Kobieta dyrygent

31 lipca 2019

Orkiestra Reprezentacyjna Sił Powietrznych w Poznaniu ma już 71 lat. Uświetnia mnóstwo wydarzeń nie tylko w Wielkopolsce, ale w całym kraju. Dotąd orkiestrą nie dowodziły kobiety. Ppor. Joanna Krause od 2018 roku przeciera im szlaki. Dyrygenturę ukończyła w bydgoskiej Akademii Muzycznej, a później trafiła na kurs oficerski we Wrocławiu. W historii ORSP w Poznaniu zapisze się jako pierwsza kobieta na stanowisku Zastępcy Dowódcy – Kapelmistrza.

 

ROZMAWIA: Ania Jasińska

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Jesteś dyrygentem i wokalistką z wykształcenia, jak więc trafiłaś do wojska?

Joanna Krause: To prawda, przede wszystkim jestem dyrygentem i wokalistką. Jak to się stało? To jest dobre pytanie (śmiech). Gdy się głębiej nad tym zastanowię, to stwierdzam, że chciałam sprawdzić siebie w zupełnie innym środowisku i sytuacji życiowej. W pewnym momencie, gdy byłam jeszcze na studiach, zaczynałam już o tym myśleć, ale w tym, że chcę iść na kurs oficerski, utwierdziłam się podczas moich praktyk w orkiestrze wojskowej. Zobaczyłam wszystko od kuchni i bardzo mnie to zaciekawiło i zainspirowało, by się dowiedzieć, czy jest jakakolwiek możliwość, aby zostać dyrygentem takiej orkiestry. Okazało się, że w szkole oficerskiej było jedno miejsce dla takiej osoby. Rozpoczęłam starania.

Predyspozycje miałaś chyba od początku, bo dyrygent to też dowódca.

Dowódca albo i przywódca. Predyspozycje były, ale trzeba sobie zdać sprawę, że bycie oficerem, szczególnie w orkiestrze, to nie jest tylko bycie dyrygentem, ale także – jak słusznie zauważyłaś – to też dowodzenie. Musiałam najpierw rozpoznać tę drogę i sama stwierdzić, czy na pewno dam sobie radę z tym wszystkim.

Artysta w wojsku. Mogłoby się zdawać, że to dwa różne bieguny, tymczasem Tobie udało się połączyć hobby.

Teraz też tak myślę. Gdy starałam się o miejsce w szkole oficerskiej, miałam inne zajęcie. Pracowałam w szkole jako nauczyciel muzyki i prowadziłam jeszcze dwa chóry dziecięce. W zasadzie czułam, że moja przygoda ze szkołą już się kończy i pomyślałam, że czas najwyższy, żeby spróbować czegoś nowego. Wciąż najbardziej chciałam sprawdzić, czy dam radę być żołnierzem.

Co w trakcie tej drogi było dla Ciebie najtrudniejsze?

Wydaje mi się, że najtrudniejsze było podjęcie decyzji: iść w nowym kierunku, czy jednak pozostać na starym gruncie. Na pewno to było początkowo wyjście ze strefy komfortu. Bardzo długo nie dzieliłam się tą informacją z nikim z moich bliskich. Wszystko skrzętnie utrzymywałam w tajemnicy. Uznałam, że zacznę działać po prostu dla siebie. Oprócz egzaminu ze sprawności fizycznej, musiałam zdać jeszcze egzamin z języka angielskiego i przygotować się także do egzaminu z dyrygowania. Muszę przyznać, że ta droga była dość kręta. Nigdy nie miałam problemu z wf-em, ale nagle trzeba było wyrobić kondycję w krótkim czasie. Na szczęście wszystko się powiodło.

To wszystko doprowadziło Cię do dyrygowania w Orkiestrze Reprezentacyjnej Sił Powietrznych w Poznaniu. Myślę, że większość ludzi nie wie, jak wygląda codzienność dyrygenta-dowódcy w jednostce wojskowej.

Często ludzie nas pytają, jak to jest. Naszym głównym zadaniem jest funkcja reprezentacyjna, czyli uświetnianie uroczystości. Wykonujemy jednak także wszystkie zadania i czynności, które wykonuje każda inna jednostka, tzn. uczestniczymy w różnego rodzaju szkoleniach, prowadzimy dokumentację związaną z działalnością jednostki. To wszystko też spoczywa na naszych barkach.

Mimo, że skończyłaś studia dyrygentury na Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, to jednak musiałaś przyzwyczaić się do zmiany repertuaru. Wcześniej prowadziłaś chóry, sama też jesteś wokalistką. Czy tutaj, w orkiestrze, jest miejsce na śpiew?

Repertuarem orkiestrowym interesowałam się od dawna. Myślę, że bardziej musiałam popracować nad techniką dyrygencką – inaczej prowadzi się chór, orkiestrę symfoniczną czy orkiestrę dętą. Sama specyfika pracy jest bardzo podobna. Niezależnie od medium wykonawczego, dyrygent powinien zawsze przekazać swój zamysł, czego od zespołu oczekuje i w jaki sposób chciałby kształtować przebieg kompozycji. Prowadzę też żeński chór Medici Cantares w Bydgoszczy. Śpiewam i uczę ich tego. Tutaj, w orkiestrze, też czasem śpiewam partie zawarte w poszczególnych głosach instrumentalnych, aby lepiej przekazać swoje oczekiwania, co jest dla mnie ważne i jak bym chciała wykonać daną frazę. Myślę jednak, że z orkiestrą i muzykami zawodowymi (bo trzeba podkreślić, że w ORSP grają zawodowcy najwyższej klasy) zachodzi interakcja. Pewnie, że jak każdy dyrygent, staram się budować własną wizję artystyczną – każdy muzyk ma swój instrument, a z kolei instrumentem dyrygenta jest orkiestra. Jednak podczas prób nie pozostaję obojętna na sugestie muzyków, jeśli są zgodne z moim poczuciem estetycznym. Pamiętam jednak, że ostatecznie to dyrygent odpowiada przed odbiorcą za całokształt dzieła artystycznego. Zwracając się do zawodowego zespołu, często używam określeń właściwych innym zmysłom niż słuch, mówiąc – dla przykładu – wykonajmy to miękko czy słodko. Reakcja zespołu jest często zadziwiająco zgodna z moimi oczekiwaniami.

