Lubię być Gwiazdorem

16 grudnia 2019

Cokolwiek o Nim napisać, to za mało, za poważnie, za śmiesznie, nie tak. To aktor–instytucja. Każdy Go zna, rozpoznaje po głosie. Traktują Go jak przyjaciela. Uwielbiają Go dzieci i dorośli. Lubi zaraz po Wigilii przebrać się w strój Gwiazdora. Ma kilka zaprzyjaźnionych domów, gdzie wręcza prezenty. O sobie mówi, że lubi być błaznem, ale bez charakteryzacji. To postać różnorodna. Kiedy prawdziwy klaun się śmieje, to płacze. Dokładnie tak jak ON. Aktor stuprocentowy. Michał Grudziński. 

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Niedawno sadził Pan drzewo w ogrodzie, który należał przed laty do Pana babci.

Michał Grudziński: W Lubochni pod Gnieznem, gdzie babka miała majątek, który zabrała komuna. W tym miejscu całe moje rodzeństwo (dwóch braci i trzy siostry), a także mama, posadzili drzewa. Bracia srebrne świerki na froncie, a mama w parczku świerk. Urósł potem bardzo. W latach siedemdziesiątych byłem tam z mamą – był ogromny. Kiedy mama umarła, świerk zaczął schnąć i trzeba było go wyciąć. A sadziłem z inicjatywy Andrzeja Niczyperowicza. Od kilku lat robią tam Dni Lubochni. Zostałem na nie zaproszony i taką przygotowali mi niespodziankę. Posadziłem lipę, literackie drzewo. Kiedy byłem tam z mamą, żyła jeszcze kucharka babki. Stanęły naprzeciwko siebie dwie staruszki, które na początku milczały i tylko na siebie patrzyły. Obu drżały usta i nagle, tak jak w książkach, kucharka zawołała: Panienka przyjechała! To mnie wtedy rozbawiło i rozczuliło.

Literackie drzewo, bo Pan pochodzi z literackiej rodziny.

No trochę tak, bo ojciec trochę napisał przed wojną, wydał kilka książek. Co prawda nie są to dzieła. Krysia Feldman mówiła, że czytała ojca książki pod ławką we Lwowie, bo tam takie momenty były. Mam nawet dwie książki, bo tyle się uratowało. Szukałem ojca w Bibliotece Uniwersyteckiej – znalazłem jedną książeczkę. Rogi były tak wyczytane, że wziąłem ją do introligatora i oddałem wzmocnioną. Słyszałem Jego wiersze, które ojciec mi recytował, bo w formie pisemnej się nie zachowały. Trochę przypominały wiersze twórców Młodej Polski. Ojciec pisał do końca życia, np. kiedy leżał w szpitalu – to dla pielęgniarek i lekarzy układał wierszyki i miał wtedy tzw. chody. To zresztą Go zgubiło. Mieliśmy taką Ślązaczkę Emilcię, bo całe dzieciństwo spędziłem w Katowicach, była dla mnie jak druga mama. Mówiła na mnie Michuń. Cudowna dziewczyna. Ale wracając do ojca. Kiedy zostawał sam, a miał chore serce, mówił ze skupieniem: angina pectoris. Patrzył, który szpital ma dyżur i jak był ten zaprzyjaźniony, to dzwonił, żeby Go zawieźli do niego. Miał wikt i opierunek. Któregoś razu jednak nie spodziewał się, że zmieniła się tam obsada. Nie bardzo Go fetowali i nie bardzo znali. Miał nadciśnienie, miał swoje lekarstwa, ale mu tam zabrali. Mówił mi potem ten pacjent, który z nim leżał, że ojciec prosił, żeby mu dali lek na nadciśnienie, bo czuje, że mu bardzo rośnie. Odpowiedź była jedna: co dziadek miał dostać, to dostał. I tak, po którymś razie, miał wylew i nie udało się Go uratować. Akurat grałem komedię w teatrze. W przerwie inspicjentka mi powiedziała, że tato właśnie zmarł. Byłem wtedy nad wyraz komediowy.

