Lubię być ubrana w biżuterię

9 maja 2019

Kiedy zaprojektowała pierwsze kolczyki, a potem wraz z mężem sprzedawała je na targach rękodzieła w Londynie i Norwegii, nie wiedziała, że firma YES będzie jedną z największych biżuteryjnych marek w Polsce. Dziś Maria Magdalena Kwiatkiewicz ma największą w kraju kolekcję biżuterii współczesnej i etnicznej. Wiele obiektów przywiozła z podróży, które są pasją Jej życia. Wracając z dalekich krajów, w sercu chowa cenne lekcje życia, zarażając swoją pasją nie tylko pracowników, ale i… wnuki. Jej oczkiem w głowie jest Galeria YES przy ulicy Paderewskiego, która słynie z wystaw i wyjątkowych wernisaży oraz pracownicy, którzy – podobnie jak Ona – codziennie ubierają się w biżuterię.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Firma YES, której jest Pani współwłaścicielką, od początku istnienia ma swoją siedzibę w Poznaniu, podczas gdy wiele firm jednak przenosi się do Warszawy. Dlaczego tu zostaliście?

Maria Magdalena Kwiatkiewicz: Umiejscowienie w Poznaniu daje nam taką odskocznię i prywatność. Najważniejszy element każdego biznesu to ludzie – pracownicy. A nie ma lepszych niż u nas, w regionie, bo są lojalni, uczciwi, szczerzy i mają zasady, wartości, na których opiera się nasza rodzinna firma.

W ogóle Wielkopolska jest kolebką firm rodzinnych.

Tak i niewiele osób o tym wie. Uwielbiam rozmawiać na ten temat z Kasią Gierczak-Grupińską, która opiekuje się firmami rodzinnymi. Model firmy rodzinnej jest mi bardzo bliski i chciałabym, żeby YES taki pozostał. My cały czas jesteśmy jedną wielką rodziną.

Pracownicy też? Przecież to obcy ludzie.

Podkreślam to na każdym kroku, że największą wartością firmy są pracownicy. Jeśli są oni zaangażowani w swoją pracę, to już jest pełen sukces. I nad tym my musimy pracować. Ostatnio czytałam zestawienie, że 35 procent menadżerów nie jest zaangażowanych w swoją pracę. To ogromna strata.

Z czego to wynika?

Myślę, że wynika to ze złej kultury organizacji. Żeby firma rosła w siłę, powinny być wprowadzane odpowiednie schematy działania, by razem tworzyć dobre rzeczy. Cały czas trzeba pracować nad zaangażowaniem i rozwijaniem pracowników. Musi być dobra komunikacja wewnętrzna, żeby ludzie ze sobą współpracowali. Nasz „design thinking” to nic innego jak współtworzenie, a do tego potrzebny jest dobry, zgrany zespół. My rozwijamy się trochę przez pączkowanie (śmiech).

Ale zaczynaliście od malutkiego warsztatu rzemieślniczego.

Tak naprawdę zaczynaliśmy od sprzedawania biżuterii za granicą. W czasach studenckich, zamiast jeździć na pola truskawkowe, wraz z mężem Michałem, wyjechaliśmy najpierw do Norwegii, potem do Londynu, żeby sprzedawać na marketach biżuterię, którą projektowałam.

Dlaczego tam?

W Polsce wtedy trudno było kupić cokolwiek, nawet najmniejsze elementy biżuterii. A tam nie dość, że wszystko było dostępne, to jeszcze można było to sprzedać za dobre pieniądze. Potem wróciliśmy do Poznania i w 1981 otworzyliśmy firmę, do której dołączył mój brat – Krzysztof Madelski. Później przekształciliśmy się w firmę rzemieślniczą i tak powoli szliśmy do przodu. Dziś staram się mieć już tylko dobry kontakt z pracownikami, bo wierzę, że jeśli zarazi się ich pasją do biżuterii, a ona jest przecież cudowna, i wolą współpracy, to ogromny sukces jest na wyciągnięcie ręki.

Pamięta Pani swój pierwszy wyrób?

To były kolczyki, które były najbardziej znane w Norwegii, powielone potem w bardzo wielu egzemplarzach.

Jak wyglądały?

Srebrna pałeczka na biglu zakończona plastikowym listkiem. Potem, już będąc zarejestrowaną firmą, opracowaliśmy technikę wytrawiania z metalu, która dawała możliwość tworzenia bardzo ozdobnych kolczyków. Stworzyliśmy pawie, które rozeszły się w tysiącach sztuk. W latach 80. w Polsce nie było nic. Po surowiec jeździliśmy do Warszawy. Na przełomie lat 80. i 90. polskie firmy wreszcie mogły przerabiać i handlować metalami szlachetnymi, czyli srebrem i złotem. Pamiętam, jak pojechałam wtedy do Niemiec, kupiłam górkę złotych przedmiotów i przywiozłam je do firmy. Był dzień przed Wigilią. Zważyłam wszystko w nocy, założyłam metki. Następnego dnia pojechałam do firmy, która była wtedy przy ulicy Frezjowej, a tam stała kolejka. Wszyscy chcieli kupić przedmioty, które przywiozłam. Proszę sobie wyobrazić, że to była Wigilia. Ludzie wykupili ode mnie wszystko i jeszcze tego dnia sprzedali to w swoich sklepach, w których też stały kolejki. Były takie momenty, kiedy klienci przyjeżdżali do firmy i chcieli kupić złoty łańcuszek, a ja mówiłam, że nie mam. Te kolejki już pewnie nigdy się nie powtórzą.

