Gwiazdorzę tylko dla siebie

21 maja 2020

Od dziecka wiedziała, że chce zostać aktorką. Teraz jest też nauczycielką matematyki, polskiego i angielskiego dla swojego młodszego 9-letniego syna. Jedną z Jej pasji jest robienie lalek i szydełkowanie. Widzowie doskonale kojarzą ją też ze… śpiewem. Agnieszka Różańska, aktorka Teatru Nowego w Poznaniu, opowiada jak spędza czas w domu i poszukuje natchnienia, odgrzebuje pomysły i zdecydowanie jest optymistką.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

 

Teatr Nowy to Twój drugi dom.

Od lat jestem w nim na etacie, gram różnorodne role. Udało mi się, bo to naprawdę dobry i wyjątkowy teatr.

Występujesz nie tylko w Teatrze Nowym, ale też gościnnie w Teatrze Muzycznym w Poznaniu.

Bardzo miło mnie gości. Mogę się sprawdzić w zupełnie innym repertuarze. To kompletnie inny rodzaj pracy i musiałam się na początku do niego przyzwyczaić. Trzeba się nieźle napocić, bo to też zadania fizyczne. Nie miałam takiego treningu, a tam wymagają, żeby aktor grał, śpiewał i do tego jeszcze tańczył. Musiałam to wyćwiczyć.

Od kogo wyszła propozycja grania w tym teatrze?

Każda rola w Teatrze Muzycznym poprzedzona jest castingiem. I to udział w castingu został mi zaproponowany. To jest naprawdę stres, bo siedzi komisja i ocenia. Od razu przypomniały mi się studia i konieczność zdawania różnych rzeczy. Po przesłuchaniu powiedzieli tylko dziękuję. Zdenerwowanie było duże i potem to czekanie.

Ta dziewczyna z Poznania radziła sobie świetnie zarówno na egzaminie na uczelnię, na studiach i radzi sobie teraz.

Wygląda tak z zewnątrz, ale ile to jest stresu, nerwów. Pewnie mogę się pochwalić, że 16 nas na rok przyjęli i byłam szósta w kolejności, jeżeli chodzi o punktację. Potem, żeby w tej szkole się utrzymać, to była ciężka praca. Na piękne oczy nic się nie dostaje. A im ma się więcej lat, tym tej pracy trzeba włożyć więcej. W tym zawodzie nie można się po prostu prześlizgnąć. Kiedy aktor myśli, że już dużo zrobił, że już teraz nie musi się uczyć, rozwijać, pracować, to już jest chyba koniec istnienia w tym zawodzie. Aktorstwo to profesja bardzo wymagająca, wyczerpująca i wymagająca ustawicznej nauki. Ile razy chciałam z niego zrezygnować, zastanawiałam się, co ja robię!

Wiedziałaś jednak od początku, co chcesz robić w życiu.

Tak. Moja mama mi mówiła, że od dziecka już wiedziałam, co chcę robić. Miałam też wokoło siebie ludzi, którzy mnie dopingowali.

Jak radzisz sobie ze stresem przed premierą?

Poziom stresu i zdenerwowania rośnie wprost proporcjonalnie do nieprzygotowania. W związku z tym, gdyby ktoś kazał mi zagrać w tym tygodniu premierę, to nie wiem, czy bym się odważyła, ale po trzech miesiącach pracy i przygotowań, to jest zupełnie coś innego. Jest stres, ale on jest spowodowany zupełnie innymi czynnikami. Jak komuś pomagam w nauce wierszy, to zawsze im mówię, że im więcej nauczysz się teraz, to tym ten stres będzie mniejszy. Owszem będzie. Bo zasycha w gardle, ludzie siedzą i patrzą, ale jak już powiesz pierwsze trzy słowa, to powinieneś iść po swoje swoją przygotowaną drogą i nie zważać na to, co się dzieje. Staram się zawsze niwelować te wszystkie rzeczy, nad którymi mogę zapanować. Potem przychodzi taki moment, że chce się już tę swoją pracę oddać widzom. Zostaje wtedy adrenalina. Premiera nigdy nie jest końcem, tylko etapem pracy nad rolą.

Czy to się przenosi na rodzinę?

