Historie spisane w całość

7 maja 2020

„Olusiowi ze słonecznym gorącym pozdrowieniem” – tak książkę „Afryka Kazika” podpisał dla mojego siostrzeńca prawie 10 lat temu, kiedy się poznaliśmy. Oczarowana twórczością i wystąpieniem autora, zakupiłam wtedy książkę dla niespełna rocznego dziecka. Dzisiaj jest jego lekturą w szkole i czyta ją z zapartym tchem kolejny już raz. Łukasz Wierzbicki – podróżnik, pisze dla dzieci i dorosłych. W myśl życiowej dewizy „zawsze gdy ruszysz przed siebie, spotka cię coś ciekawego”, nie przestaje zachwycać i zaskakiwać kolejnymi publikacjami.

 

ROZMAWIA: Dominika Job
ZDJĘCIA: Tomasz Siuda, Krzysztof Błażyca

 

Miałam przyjemność być na Twojej prelekcji zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Każda grupa była dosłownie oczarowana. Myślisz, że dzieci fascynuje bardziej prawdziwość tych historii czy forma, w jakiej im je prezentujesz?

Dzieci to bardzo autentyczna, szczera, a przez to trudniejsza publiczność. Dziecko nie wysłucha mnie, jeśli nie usłyszy interesującej historii, jeśli opowieść pozbawiona będzie emocji, jeśli nie zaangażuję się w stu procentach. To podstawa. Prawdziwość na pewno jest dodatkowym atutem. Zdecydowana większość opowieści, z którymi stykają się obecnie dzieci, w telewizji, kinie, książkach, komiksach, czy grach komputerowych, to fikcja. Na tle wszystkich tych zmyślonych i nierealnych historii, prawda staje się czymś wyjątkowym, atrakcyjnym. Ma na dodatek ten walor, że skoro bohaterowi coś się przydarzyło naprawdę, to może się przydarzyć i nam.

Skąd czerpiesz inspirację do pracy nad książkami? Natrafiasz na te niesamowite historie czy one same Cię znajdują?

Zazwyczaj zaczyna się od tego, że coś słyszę lub widzę i czuję wewnętrzny impuls, jakby głos gdzieś w głowie „ruszaj przed siebie, nie zwlekaj”. Potrafię już ten sygnał rozpoznać. Gdy się  pojawia, wiem że muszę brać się do pracy i nic nie jest w stanie mnie odwieść od tego przekonania. Czasem to jest jedno zdjęcie, jedno zdanie, jeden krótki epizod i już wiem, że stoję u progu nowej wyprawy.

Kazimierz Nowak był podróżnikiem i korespondentem, który samotnie przemierzył Afrykę m.in. rowerem, konno i na wielbłądzie. Kim dla Ciebie jest ta postać? Skąd fascynacja jego osobą?

Kazimierz Nowak jest w moim życiu odkąd pamiętam. Myślę, że mógłbym go określić jako przyjaciela z dzieciństwa, bo jako kilkuletni chłopiec słuchałem opowieści mojego Dziadka o jego przygodach. I to Dziadek zainspirował mnie do poszukiwań zapomnianych listów z tej jego wielkiej wyprawy do Afryki. Lektura tych reportaży stała się dla mnie początkiem wielkiej fascynacji nie tylko samym Kazimierzem Nowakiem, ale ogólniej Afryką i historycznymi podróżami po świecie. Sprawiła ponadto, że zostałem autorem książek dla dzieci, choć nigdy wcześniej tego nie planowałem.

Zebrałeś i opracowałeś reportaże Kazimierza Nowaka. Sam Ryszard Kapuściński uznał „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” za klasykę polskiego reportażu.

Pierwsze wydanie z 2000 roku miało 150 stron. Po odsłonięciu tablicy pamiątkowej poświęconej Kazimierzowi Nowakowi na Dworcu Głównym w Poznaniu, dotarliśmy do nieznanych archiwów, dlatego ponownie zabrałem się za tę książkę. Wydanie uzupełnione ma 400 stron.

Założyłeś też Fundację im. Kazimierza Nowaka, stworzyłeś Pogotowie Kazikowe. Na czym polega ta działalność?

Gdy ukazała się „Afryka Kazika”, moja pierwsza książka dla dzieci, bardzo szybko zrozumiałem, że to dopiero pierwszy krok ku spopularyzowania tej historii i że muszę zrobić kolejne. Spakowałem walizę i ruszyłem z moją opowieścią w trasę, by zawieźć przygodę do szkół, do bibliotek, do przedszkoli. Przez ostatnie dwanaście lat odbyłem tysiące takich spotkań. Dzięki temu moje historie żyją, krążą w przyrodzie, ja sam zaś dostaję od Czytelników kolejne zastrzyki pozytywnej energii. Jestem też przekonany, że popularność moich książek jest po części efektem wszystkich tych wyjazdów i wizyt w tak wielu miejscach w całej Polsce.

„O Maryś! – jak ja bardzo pragnę już raz napisać książkę – taką grubą – ciekawą – a jeden

 

z pierwszych egzemplarzy właśnie ręcznie dedykować „Ukochanej mojej Marysieńce”. Ale to marzenie tylko…”. Gdy to pisał, nie przyszło mu do głowy, że 70 lat po jego śmierci ta książka powstanie, a on sam stanie się sławny. Jak się czujesz ze świadomością, że spełniłeś jego marzenie?

