Głupio tak samemu stać na scenie

18 czerwca 2019

Piotr Żurowski „od zawsze” związany jest z Estradą Poznańską. Absolwent Studia Sztuki Estradowej (1977), zdobył też – pierwszy w Poznaniu – dyplom piosenkarza, w Policealnym Studium Piosenkarskim (1981). Debiutował w duecie z Hanną Banaszak jako „Hanna i Piotr” (1973). Wystąpił w 3000 programów estradowych. Ma na swoim koncie ponad 100 piosenek, dwa musicale dla dzieci, kilkanaście realizacji do sztuk teatralnych, nagrania radiowe. Od 1995 r. związany ze Sceną na Piętrze Estrady Poznańskiej.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt, Marek Kamiński, Krzysztof Styszyński

 

Od początku towarzyszyła Panu w życiu muzyka?

Piotr Żurowski: Tak. Mama była sopranem koloraturowym, uczęszczałem do szkoły muzycznej przy ul. Zwierzynieckiej, grałem na skrzypcach i fortepianie. Za skrzypcami jednak nie przepadałem. To bardzo wymagający instrument.

A jakim był Pan dzieckiem?

Smutnym, bo byłem jedynakiem. Obiecałem sobie, że będę miał dużą rodzinę i tak się stało. Mam wspaniałą żonę, troje fantastycznych dzieci i… dziesięcioro uroczych wnucząt.

Pana droga muzyczna ściśle związana jest z Estradą Poznańską i Sceną na Pietrze. Tam Pan zaczynał i tam Pan pracuje do teraz.

Poniekąd tak, ponieważ progi Estrady Poznańskiej, w której jeszcze nie było Sceny na Piętrze, przekroczyłem mając niecałe 18 lat, kiedy wspólnie z Hanną Banaszak zostaliśmy adeptami Studia Sztuki Estradowej. W sali, w której mieści się obchodząca 40 lat Scena na Piętrze, była siedziba kabaretu Tey. My, jako młodzi ludzie marzący o estradowej karierze, bywaliśmy na wszystkich premierach, często też na próbach kabaretu. W salce obok, w której obecnie mieści się bank, odbywały się wszystkie próby zespołów, które przyjeżdżały do Poznania, bądź miały swoje występy w okolicy. Miały tam też miejsce zajęcia Studia Sztuki Estradowej, której szefem wtedy był Zbigniew Górny. On te talenty zbierał i dawał szanse kształcenia, pierwszych nagrań i koncertów. To był rok 1974.

O podjęciu najpierw współpracy, a potem pracy etatowej w Scenie na Piętrze zadecydował… przypadek.

Zaczęło się wszystko od nagłego zastępstwa. Otóż w 1992 r. reżyser Roman Załuski kończył próbę premierowych spektakli „Dwaj” i „Engagement” z Barszczewską, Pritulak, Wardejnem i Kondratem, które to spektakle miały być prezentowane na deskach Sceny na Piętrze, gdy okazało się, że nie wywiązał się ze swojego zadania twórca oprawy muzycznej przedstawienia – Seweryn Krajewski. Przypadkowo wstąpiłem do szefa tej sceny, Romualda Grząślewicza, na kawę. Zrozpaczony reżyser pytał Grząślewicza, czy zna kogoś „melodyjnego”, kto mógłby uratować spektakl, bo jego nadworny i ulubiony kompozytor… nie wyrobił się. Za trzy dni reżyser miał nie tylko gotową muzykę, ale jeszcze piosenkę „A kiedy złe dni” do słów Ryszarda Marka Grońskiego, którą nagrałem w duecie ze wspaniałą Haliną Zimmermann.

A potem były kolejne spektakle i programy.

Każdy program prezentowany w „Scenie na Piętrze” ma oprawę muzyczną. Do większości spektakli skomponowałem muzykę. Do tej pory „oprawiłem” muzycznie kilkanaście sztuk teatralnych, ponad 120 programów teatralno-telewizyjnych pt. „RING z…”, TANDEM, FART, GWIAZDY X MUZY, BENEFISY OPEROWE.