Kiedyś przenosiło się bardzo, ale nauczyłam się zamykać drzwi teatru za sobą. Życie zmusiło mnie do tego, że muszę te dwie rzeczy oddzielić, bo inaczej wszyscy powariujemy. Z jednej strony to dobrze, bo zachowuję higienę umysłową. Z drugiej można powiedzieć, że powinno się żyć od początku do końca sztuką. Ona jest bardzo zazdrosna o wszystko inne dookoła. Często dzieje się tak, że samotni artyści więcej w życiu dokonują w zawodzie. Ja zawsze wiedziałam, że chcę mieć rodzinę, że chcę mieć dzieci. Byłam świadoma tego, że na perę miesięcy, a nawet lat, będę musiała zrezygnować z teatru. Aktorki często zadają sobie pytanie: kiedy założyć rodzinę, urodzić dzieci, bo przecież czeka taka rola i potem inna. Też miałam takie dylematy, aż w końcu sobie powiedziałam, jak nigdy nie ma czasu, to zawsze jest czas.

Rola jak nie ta, to będzie inna, ale życie nie czeka.

Nie czeka. Jak widać teraz, patrząc na to, co się dzieje. Cieszę się, że mam co robić. Mam rodzinę i muszę się nimi od rana do wieczora zajmować, gotować, czytać książki, uczyć syna.

Bycie aktorem, aktorką nie zwalnia nikogo z normalnego życia i obowiązków z tym związanych.

Nie. Absolutnie. Trzeba zrezygnować z gwiazdorstwa. Chciałoby się gwiazdorzyć cały czas, ale konia z rzędem temu, kto może sobie na to pozwolić. Ja nie mogę. Aczkolwiek znajduję sobie w ciągu dnia czy tygodnia takie chwile, o których nikt nie wie, tylko takie dla mnie. Jak już wszystkich wyprawię do szkoły, nie mam spektaklu bo jest poniedziałek, to mogę się jeszcze położyć i pospać do 11. Mogę sobie pozwolić na to, że nie posprzątam, nic nie zrobię, albo pójdę do kosmetyczki na kilka godzin. Wtedy sama dla siebie gwiazdorzę.

Jak to dobrze wpływa na psychikę!

Doskonale! Bo jak jesteśmy dobrzy dla siebie, to jesteśmy też dobrzy dla innych, dla swoich bliskich. Ja sobie gwiazdorzę, jak nikt tego nie widzi.

Przeglądając Twoje dokonania zawodowe, pomyślałam sobie, że spokojnie mogłaś przenieść się do Warszawy i robić karierę filmową. Nie było takich planów?

Aktor sobie plany robi, a życie je weryfikuje. Miałam plan, że jak skończę studia, nie będę pracować w żadnym teatrze. Ja jestem aktorką filmową, tak sobie wtedy założyłam. Teatr mnie nie interesował, nawet w czasie studiów nie za często chodziłam na spektakle. Bardzo dużo filmów oglądałam i do tej pory mi to zostało. Tak się złożyło, że po dyplomie kilka teatrów zaprosiło mnie do współpracy. Ale ja sobie mówiłam, że mi się nie chce, to nie dla mnie, ja nie jestem teatralna.

Po Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu dzwonił do mnie kilka razy Eugeniusz Korin, ówczesny dyrektor Teatru Nowego w Poznaniu. W końcu powiedziałam, że przyjadę do Poznania, odwiedzę mamę. Jak się dowiedział, że jestem poznanianką, to stwierdził, że koniecznie muszę pracować w Nowym. Powiedziałam, że dobrze, ale tak na 2–3 lata góra, bo ja będę w filmie grać. No i jestem w jednym i tym samym teatrze od 1995 roku.

25 lat w jednym teatrze! To jest jubileusz!

Rzeczywiście. Nie zawsze tak bywa, że aktor tyle lat jest w jednym miejscu. Miałam różne epizody filmowe, ale film nie pokochał mnie jakoś szczególnie. Za to teatr mnie pokochał i to z wzajemnością. Wsiąkłam. Teatr to jest to, co lubię, co chcę robić, to jest mój żywioł.

Na swojej drodze spotykałaś świetnych reżyserów, którzy obsadzali Cię z znakomitych rolach, dających się wyżyć, pokazać.

Na brak ról nie narzekałam. W zasadzie zawsze było tak, że schodziłam z jednej premiery i zaczynałam pracę nad kolejną.