Ciężki jest los aktora.

Aktor nie gra tylko wtedy, kiedy umrze. Chociaż to się mienia, niestety. Teraz, jak ktoś ma katar to nie przychodzi i robi się zastępstwo. Ci starej daty aktorzy to grają w każdej sytuacji. Zachorowałem kiedyś na żółtaczkę, to czekałem dwa tygodnie do urlopu, żeby dograć i pójść do szpitala. Nigdy mi nie oddali tego urlopu. Zresztą nie prosiłem.

Czy ja powinnam do Pana mówić Panie Hrabio?

No tak mnie ostatnio przedstawiono przed jakimś występem. Niby tak, ale to bardzo biedny hrabia. Ojciec w komunie mówił, że ma pochodzenie rolnicze. Mama mówiła, że arystokratą się jest wewnątrz, a nie na zewnątrz. Nie ma się czym chwalić. To, że ktoś ma jakieś herby, rodowody, jakieś papiery, to nie gra roli. Mama Tomira też była herbowa. No i co z tego. Miała dwa fakultety. Jeden z nich skończyła na Sorbonie, a tutaj ekonomię. Miała po babci objąć prowadzenie domu mody na Palcu Wolności, w okolicach biura paszportowego. Stąd kończyła nie tylko ekonomię, ale też historię sztuki, kostiumologię. Znała perfekt trzy języki. Wyglądała zawsze jak dama, nienagannie ubrana. Zresztą niemiecki, a pochodziła z Poznania, była 1907 rocznik, bardzo Jej pomógł w czasie wojny. Kiedy np. była łapanka, Ona na drżących nogach podchodziła do hitlerowca i perfekcyjnie po niemiecku mówiła: panie oficerze, co tu się dzieje, proszę mnie natychmiast stąd wyprowadzić. I rzeczywiście Ją wyprowadzał w bezpieczne miejsce. Zawsze mi mówiła: ucz się synku języków. I specjalnie dla mamy nauczyłem się Marsylianki. Jak są Francuzi, to im śpiewam i uciekam. Zostawiam ich z tym wrażeniem, że świetnie znam ten język. Jak Niemcy, to mówię fragment z Nietzschego, dla Rosjan mówię wierszyk po rosyjsku. I w ten sposób znam bardzo dużo języków. Moi koledzy aktorzy jeżdżą po świecie, robią kariery także w filmach, a ja jestem 50 lat w Teatrze Nowym i mi to wystarcza. Tu mogę mówić po polsku.

Ale też nie ma co narzekać, bo zagrał Pan ponad 100 ról teatralnych z czego bardzo wiele przeszło do historii. Ponad 30 ról filmowych.

Ja się bardzo bałem filmu i przez wiele lat od niego uciekałem. Uciekałem od „Warszawki”. Grzegorzewski kusił mnie kilka razy, ale się nie zdecydowałem. A z filmami to było tak: zagrałem u Andrzeja Żuławskiego. Teraz zainteresował się mną trochę Xawery Żuławski. Zagrałem epizodzik w Jego „Mowie ptaków”. Jego mamą była Małgorzata Braunek, z którą byłem na pierwszym roku szkoły teatralnej. I tak naprawdę chyba dzięki Niej się mną zainteresował. Przyszedł na dyplomowe przedstawienie i bardzo chciał, żebym zagrał główną rolę. To były Jego początki. Jego opiekunem był Wajda i On się na mnie nie zgodził, tylko podsunął do tej roli Leszka Teleszyńskiego, który był taki duży i przystojny, a ja to raczej mizerota byłem. Taki pieprzony inteligencik. Zazdrościłem niektórym ich charakterystyczności. Ja byłem taki wymoczek na twarzy. Zawsze chciałem grać charakterystyczne role i do tej pory to lubię, np. w tragifarsach, w których mogę grać tak od góry do dołu. Dał mi rolę Ezechiela. Zrobiło to wrażenie, bo dostałem kolejne propozycje głównych ról, dwóch dużych, ale odmawiałem. Dlaczego? Żeby nie odkryli, że ja się jąkam. Do tej pory się zacinam. Przez lata nie wierzyłem w siebie i byłem schowany bardzo. Teraz już się tego nie wstydzę.