Było też 15 spektakli z moją muzyką: „Dwaj” Ryszarda Marka Grońskiego, „Engagement” Filipa Bajona, „Za rok o tej samej porze” Bernarda Slade, „Kochanka” Grzegorza Skurskiego, „Zgubny nałóg miłości” Anny Strońskiej, „Porwanie” Hanny Kowalewskiej, „Milionerka” Haliny Dobrowolskiej, „Mokre widzenie” Edmunda Pietryka, „Życie z widokiem na Manhattan” Andrzeja Mariana Trzosa, „Będzie tylko lepiej” Jacka Hempla, „Jest jak jest” Maliny Stahre-Godyckiej, a ostatnio „Za lepsze czasy” w reżyserii Macieja Wojtyszki.

To już prawie ćwierć wieku w Scenie na Piętrze.

Na etacie tak. Przez wiele lat zajmowałem się stroną muzyczną Sceny na Piętrze. Warto dodać, że w tym okresie, scena ta była jedyną działającą w ramach Estrady Poznańskiej. To był wtedy przejściowy, bardzo trudny okres. Jak to przeleciało, sam nie wiem. Do emerytury zostały mi niecałe dwa lata.

Ma Pan już plany na ten czas?

Nie. Nie mam żadnego specjalnego hobby. Nie odkładam niczego na później, nie planuję zbyt do przodu. Nie przepadam za sadzeniem i grzebaniem w ziemi, wędkowaniem. Może więc zajmę się… kuchnią.

Kuchnią?

W domu robię codzienne zakupy i bardzo to lubię. Przygotowuję też obiady. Mogę pomagać w domu, byle bym tylko nie musiał myć okien i prasować. Nienawidzę też wszelkiej maści głośnych mikserów, odkurzacza.

Dlaczego nie ma na rynku płyty z kompozycjami i nagraniami Piotra Żurowskiego?

Bo nigdy o to nie zabiegałem, nie miałem tzw. „łokci”. Mam taką „domową” płytkę, z utworami ze spektakli teatralnych i moimi piosenkami. Przygotowałem ją na prywatny użytek. Przez wiele lat śpiewałem na scenie, głównie w duetach, mam kilkanaście piosenek nagranych studyjnie. Kiedy zbliżały się moje okrągłe urodziny, córki powiedziały mi: tato, żadnego wielkiego majątku po tobie nie otrzymamy, to mógłbyś powyciągać te piosenki z szuflad i zgrać je na płytkę, żebyśmy chociaż to po tobie miały. Rzeczywiście na swoje urodziny zrobiłem taką płytkę, tylko dla najbliższych. Znalazły się na niej piosenki od mojego debiutu z Hanną Banaszak, czyli pierwsze nagranie z1975 r. z Orkiestrą Miliana w Katowicach, po ostatnie z Danutą Mizgalską. Są tam nagrania z Andrzejem Ellmannem, z Haliną Zimmermann, umieściłem także utwory, które skomponowałem, ale nie zaśpiewałem. Jest na przykład przebój Lata z Radiem „Wakacyjny mały flirt” do słów Lecha Konopińskiego w wykonaniu Eleni, a nawet piosenki dla dzieci. Mam więc taki koktajl utworów teatralnych i piosenek.

Bardzo wielu wykonawców śpiewało i śpiewa Pana kompozycje.

Tak. Część z tych piosenek pisana była na zamówienie, np. do programu telewizyjnego czy radiowego. Nigdy nie miałem parcia, by nagrywać swoje solowe piosenki. Zawsze lubiłem występować w duecie, nie lubiłem solowych występów. Głupio tak stać samemu na pierwszym planie. Wolę być zawsze krok do tyłu. Od ośmiu lat towarzyszę wokalnie i z gitarą akustyczną Danucie Mizgalskiej w Jej recitalach.