Do tego były jeszcze recitale, które sama przygotowywałaś.

Sama je wymyślałam i do tej pory wymyślam. Już dawno zauważyłam, że jak mam mniej czasu, to mam go więcej. Zawsze miałam wiele pomysłów i udawało mi się to pogodzić. Zresztą śpiewanie towarzyszyło i towarzyszy mi zawsze. I to zaowocowało, że spróbowałam swoich sił w Teatrze Muzycznym. Cały czas się uczę, chodzę na lekcje śpiewu. Edukacja aktorska nie kończy się na szkole, ale tak naprawdę trwa cały czas.

Śpiew był zawsze. Programy, recitale…

Nawet w Sopocie śpiewałam. Było trochę tego po drodze. I mam nadzieję, że będą kolejne, bo pomysły są.

Rodzina chodzi na premiery?

Chodzi. Rodzice przychodzą. Teraz już jest fajnie. Grono widzów mi się powiększa, bo dzieci urosły. Mam synów w wieku 18 i 9 lat. Do Muzycznego chodzą na premiery w trójkę, mąż i dwóch synów. Ten młodszy, Janek był na piosenkach Kaczmarskiego w Teatrze Nowym i teraz je śpiewa, czasem podśpiewuje ze mną, ma swoje ulubione. Obaj są wychowani na teatrze. Z przyjemnością chodzą na spektakle, mają swoje ulubione. Nie muszą uprawiać potem zawodu aktorskiego, chociaż ten starszy widzę, że ma zapędy, ale zawsze chciałam, żeby grali na instrumencie, żeby się rozwijali i poznawali różne rodzaje sztuki. Zależało mi, żeby mieli w sobie wrażliwość.

Twoją pasją jest… robienie lalek?

Wzięło się to z pasji robienia na szydełku i na drutach. Jako dziecko ciocia mnie nauczyła trzymać szydełko i coś tam robić. Moja mama do tej pory to powtarza, że byłam antytalentem do szycia, do haftowania. Bardzo chciałam, ale nie umiałam. Tak też o sobie myślałam. Aż któregoś dnia miałam w jakieś sztuce siedzieć i haftować na scenie. Poprosiłam o wszystkie przybory: tamborek, nici do wyszywania, płótno. I tak się zaczęło. Do tego stopnia, że na premierę wyszyłam wszystkim chusteczki z inicjałami. Potem tak pomyślałam, że przypomnę sobie, jak to się robi na szydełku. Teraz w Internecie nie ma problemu z nauką. Pierwsza lalka, jaką zrobiłam, powstała dlatego, że syn miał w szkole takie zadanie. Potem zrobiłam drugą, żeby pomóc komuś innemu. Została zlicytowana na aukcji. Trzecia, bo drugi syn stwierdził, że też chce. W sumie powstało już pięć czy sześć. Kolejnym etapem była chęć posiadania pięknych serwet na stół. Pierwsza zajęła mi pół roku, ale druga tylko miesiąc. Szydełkowanie mnie uspokaja, bo ja jestem w życiu choleryczką. Dłubię sobie powoli i oglądam jakiś film, a obok syn robi lekcje. A jeszcze produktem ubocznym jest to, że mam serwetę. Teraz dużo ludzi robi różne rzeczy: piecze chleb, szyje, a nawet – jak mój kolega aktor – robi noże. Nie zarabiam na tych swoich robótkach, ale czasem dzięki nim pomagam, bo można je sprzedać na aukcji. Urządziłam np. sprzedaż czapek dla chorego syna mojej przyjaciółki. Zrobiłam warsztaty w szkole syna dla mam i dzieci. Kilka osób zaraziłam. Ponoć mam dar do tłumaczenia i uczenia. Nie robię tego zawodowo, ale jak ktoś mnie poprosi, to z przyjemnością pomagam też w przygotowaniu dzieci np. na studia.

Nigdy nie prosiłam gwiazdora o nic, ale jakiś czas temu poprosiłam o maszynę do szycia. Myślę, że za chwilę zacznę szyć.

Czyli ani chwili odpoczynku.

Mąż mnie kiedyś zapytał, kiedy przejdę na emeryturę. Odpowiedziałam, że nigdy nie przejdę, bo zamierzam pracować do końca. Mam nadzieję, że cały czas będą dla mnie role.