Logistyka to przygoda

4 listopada 2019

Emil Lisowski w przyszłym roku skończy 40 lat. Firma Marathon International, której jest właścicielem, to lider w branży transportowej. Budował ją 15 lat. Zaczynał od jednego samochodu, którym zjeździł większość Europy załatwiając kontrakty i klientów, którzy są z nim do dziś. Były wzloty i upadki, a nawet wizja bankructwa w trakcie ostatniego kryzysu finansowego w 2007 roku.  Ryzykował wszystko, ale też wygrał wszystko. – Gdybym wtedy przegrał udzielałbym wywiadu do magazynu „Bieda po poznańsku”, a nie „Sukces po poznańsku” – śmieje się prezes jednej z najbardziej rozpoznawalnych marek transportowych w Europie. Ma swoje ciężarówki, swoją bazę w Kostrzynie pod Poznaniem, swoją stację benzynową, serwis a nawet jedynego w swoim rodzaju i największego w Europie food trucka, który ma… 19 metrów długości. To jednak nie koniec, bo Emil Lisowski inwestuje dalej, rozwijając swój ogromny biznes, w którym nigdy nie zapomina o ludziach.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Marathon, Sławomir Brandt

 

– Poprosimy trzy burgery – Emil Lisowski uśmiecha się do sympatycznych chłopaków w food trucku. Pojazd waży 24 tony, ma 510 koni mechanicznych i w pełni profesjonalnie wyposażoną kuchnię. Przyczepa restauracyjna, oprócz wygodnego miejsca dla 25 gości, zawiera świetne zaplecze na eventy. – To efekt naszej dwuletniej pracy. Podoba się? – prezes firmy Marathon spogląda w naszą stronę.

Nigdy czegoś takiego nie widziałam…

Emil Lisowski: Zależało mi na tym, żeby nasi kierowcy czuli się u nas komfortowo i mieli gdzie dobrze zjeść. Planowaliśmy mieć stołówkę w biurowcu, ale kierowcy nie okazywali entuzjazmu w związku z tym pomysłem. Kiedy byłem na mistrzostwach świata w skokach spadochronowych w Kanadzie poszliśmy z drużyną coś zjeść. Siedziałem przed food truckiem i wtedy mnie olśniło (śmiech). Tamten food truck był dużo mniejszy. Początkowo myślałem o autobusie, ale stwierdziłem, że będą problemy z kierowcą, więc doszedłem do wniosku, że musi to być ciężarówka. Zacząłem eksperymentować z zestawem dzielonym. Tutaj problemem było przechodzenie między jedną a drugą częścią, na problemy napotykaliśmy na każdym kroku: kłopoty z instalacją elektryczną, instalacją ogrzewania, system POS. Zaprojektowaliśmy całość, ściągaliśmy części z całej Polski. Żadna z firm nie chciała się podjąć tego projektu. Dwa lata później okazało się, że warto było. To co widzicie to jedyny taki food truck w Europie. Jeździmy nim na duże imprezy, ostatnio byliśmy na Męskim Graniu, będziemy obsługiwać poznański finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pojawimy się na poznańskich Targach Piwnych. Dużo jeździmy po Polsce i Europie.

Pan zawsze chciał być kierowcą ciężarówki, prawda?

Tak, to prawda. Wywodzę się z małej miejscowości i ciężarówka zawsze kojarzyła mi się z podróżą. Mieszkaliśmy w Świdniku. Rodzice pracowali w WSK Świdnik czyli w kombinacie, w którym składano helikoptery. Byliśmy bardzo biedną rodziną. Później przeprowadziliśmy się do Zielonej Góry a ja do dziś pamiętam moment naszej przeprowadzki. Zapakowaliśmy się w 13-metrową naczepę. W tamtych czasach to było coś. Móc się przejechać takim kolosem.

Skąd mieliście tą naczepę?

Należała do znajomego mojego taty, który importował używane ubrania do Świdnika. Zarabiał na tym kosmiczne pieniądze. Ciuchy sprzedawał w halach, do których przychodziło mnóstwo ludzi. Do tej pory pamiętam jak podjechaliśmy pod blok tą naczepą. To był ten moment, kiedy zdecydowałem, że będę kierowcą ciężarówki.

I zrobił Pan prawo jazdy na ciężarówkę?