Projektując biżuterię, projektowała Pani dla siebie?

Na pewno tak. Rynek jednak szybko nasze pomysły weryfikuje i możemy sprawdzić, czym zainteresowani są klienci. Oczywiście nie oznacza to, że wszystko należy projektować pod gust klienta, bo my też jesteśmy od tego, żeby wyznaczać trendy. Kładziemy ogromny nacisk na dobry design i mamy kilku projektantów. Cieszy mnie, że zdecydowana większość przedmiotów, które mamy w sklepach, wychodzi właśnie od nas. I z tego jesteśmy bardzo dumni, bo to rzeczy, których nie można znaleźć u konkurencji. Do momentu, kiedy nas skopiują…

Kto Panią zaraził pasją do biżuterii?

Odkąd pamiętam rodzice bardzo dużo z nami podróżowali. Widziałam mnóstwo pięknych miejsc, przedmiotów. Z każdej wyprawy przywoziłam biżuterię. I tak zaczęłam kolekcjonować różne rzeczy.

Ma Pani swoją ulubioną biżuterię?

I to jest bardzo trudne pytanie. Muszę przyznać, że raczej nie. Każda biżuteria przeznaczona jest dla podkreślenia innego momentu. Uwielbiam być ubrana tylko w biżuterię, np. mała czarna sukienka i biżuteria – widać najpierw biżuterię, potem mnie, a na końcu sukienkę. Wtedy sięgam po coś nietypowego, artystycznego, okazałego. Kiedy wyjeżdżam w podróż, zabieram biżuterię ze sznureczków, koralików, którą zazwyczaj rozdaję. Biżuterię etniczną zakładam zawsze, kiedy mam wernisaże i opowiadam o swoich podróżach. Mam pamiątki po mojej mamie i teściowej, które zakładam na uroczystości rodzinne. Zakładając tę biżuterię, wiem, że są One ze mną i to dla mnie wielkie święto. Zresztą uważam, że biżuteria ma tyle znaczeń i może tak dużo opisywać i mówić o nas samych. Np. kiedy jestem bizneswoman, a zdarza mi się (śmiech), to zakładam coś bardzo spokojnego. Kiedy chcę coś zamanifestować, mam taką broszkę jak dziś. Zresztą w Galerii YES odbyła się wystawa „Moim zdaniem”, gdzie artyści mogli wypowiedzieć na ważne tematy poprzez swoje projekty, a więc mamy do czynienia z biżuterią z komunikatem. Biżuteria może być też naszym amuletem.

I dużo o nas powiedzieć. A ja akurat dziś nie mam żadnej biżuterii.

Tak, od razu to zauważyłam. Biżuteria bardzo dużo mówi o osobie. I o Pani też już mam jakieś zdanie. Bo przecież każdy ma wybór – zawsze będę o to walczyć, i o to, żebyśmy mogli realizować swoje marzenia. A na świecie jest niestety o to bardzo trudno. Dużo podróżuję i za każdym razem widzę tyle biedy, krzywdy, smutku, a z drugiej strony ciekawych ludzi i radości, jaką dają im małe rzeczy. I człowiek chciałby tym wszystkim ludziom pomóc, ale przecież się nie da.

Ale zbudować szkołę w Nepalu można i… pomóc.

Zawsze podkreślam, że ja jej nie zbudowałam, bo dokonali tego Sylwia Jędernalik i Maciej Pastwa, a ja im tylko pomagałam. I to był jeden z bardziej niesamowitych momentów w moim życiu, kiedy nagle podczas otwarcia szkoły spada chustka zakrywająca tablicę, a na niej napisane jest po nepalsku i angielsku: Polska szkoła by Maria Magdalena Kwiatkiewicz. Muszę przyznać, że łzy popłynęły mi po policzku. Chciałabym, żeby te dzieci nauczyły się żyć w swoim środowisku i tam zmieniać je na lepsze. Żeby nie myślały o podróżowaniu gdzieś dalej, bo tam mogą zostać wykorzystani i stać się niewolnikami.

Często Pani tam jeździ?

Jak tylko mogę. Teraz właśnie wybieram się pod koniec maja.

Co, oprócz wspomnień i zdjęć, przywozi Pani przywozi z tych podroży?

To bardzo mnie zmienia. Moja świadomość jest zupełnie inna. Czasami wracam z podróży, siadam przy biurku i mam wrażenie, że to, co mnie otacza, jest kompletnie bez sensu i nie daje mi szczęścia. Oczywiście przywożę biżuterię, której mam olbrzymią kolekcję. Z Amazonii przywiozłam sznurki z nawleczonymi nasionami, z Tybetu zapinkę pasa kobiety. Poprosiłam Ją o tę zapinkę, kiedy pasła jaki na polu u podnóża Himalajów. To jest rękodzieło – wykonane w srebrze symbole buddyjskie ozdobione koralem i turkusem.