To jest u Pana naturalne.

Zakochałem się w Janie Świderskim, który był moim mistrzem. Po egzaminie wstępnym podszedł do mnie, objął mnie i powiedział: no co kochany, mamy taki felerek, co, ale ładnie potrafisz z tego wybrnąć. Na korzyść. Będę opiekunem twojego roku razem z profesor Tomaszewską.

Przestałem być jąkałą, a zyskałem felerek.

Dlaczego z tym felerkiem i wielka nieśmiałością zdecydował się Pan zostać aktorem? Rodzina nie protestowała, bo przecież był to zawód, który nie budził zaufania?

Babka na pewno, gdyby o tym wiedziała, to by się w grobie przewróciła. Kiedyś aktor, kelner i dziwka traktowani byli na równi. A aktorem zostałem, bo bardzo mi się to podobało. Już jako dziecko miałem swój teatrzyk pod stołem. Była kurtyna, ja wymyślałem teksty, a rodzina słuchała. Pamiętam swój pierwszy występ publiczny. Chyba to było na Dzień Kobiet. Emilcia stała w kulisie. Ja tańczyłem jako grzybek i mówiłem wierszyk o Chińczyku, co ryż patyczkiem jadł. Wszystkie dzieci zeszły, a ja podszedłem do krawędzi sceny (w jakimś kinie, bo wysoko było), mama siedziała w pierwszym rzędzie i zawołałem do Niej: widzisz mama, wcale się nie bałem. Dostałem podobno ogromne brawa, jak wieść rodzinna niosła.

Aktor od dziecka?

Od początku bardzo chciałem być aktorem. Grałem różne postaci, wymyślałem sobie. Nie widziałem i nie widzę siebie gdzie indziej. Żadnej pracy się nie brzydzę. Lubię majsterkować. Mogę powiedzieć nawet, że znam się na różnych rzeczach, np. na naprawie elektryczności, jakieś meble czy prace wodociągowe. Wszystko to wiem. Byłem malarzem pokojowym, kiedy oblałem maturę. Potem poszedłem do pracy w magistracie. To był wydział spraw wewnętrznych. Poprosiłem mamę, żeby uszyła mi takie narękawki. Widziałem na filmach, że urzędnik takie ma. I bawiłem się w teatr. Stawiałem segregatory, a za nimi leżała książka, którą czytałem. Jak przychodził petent to ja wstawałem: serdecznie witam. Potem otwierałem mu drzwi, wypuszczałem. W końcu mnie wypieprzyli stamtąd. Najpierw mnie przenieśli do schronu atomowego, w którym mieściło się takie centrum łączności, gdzie codziennie o 12.00 musiałem sprawdzać radiofalówkę. Zawsze mówiłem: SOS, SOS, kto wzywa, kto wzywa, dupa, dupa. W końcu się zwolniłem, bo mnie uprzedzili, że mnie wyrzucą. Pracowałem też na kopalni i liczyłem wózki. Też mnie wyrzucili, bo robiłem sobie jaja. W końcu wzięli mnie do wojska, gdzie spędziłem dwa lata. Kiedy zdawałem do szkoły teatralnej, to nie miałem matury. Musiałem wszystko nadrabiać. Pojechałem do szkoły zapytać, czy mnie dopuszczą do egzaminu bez matury i usłyszałem, że jak uda mi się zdać egzamin, to w październiku muszę też mieć maturę. Cóż było robić, musiałem zdać dziewięć przedmiotów po tylu latach przerwy. Zdałem pierwszą turę, potem drugą w Lublinie, bo w wojsku byłem w Puławach i załatwili w kuratorium, żebym mógł zdawać maturę jak najbliżej. Na koniec zostały jeszcze trzy przedmioty. I wtedy cudowna mama wynajęła mieszkanie w Lublinie i miałem korepetycje z matematyki, chemii i fizyki. Wyrzucałem książki przez okno. Ona biegała i przynosiła je z powrotem. Gdyby nie Ona, to bym to olał. Mój kuzyn przyjeżdżał z Warszawy, żeby mi pomagać. I zdałem nawet na trzy czwórki.