Najpierw pracowałem jako kelner w Zielonej Górze. Koledzy mnie nie lubili. Jako jedyny mówiłem w języku angielskim i niemieckim i dzięki temu dostawałem najwyższe napiwki, które przekraczały moje dziennie wynagrodzenie. Niestety nie chciałem się nimi dzielić, więc musiałem zrezygnować. I zaczęła we mnie wzrastać frustracja, bo znając języki obce, potrafiąc obsługiwać komputer, nie mogłem znaleźć pracy. Poszedłem do urzędu pracy, do mojego doradcy zawodowego. Byłem niemiły podczas tej rozmowy. I wtedy ta Pani powiedziała, że jest taka firma – Rosner, która szuka pracowników. Poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną i tego samego dnia dostałem pracę. Pamiętam, to był czwartek, 7 grudnia 1999 roku. Dyrektor tej firmy kazał mi się stawić w Niemczech we wtorek. I tak zaczęła się moja przygoda z transportem. Niestety początki mojej edukacji nie były łatwe. W centrali firmy w Oelde trafiłem na przełożonego, który wymagał ode mnie głównie parzenia kawy i bycia jego sekretarką, na co się nie zgodziłem, co oczywiście doprowadziło do konfliktu. Dlatego udało mi się uwolnić z tego stanowiska i pracować ze ścisłym kierownictwem. Niemcy zainwestowali w moją edukację majątek. Nauczyłem się niemieckiego stylu zarządzania, podczas gdy w tym czasie w Polsce szalał dziki kapitalizm. Niemcy nauczyli mnie konkurować jakością, nie ceną. Od tego czasu bardzo mocno się tej zasady trzymam. I to się opłaciło. Wróciłem do Polski, żeby tutaj zarządzać ciężarówkami i szkolić moich kolegów z Polski. Pewnego dnia moi przełożeni stwierdzili, że jestem zbyt ambitny i podziękowali mi za współpracę. Musiałem spakować się w pięć minut. Ta decyzja mnie zaskoczyła, bo zarabiałem dla firmy ogromne pieniądze. Kiedy klienci dowiedzieli się, że mnie zwolniono dzwonili i deklarowali, że dalej będą ze mną współpracować bez względu na to gdzie będę. To był 2001 rok. Potem pracowałem w jednej z poznańskich firm aż doszedłem do wniosku, że czas iść na swoje. We wrześniu 2003 roku znalazłem biuro, przy ulicy Kraszewskiego 12. Oszczędności miałem na dwa biurka i dwa komputery. I tak powstała moja firma. Rok później wziąłem w leasing dwie pierwsze ciężarówki.

Był Pan kierowcą?

Oczywiście, jeździłem po całej Europie. Woziliśmy dużo mebli tapicerowanych do Wielkiej Brytanii. Poznałem Tomka Olszewskiego, naszego generała, który do dziś ze mną pracuje. Najpierw jeździłem z nim, potem pojawili się kolejni kierowcy. W 2005 roku mieliśmy bardzo dużo pracy operacyjnej w biurze i aż siedem samochodów. Podjąłem decyzję, że zostaję w biurze, a za kierownicą musi mnie ktoś zastąpić. Tak zacząłem rozwijać Marathon. W tamtych czasach transport wyglądał różnie. To były zwariowane czasy. Kiedy konkurencja nie dojeżdżała na czas i tłumaczyła, że złapali gumę albo były korki, ja mocno powiększałem flotę.

Kłamali?

No pewnie. Ja nauczyłem moją załogę, że kłamstwo prędzej czy później wyjdzie na jaw, poza tym podważa to naszą wiarygodność.  Zrozumieli to i z dumą mogę powiedzieć, że nasi pracownicy nie wprowadzają klientów w błąd. Docenili to także nasi klienci, z których większość pracuje z nami od wielu lat.

Pan załatwiał kontrakty?

Wszyscy najwięksi klienci zostali zdobyci przeze mnie i to ja się nimi opiekuję. Jak sama Pani wie nie da się robić wszystkiego na raz, więc mam kilku handlowców, którzy pozyskują klientów i dalej ich prowadzą. Ludzie w każdym kraju mają inne podejście do biznesu. I jeśli nie jest się elastycznym i nie ma pewnego uroku osobistego to zostaje się na końcu kolejki.

Pan to ma?

Jestem skromny. Jak zauważyliście nie ma moich podobizn na ciężarówkach (śmiech). Tak serio to uwielbiam adrenalinę i nie umiem usiedzieć w miejscu. Nie wierzę w sześć żyć. Jest tu i teraz – doceniajmy to. Jestem uzależniony od adrenaliny. Kocham skoki ze spadochronem, nurkowania techniczne, ekstremalne przygody. Odpoczywam i relaksuje się poprzez taniec. Moim ulubionym miejscem jest Ibiza. I nawet zabrałem tam swoich pracowników, żeby pokazać im trochę mojego świata. Nie przetańczyli mnie (śmiech).

Co na to żona?

Mam najwspanialszą żonę na świecie. Bez bliskich i ich wsparcia nie da się odnosić sukcesów. A najlepiej nie mieszać rodziny w życie firmy, bo to rodzi konflikty i nieporozumienia. Nigdy nie idę po trupach do celu. Pieniądze nie są najważniejsze. Ludzie, którzy skupiają się tylko na zarabianiu, trafiają w ślepą uliczkę. Ważne są relacje. Uczucia. Uczciwość.

Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają…

Minusem szybkiego awansowania i rozwoju jest utrata znajomych, przyjaciół. Kiedyś myślałem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, potem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się kiedy człowiek dorobi się pieniędzy. To wszystko nieprawda. Kiedy masz więcej pieniędzy i chcesz jechać na Malediwy to twoich znajomych nie musi być na to stać. I tak kontakt powoli się osłabia. To nie jest niczyja wina. Po prostu zmieniają się priorytety. Mam przyjaciela, z którym wyjeżdżamy na Mazury. Bardzo sobie to cenię.