Od wielu lat pracuje Pan też jako dźwiękowiec w Scenie na Piętrze.

Tak. Jest to ulubione zajęcie, choć bardzo odpowiedzialne i ogromnie stresujące, bo wszystko musi być idealnie. A artyści potrafią wychodzić na scenę z wyłączonym mikrofonem.

I „użera się” Pan z artystami już tyle lat.

Nie chciałbym robić niczego innego. Mimo że jest to bardzo stresujące, uwielbiam to! Jestem wdzięczny Panu Romualdowi, że mnie tu kiedyś zaprosił. Dzięki temu miałem okazję otrzeć się o największych i współpracować z najwybitniejszymi artystami, reżyserami.

Pamięta Pan swoje największe zaskoczenie ze spotkania z którymś z artystów?

Bardzo sympatycznie i z wielką atencją wspominam spotkanie ze Zbigniewem Zapasiewiczem, który reżyserował u nas „Ławeczkę”. Wszyscy się Go bali, łącznie z Panem Romualdem. Zostałem wtedy wypchnięty jako taki zderzak, bufor. Okazało się, że wielki reżyser, profesor Zapasiewicz, od razu mnie polubił, zaczął mi mówić „na ty”. Jego żona była tym bardzo zdziwiona. Pan Zbigniew ukradkiem popalał papierosy i przychodził do kabiny realizatorskiej, żeby zapalić. W obu kieszeniach miał mocno miętowe cukierki czy pastylki. Jak mały chłopczyk schodził na dół na scenę i wydawało Mu się, że przez te miętówki, żona nie wyczuwa zapachu papierosów. Okazał się przeuroczym człowiekiem. Jeszcze czymś mnie urzekł. Okazało się, a jest to też moja słabość, że kiedy jechaliśmy ze spektaklem w trasę, siadał i rozwiązywał krzyżówki – Jolki. Myślałem, że On czyta wyłącznie wielkie dzieła, a też się odstresowywał krzyżówkami.

Która premiera czy spektakl szczególnie zapadły Panu w serce?

Każdy twórca, z każdej dziedziny powie, że ostatni obraz, kompozycja, reżyseria, to jest to najukochańsze dziecko. W każdą pracę wkłada się całe serce. Ja nie potrafię powiedzieć, bo z każdym wiążą się jakieś trudy. To droga przez mękę, od scenariusza po premierę. Miałem takie zdarzenie, że reżyser odrzucił mi całą muzykę, którą zrobiłem do spektaklu. Zacisnąłem zęby  i musiałem komponować na nowo. Nie sprostałem wtedy jego oczekiwaniom, mimo że kompozycje powstawały z jego podszeptów. A w tym przypadku zdanie reżysera jest najważniejsze.

Do artystów trzeba mieć wiele cierpliwości. Ma Pan w sobie jej pokłady?

Raczej pokorę. Z czasem człowiek, jak ten lew – łagodnieje, zęby wypadają, pojawia się mądrość życiowa i pragmatyzm nabywany przez lata i to one pozwalają wytrwać. Czasem warto odpuścić małe rzeczy, żeby nie robić z nich problemów. Jak walczyć, to tylko o wielkie.

Rodzina musiała się przyzwyczaić do pana pracy w różnych godzinach i wyjazdów.

Udało mi się nie przenosić spraw zawodowych do domu. Były lata, że zabierałem dzieci do autobusu, kiedy byłem jeszcze wykonawcą estradowym. Dzieci natłukły się ze mną po Polsce. Takie były wtedy realia.

A wnuki nie jeżdżą z Panem w trasę?

Wnuki objawiają wszelakie talenty, ale nie estradowe. Chłopcy mają osiągnięcia sportowe, zdobywają medale nie tylko w Polsce, ale w Europie i to bardzo znaczące. Mam też wnuków, którzy będąc w Poznańskiej Szkole Chóralnej, objechali z sukcesem pół świata. Wnuczki natomiast mają talenty plastyczne i taneczne.