Najlepszym żołnierzem Pan nie był…

Bardzo dużo siedziałem w areszcie, bo miałem samowolne oddalenia. Uciekałem do domu kultury na próby do teatru amatorskiego, który miał tam swoją sławę. Zastąpiłem nawet Mariana Opanię w roli Wysockiego w „Nocy listopadowej”. Założyłem tam teatr poezji i przygotowałem taki program pt. „Oświęcimskie wiersze”. Wojewódzki dom kultury uparł się, żeby ten nasz program wysłać do Koszalina na przegląd. Oczywiście musiałem mieć zgodę wojska, a ja przecież stary recydywista, który stale po ucieczkach w areszcie, to komitet partii wymógł na dowódcy, że musi mi dać urlop. Cała jednostka się śmiała, że dostałem urlop nagrodowy. Zdobyliśmy pierwsze miejsce.

Był Pan łobuzem i wywijasem?

Łobuzem nie. Raczej byłem schowany w sobie. Lubiłem chodzić samopas. Do tej pory nie lubię nad sobą władzy.

Trafił Pan w życiu na bardzo wielu znakomitych reżyserów, którzy Pana kształtowali.

Dziwnie mnie odkrywali. Najpierw myśleli, że jestem tylko komediowy. Nagle trzeba było wejść w jakieś przedstawienie w poważną rolę, np. w „Antygonie w Nowym Jorku”. Zastanawiano się, czy dam radę. A potem było zdziwienie i wielkie OOOOOOO.

Marzył Pan o jakiejś roli?

Mnie każda rola odpowiada. Lubię być na scenie, a Hamlet jest przereklamowany. Tam są ciekawsze role. Większą przyjemność sprawiały mi role charakterystyczne. Zawsze od dziecka grałem role starszych od siebie, bo wtedy wydawało mi się, że się nie jąkam. Nie marzę o żadnej specjalnej roli, ale jak Pani pyta, to chciałbym umrzeć na scenie, albo blisko sceny, albo osunąć się, trzymając się za kurtynę.

Lubi Pan Święta Bożego Narodzenia?

Nie bardzo. Właściwie kiedy wyszedłem z domu rodzinnego, to nie lubię Wigilii. Nie lubię karpia, nie lubię śledzi. Pamiętam dwie, dla mnie szczególnie ciężkie. Pierwsza z nich w wojsku, kiedy to wszyscy wyjechali, a ja nie dostałem urlopu, bo przecież recydywista siedzący stale w areszcie nie może pojechać do domu. I wtedy pojawił się jeden z moich dowódców, który zabrał mnie do siebie do domu, żebym z nimi mógł usiąść przy stole. A druga, to tuż przed odejściem mojej mamy. Zabrałem Ją ze szpitala. Byliśmy we dwoje. To był bardzo ciężki czas, kiedy odszedłem od żony. Pamiętam, jak mama siedziała w fotelu. Nie, nie przepadam za świętami. Lubię natomiast zaraz po Wigilii przebrać się w strój Gwiazdora i mam kilka zaprzyjaźnionych domów, gdzie wręczam prezenty. Staram się, zmieniać głos, żeby nikt mnie nie poznał, ale nie zawsze to się udaje. Bycie św. Mikołajem – to jest to, co lubię w Świętach Bożego Narodzenia.

 

Cieszyłbym się, gdyby ludziom było dobrze na świecie. Wszystkim życzę jak najlepiej. Żeby robili w życiu to, co kochają, mieli wokoło siebie dobrych i życzliwych ludzi. Żeby się nie kłócili.