Myślę sobie po cichu: „mam nadzieję, że zrobiłem to najlepiej, jak było można”. Czuję czasem się jak posłaniec, który otrzymał klucze od osób, które odeszły, i teraz biegnie, by przekazać je kolejnemu pokoleniu. Ludzie, którzy w historii zrobili coś fajnego, wyjątkowego, szalonego, dobrego… bardzo mnie inspirują. I tu zaczyna się moja rola, ciężka praca, by przekuć tę inspirację na uśmiech dzieci, na ich marzenia, zapał do pracy, wiarę w siebie, radość czytania.

Opisujesz nie tylko historie niesłychanych podróży, jak np. motorową przeprawę „Machiną przez Chiny”, ale także prezentujesz wspaniałych ludzi, których dokonali niemożliwego. Również zwierzęta, o których piszesz są niezwykłe, jak niedźwiedź Wojtek, który służył w armii gen. Andersa.

Tak, to co mnie do nich przyciąga to odpowiednia dawka niesamowitości, wyjątkowości w skali światowej. Niektórzy autorzy opisują historie, które się nie wydarzyły, ale które mogłyby się wydarzyć. U mnie jest odwrotnie. Opisuję historie, które się wydarzyły, choć w zasadzie nie miały prawa się wydarzyć.

Która z Twoich publikacji jest Twoją ulubioną?

Często słyszę to pytanie i zawsze staram się unikać odpowiedzi. Traktuję swoje książki jak dzieci. Wszystkie darzę tak samo wielkim uczuciem. Naprawdę tak jest. Każda z tych historii w taki czy inny sposób skradła mi po prostu serce. Inaczej nie brałbym się za pisanie.

Może w jakiś sposób wyróżniłbym „Drzewo. Mity słowiańskie i inne opowieści”. To książka, z której jestem najbardziej dumny. Tak, jeśli chodzi o język i to, co udało mi się w tej książce opowiedzieć, jak i o całą koncepcję graficzną, której jestem autorem.

Sam jesteś podróżnikiem. Czy możemy spodziewać się książki opisującej Twoje przygody?

Nie sądzę, by wrażenia z moich podróży mogły konkurować z przygodami bohaterów takich jak Kazimierz Nowak, Halina Korolec-Bujakowska, czy Olek Doba. Tym nie mniej czasem przemycam własne wrażenia, refleksje, spostrzeżenia do moich książek. Samo motto „zawsze gdy ruszysz przed siebie, spotka cię coś ciekawego” to słowa, które usłyszałem od mojego przyjaciela w górach Chimanimani w Zimbabwe, podczas pierwszej podróży do Afryki.

Twoje książki zachęcają do zdobywania wiedzy, odkrywania świata, podróżowania. Jaki przekaz chcesz dawać swoją twórczością?

Każdy z bohaterów, każdy z tematów to dla mnie pretekst do przekazania młodym czegoś, czego sam nauczyłem się na swojej drodze. Staram się czynić to nienachlanie. Najlepiej tak, by Czytelnik tego nie zauważył. Mówiłem wcześniej o tych kluczach. Każda z moich opowieści niesie z sobą zbiór prostych sprawdzonych prawd. O szacunku dla ludzi z innych, obcych kultur, o podejmowaniu wyzwań, o naszym bliskim związku z przyrodą. Niektórzy odnajdują w moich książkach pozytywną i radosną nutę patriotyzmu. Oczywiście, że ona tam jest. Wszyscy moi bohaterowie nieśli przez świat białoczerwoną.

Jesteś ambasadorem Fundacji „ABCXXI Cała Polska czyta dzieciom”. Uważasz, że w dzisiejszych czasach ludzi trzeba zachęcać do czytania?

Trzeba. Oczywiście, że trzeba. Ale mądrze. Chodzi o to, by książka, którą młodemu Czytelnikowi proponujemy była dostosowana treścią do wieku, nie nazbyt infantylna, nie nazbyt trudna. Czasem w dobrej wierze zachęcamy młodzież do czytania tego, co nam się podobało, gdy byliśmy w ich wieku, a to nie zawsze działa. Tematyka też ma znaczenie. Na przykład mój syn, zapalony piłkarz, polubił czytanie dzięki książkom o futbolu. 

Zakończę pytaniem od mojego siostrzeńca: jak długo pisze się książkę i czy warto poświęcać temu tyle czasu?

Rok, czasem dłużej. Bywa, że nawet trzy lata. W moim przypadku to ciężka i mozolna praca. Skreślam, poprawiam, szukam pomysłów. Cały ten trud sprawia mi mnóstwo frajdy, więc oczywiście warto. Nic nie jest idealne od razu. Tak jest ze wszystkim i jestem pewien, że siostrzeniec też się o tym pewnego dnia przekona. Taki na przykład Kazik. Gdyby ruszył przez Afrykę na skróty, albo gdyby wsiadł w samolot i po prostu przeleciał na drugą stronę kontynentu, byłoby szybciej i łatwiej. Ale czy wtedy przeżyłby wszystkie swoje przygody?