Tymi rękoma rozebrałam domek, a potem do złożyłam. No dobra trochę było pomocników, np. moja przyjaciółka charakteryzatorka z Warszawy, która okazała się być też świetnym budowlańcem i syn bardzo pomógł. Adam, który jest fotografem i zrobił mi zdjęcia do tego wywiadu, ma smykałkę do prac remontowych, które okazały się Jego pasją. Przez wiele miesięcy w roku wsiadam w weekend do pociągu i potem pędzę z niego na ogród, by jak najszybciej ułożyć się na leżaku, albo wstać rano i zacząć dzień od prosecco. To bulwersuje niektóre osoby, ale przecież, chodzi o to, żeby robić to, co się lubi. To ma być takie moje, nasze luksusowe miejsce do wypoczynku. I jest.

Pracujesz bardzo dużo i nie jest to zajęcie od 8 do 16.

Rzeczywiście, kiedy kręcimy film albo reklamę, to raczej czasu się nie liczy. Trzeba zrobić odpowiednie sceny, ujęcia i już. Oczywiście po charakteryzacji i wypuszczeniu aktorów na plan, nasza rola się nie kończy. Zaczynamy pracę i przygotowania do następnych scen, odcinków, albo…

…„występujesz” w filmach.

No tak, jak jest chwila wolna, to uwielbiam stawać przed kamerą, co nie oznacza, że kiedykolwiek chciałabym być aktorką, to ciężki kawałek chleba.

Charakteryzacje, które najlepiej, najmilej wspominasz?

Każdy film to kawałek mnie. To długie przygotowania, setki przewertowanych dokumentacji. Ale najbardziej kocham filmy biograficzne. Jest ich parę w moim CV, ale najbliższy jest mi ten, który zaprowadził mnie do Europejskiej Akademii Filmowej – „Ostatnia Rodzina”. W tym filmie jestem też autorką peruk i zarostów. Okazało się bardzo szybko, zaraz na początku mojej drogi zawodowej, że ta benedyktyńska praca jest też moją pasją. Sama wykonuję wszystkie zarosty i peruki do swoich filmów. Oczywiście mam wspaniałych asystentów, którzy pomagają, ale to, że robimy to sami, daje mi kontrolę. Na każdym etapie produkcji mogę wprowadzić poprawki. Ogromną satysfakcją jest dla mnie np. to, że parę osób nie poznało, że Pan Andrzej Seweryn grał w peruce.

Pracowałaś na planie serialu o Piłsudskim, który możemy teraz oglądać na małym ekranie.

„Młody Piłsudski” to bardzo dobry serial, robiony z wielką dbałością o szczegóły historyczne. Opowiada o grupie spiskowców walczących z caratem na przełomie XIX i XX wieku. Głównym bohaterem jest młody Józef Piłsudski i jego najbliżsi przyjaciele – późniejsi premierzy i prezydenci. Akcja toczy się w Wilnie, Petersburgu, Łodzi, Warszawie i Krakowie. Kostiumowy serial ma charakter sensacyjno-przygodowy. Rozpoczyna się od zamachu na cara Aleksandra II w Petersburgu w roku 1881, a kończy w roku 1908 napadem na pociąg w podwileńskich Bezdanach, dokonanym przez przyszłego Marszałka Polski i jego tytułowych bojowców. Trochę odbrązawiamy Piłsudskiego, ale przecież on rzeczywiście taki był: porywczy, kochliwy. Warto obejrzeć, bo aktorzy są świetni i zrobili ze swoich ról perełki. Na planie nie ma taryfy ulgowej, naprawdę wszyscy pracujemy na 110 procent, żeby było dobrze.

Aktorzy często opowiadają, jak przygotowują się do roli. A wy, charakteryzatorzy, jak to robicie? Przecież nie macie gotowych zdjęć np. ułożenia brody bohatera historycznego?

Nie, no pewnie, że nie mamy. Dostaję scenariusz i muszę się dokładnie przygotować, szczególnie, kiedy to ma być film historyczny, albo oparty o autentyczne wydarzenia. Trzeba wszystko sprawdzić. Wertuję książki i szukam, jak w danych latach obcinano włosy, jak je zaczesywano, jak farbowano. Muszę wszystko wiedzieć na temat włosów, cery, najdrobniejszych znaków szczególnych bohaterów. Sposoby uczesania, makijażu zmieniają się bardzo często. Odwiedzamy muzea, robimy zdjęcia obrazów. Wszystko po to, by potem w charakteryzatorni mój zespół mógł sprawić, że Grzegorz Otrębski staje się Piłsudskim.

Lubisz ten serial?

Tak, bardzo dobrze mi się pracowało na planie, a nie jest tak zawsze. Pracowała przy nim zgrana, rozumiejąca się ekipa, która wiedziała, jaki efekt chce osiągnąć. I, moim zdaniem, się udało.

Jesteś, jak ta wróżka, która potrafi zmieniać ludzi, robić z nich piękności i przystojniaków, ale też potwory.

Charakteryzacja daje tę możliwości. To magia kina, kiedy przed lustrem siada aktor, ale wstaje postać, którą gra. Nie mamy magicznych różdżek, tylko nasze przybory, ale potrafimy tego dokonać.

Jakie masz kolejne plany?

Wolne zawody mają takie motto: „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach”. A poważnie, to są propozycje, są plany, ale czas i fundusze będą je jeszcze weryfikować. To taka ciemna strona tej profesji. Często przygotowujemy się do realizacji jednego projektu i nagle spada, przesuwa się i czasem w ciągu nieomal chwili – z II wojny światowej trzeba przeskoczyć do komedii romantycznej.

Syn mieszka w Londynie. Czy poszedł w Twoje ślady?

Cała rodzina jest artystyczna. Mama jest po Szkole Baletowej. Pradziadkowie śpiewali w Chórze Stuligrosza, a ciotki – pianistki, to i moje dziecko coś wybrało z tego menu. Jest fotografem, ukończył Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, jest autorem pięknej sesji do tego wywiadu. Adam pracuje w zawodzie i jeździ po Europie. Mam nadzieję, że kiedyś Jego poprosisz o parę słów, a ja obiecuję nie robić zdjęć. (śmiech)

Bardzo dziękuję Hotelowi Rzymskiemu za zgodę na sesję fotograficzną.