Dlaczego ta kobieta oddała ją Pani?

Dobrze negocjowaliśmy z przewodnikiem (śmiech). Okazało się, że za cenę, którą jej zaoferowaliśmy, kupi takie dwie i obdaruje obie córki, a tak dostałaby tylko jedna – najstarsza.

Jest Pani właścicielką największej, bo liczącej ponad 1 000 obiektów, prywatnej kolekcji biżuterii współczesnej oraz etnicznej. Gdzie Pani przechowuje swoją kolekcję?

W firmie mam specjalne pomieszczenie, gdzie wszystko jest skatalogowane. Przechowuję biżuterię w opisanych pudełeczkach. Mam biżuterię powojenną, ale też współczesną. Zależy mi, żeby w tej kolekcji pojawiało się jak najwięcej nazwisk artystów złotników, żeby można było poznać twórców tych przedmiotów, zobaczyć szkice. To jest niezwykłe. Bo jeśli biżuteria ma swoją historię to ma podwójną wartość.

Ostatnio wydała nawet Pani o tym książkę – „Artyści złotnicy. Rozmowy o polskiej biżuterii”.

Zawsze chodziło mi to po głowie, ale nie miałam czasu, żeby się za to zabrać. I pomogła mi Agnieszka Jankowiak, przeprowadzając wywiady z artystami, którzy otwierali nie tylko drzwi do swoich pracowni, ale również decydowali się na czasem bardzo sentymentalne wspomnienia z życia zawodowego i osobistego. Za każdym przedmiotem stoi człowiek. Dzięki powstaniu tej książki, mam nadzieję, że uda mi się wyłowić nazwiska osób, których prac mi brakuje do opisania całego złotniczego środowiska. Dziś trudno dotrzeć do niektórych, ponieważ nie wystawiają się na targach, ani nie biorą udziału w konkursach. A jeśli są osoby, które posiadają np. biżuterię rodzinną i chciałyby się nią ze mną podzielić, to ja bardzo chętnie dołączę ją do swojej kolekcji. No i wyszedł mi przy okazji mały apel (śmiech).

Czyli tę książkę wydała Pani trochę dla siebie.

No oczywiście, że tak (śmiech).

Część Pani kolekcji mogliśmy oglądać niedawno w Galerii YES przy ulicy Paderewskiego.

Tak. Ale to był tylko jej fragment. W ogóle ta galeria jest dla mnie bardzo ważna, bardzo lubię to miejsce. Znajdują się tam wyjątkowe przedmioty. Galeria YES istnieje od 1998 roku. Zawsze chciałam, żeby promowała polską sztukę złotniczą. Organizujemy unikatowe wystawy, promujemy młodych twórców. No i pracuje tam świetny zespół ludzi, którzy nie tylko doskonale sprawdzają się w projektach wystaw i wernisaży, ale stanowią również grono wybitnych specjalistów w zakresie biżuterii autorskiej, którą sprzedajemy. Bo nasze wsparcie niesione artystom złotnikom, to zarówno ich promocja, ale i budowanie rynku, kreowanie potrzeb i świadomości oryginalnego piękna wśród klientów. Wracając jednak do mojej kolekcji, niestety nie mogłam pokazać całości w Galerii YES, bo jest tego bardzo dużo. Pamiętam za to, kiedy moja biżuteria wystawiana była w spichrzu, w Bydgoszczy. Była ze mną wtedy moja mama. Chyba była dumna.

Na pewno. Została Pani biżuteria po mamie?

Oj tak i związanych jest z nią wiele historii. Mama dostała od mojego taty na 59. rocznicę ślubu piękny pierścionek z brylantem. Oczywiście firma YES go wytworzyła. Zresztą mam piękne zdjęcia z tamtego czasu. W kolejnym roku tata wymyślił, żeby dorobić Jej kolczyki do kompletu. Niestety, odszedł w połowie roku i nie zdążył ich wręczyć, więc na ich 60. rocznicę nie było Go już z nami, ale mama kolczyki dostała. Do dziś je mam, tak jak pierwszy pierścionek, który dostała od ojca. Pamiętam, że zawsze go miała ze sobą. Dziś mam go ja i to jest mój amulet. Drobna rzecz, a jak ważna.

I tą miłością do biżuterii zaraża Pani dziś wnuki.

No pewnie tak (śmiech). Moje ukochane wnuki są jeszcze małe, ale zawsze chętnie bawią się moją biżuterią. Moja wnuczka ma dwa lata i za każdym razem mierzy bransoletkę, którą przynoszę na sobie. Śmialiśmy się, kiedy podczas pierwszych urodzin dzieci miały wybrać spośród przedmiotów ten jedyny, który pokaże ich przyszłość. Wszystkie wybierały co? Różaniec.

Najbardziej przypomina biżuterię.

Otóż to.