To znaczy, że z zespołem, z orkiestrą, musieliście się jedynie dotrzeć. Nie trzeba było ich uczyć, tylko trzeba było się wzajemnie zrozumieć?

Myślę, że tak. Musieliśmy się przede wszystkim poznać i zrozumieć. Choć ogólne zasady dyrygowania są muzykom znane, każdy dyrygent ma inną wrażliwość, temperament. Orkiestra musi nauczyć się, w jaki sposób reagować na poszczególne gesty. Oczywiście, podczas prób przerywam grę i tłumaczę werbalnie, co chcę osiągnąć, natomiast na koncertach dialog między orkiestrą a dyrygentem odbywa się za pomocą gestów, mimiki i nieuchwytnej energii, która powinna się wytwarzać między członkami zespołu. Każdy koncert jest inny i nie da się go przeżyć dwa razy tak samo.

Kobiet dyrygentów wciąż jeszcze jest jak na lekarstwo. Jak zareagowała orkiestra na wieść, że zostaniesz zastępcą mjr Pawła Joksa?

O to chyba trzeba zapytać samą orkiestrę (śmiech). Moje pierwsze spotkanie z zespołem miało miejsce jeszcze podczas praktyk. Wtedy nie było między nami zależności służbowych. Orkiestra miło mnie przyjęła, czułam pozytywne nastawienie i chęć współdziałania z drugiej strony pulpitów. To było dobre spotkanie i dobre pierwsze wrażenie.

Wychodzenie na scenę i dyrygowanie ludźmi wywołuje jeszcze w Tobie stres czy raczej to już chleb powszedni?

To zależy, jak na to spojrzymy. Prowadząc swój chór, który jest chórem amatorskim, mam pewien komfort, jestem dla zespołu muzycznym autorytetem. Mamy już jako zespół pewne sukcesy potwierdzające właściwy kierunek naszych muzycznych dążeń. W przypadku orkiestry mam jednak do czynienia z zawodowymi muzykami, z których wielu ma ogromne doświadczenie. Jak mawia moja Pani Profesor – „każdy młody dyrygent jest skazany na niepowodzenie i trudności przez pierwsze 15 lat pracy z zawodowym zespołem”. Ja, jako dyrygent orkiestrowy, mam pewien zakres wiedzy, ale na pewno muszę się jeszcze wiele nauczyć i nabrać doświadczenia. Stresuję się bardziej samymi występami i żartuję mówiąc dowódcy, że wolę stać tyłem do publiczności a przodem do orkiestry, bo mam wtedy większy komfort. Gdy stoję przodem do publiczności, mam wrażenie, że skupiam spojrzenia na sobie. Myślę, że mój dowódca ma o wiele bogatsze doświadczenie i jest bardzo świadomą, pewną siebie osobą. Tego chcę się od Niego nauczyć. Jeśli jednak chodzi o stres podczas prób, to jest on co raz mniejszy.

Jak godzisz wszystkie swoje zajęcia? Poznańska orkiestra pochłania sporo Twojego czasu, ale prowadzisz jeszcze chór i to w Bydgoszczy.

Myślę, że życie muzyka to życie wędrowca. Muzycy często, oprócz pracy, mają dodatkowe pasje do spełniania. Moją niewątpliwie jest chór, który prowadzę od 2014 roku. Gdy poszłam na kurs oficerski i miałam chwilę zawahania i kryzysu, stwierdziłam, że na odległość nie da się tego prowadzić. Jednak w tych gorących momentach dla mnie, chór był lekarstwem. Od kiedy mieszkam w Poznaniu, który jest bliżej Bydgoszczy niż Wrocław, to kilometry nie są dla mnie dużą przeszkodą, żeby prowadzić chór. Wiadomo, praca jest dla mnie najważniejsza, to w końcu służba. Staram się wszystko tak łączyć i organizować życie chóru oraz koncerty, żeby współgrało. Im człowiek ma więcej rzeczy na głowie, tym bardziej jest zorganizowany.

Miałaś przeczucie, że zakotwiczysz się w Poznaniu?

Nie. Przyznam szczerze, że będąc na kursie we Wrocławiu, nie wiedziałam dokąd trafię. Gdy okazało się, że trafię do Poznania, bardzo się ucieszyłam, bo jednak nie jest to daleko od Bydgoszczy, czy od mojego rodzinnego miasta, Torunia. Po drugie, Poznań jest bardzo ładnym miastem. Wiem, że jest to tylko jeden z etapów mojej służby – aby przejść przez kolejne stanowiska, będę musiała zmieniać garnizony – mam jednak nadzieję, że kiedyś jeszcze uda mi się tutaj wrócić.

Tego Ci w takim razie życzę!