Sukces sukcesem, ale był moment w Pana życiu, kiedy ledwo utrzymał Pan firmę.

Tak, to były lata 2007 – 2009. Posypała się gospodarka. Mieliśmy 14 samochodów i nagle Raiffeisen Bank wypowiedział nam debet w rachunku bieżącym. Pamiętam ten dzień doskonale. Jechałem samochodem i zadzwoniła księgowa. Mówi, że coś niedobrego się dzieje, bo wszystkie pieniądze, które wpływają na rachunek pokrywają kredyt. Brakowało pieniędzy na płatności i regulowanie zobowiązań. Faktycznie było ciężko. Zebraliśmy wszystkich kierowców i długo dyskutowaliśmy o tym czy zwalniamy, czy częściowo zrezygnują z wynagrodzeń. Wszyscy zostali. Ten kryzys trwał trzy lata. Potem, dogadałem się z innymi bankami i ruszyliśmy do przodu. W 2012 roku, kiedy pojawiały się oznaki ożywienia na rynku, zaryzykowałem i kupiłem 20 ciężarówek nie mając na to ani kierowców ani klientów. Poza tym dostałem leasing na bandyckich warunkach, procent sięgał 20 punktów.

Na co Pan liczył? Mógł Pan zbankrutować.

Liczyłem, że rynek ruszy i będzie tak ogromne zapotrzebowanie na nasze usługi, że sprzedam to za każde pieniądze. I to się sprawdziło. Dziś mamy 200 ciężarówek. Rok 2012 i ta decyzja spowodowała, że mocno się wybiliśmy i obecnie jesteśmy jedną z największych firm transportowych w Europie. Dużo firm ma ciężarówki, ale pracują na wynajętych parkingach, biurowcach. My mamy wszystko swoje. Nie jesteśmy od nikogo zależni. Swój serwis, swoja myjnia, magazyn, stacja benzynowa, za chwilę ruszamy z kolejną inwestycją budowy magazynu obsługującego e-commerce. I nam to wychodzi (śmiech). Jesteśmy firmą sukcesu. Wiele rzeczy robimy jako pierwsi. Tak było np. z wózkami widłowymi, które podwieszamy do samochodów i jeżdżą z nami po całej Europie, rozładowując towary naszych klientów na placach budów.

Czy trudno prowadzi się firmę transportową?

Patrzymy z niepokojem w przyszłość. Ale nie załamujemy rąk. Coraz trudniej jest łatwo żyć. Ilość kontroli, doszukiwania się błędów w prowadzeniu działalności gospodarczej, jest zatrważająca. W ubiegłym roku mieliśmy więcej kontroli niż łącznie przez ostatnich 15 lat. Nie wspomnę o ogromnych podatkach, ciągle rosnących opłatach. Piętnaście lat temu, kiedy zaczynałem, mówiłem, że jest ciężko, dziś też jest ciężko, ale wtedy było jakoś łatwiej. W ubiegłym roku aresztowano nam ciężarówkę, bo włoskiemu policjantowi nie spodobał się jeden dokument, który miał kierowca. Powoływał się przy tym na ustawę z 1627 roku, która pozwalała mu aresztować pojazd na pół roku. Po trzech miesiącach udało nam się ją odzyskać, ale sprawa w sądzie trwa do dziś. Pamiętam taką sytuacje kiedy jeden z naszych kierowców wrócił z trasy z zerwaną górą kabiny i przyczepy. Pytamy: panie Włodzimierzu, co się stało? Odpowiedział: Deczko się nie zmieściłem.

Czego Pan się najbardziej boi?

Szkody osobowej, tego żeby nikomu nic się nie stało – zarówno kierowcy jak i innemu użytkownikowi drogi. Stawiamy na bezpieczeństwo. Nasze pojazdy wyposażone są w czujniki cofania, systemy zmiany pasa ruchu, systemy zapobiegające najechaniu na pojazd poprzedzający, każdy ma kamerę. Ale to i tak nie zwalnia kierowców z korzystania z wyobraźni, o której nigdy nie powinniśmy zapominać.

Pana sukcesem są ludzie?

Zdecydowanie. Część załogi pracuje ze mną od samego początku. Ludzie to klucz do sukcesu. A motywowanie ich to nie tylko pieniądze. To też szacunek i docenienie czyjejś pracy. Rzeczywistość zmienia się bardzo szybko i nie ma czasu na zatrzymanie się.

Dlatego zainwestował Pan w Klub Sportowy Koziołek?

Młodzież to nasza przyszłość. Proszę sobie wyobrazić prawie 300 chłopaków, którzy w koszulkach z naszym logotypem grają w piłkę nożną. Panuje przy tym niesamowita atmosfera. Organizujemy międzynarodowe turnieje. Mamy sporo osiągnięć i pasjonatów, którzy naprawdę chcą trenować.

I to może być kolejnych, prawie 300 kierowców Marathonu.

Bardzo bym chciał. Poza tym na jednej z naszych ciężarówek jest nadrukowane ich zdjęcie. Promujemy ich wszędzie, bo jesteśmy z nich dumni, podobnie jak z naszej firmy.