Malarz myśli

10 grudnia 2018

Wziął pędzel, otworzył kilka tubek farb, podszedł do mnie i zaczął malować moją twarz. Znów wyrażał swoje myśli, a może po prostu tak mnie widział. Przypominał mi mojego dziadka. Miał coś takiego w oczach, taką iskrę, patrzył z tą samą ciekawością i miłością życia. Zostałam „płótnem” malarza, wybitnego artysty, którego prace rozstawione wokół mnie, pachniały jeszcze świeżą farbą. Stanisław Brajer, w swojej „brajerówce”, przekłada myśli na obrazy. Jego prace wiszą u wielu znakomitych osobistości świata biznesu i kultury. Dzieło życia, którego do dziś się boi, pojechało do Australii. Zostałam „ofiarą” Brajera. Na kilka sekund stałam się Jego obrazem i do dziś mam przed oczami ten moment – nigdy go nie zapomnę.

 

TEKST: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Brajerówka wypełniona była ciepłym światłem. Wypatrzyliśmy ją ze Sławkiem, mijając kolejny dom na ROD niedaleko Junikowa. Przed budynkiem niewielki, ale zadbany ogródek, wiata, pod którą latem można wypoczywać. Prowadził nas Piotr opiekujący się zbiorami. Kiedy w drzwiach stanął Stanisław Brajer, wiedziałam, że będzie to spotkanie inne niż wszystkie. W pracowni stało kilkadziesiąt, a może kilkaset obrazów. Nie liczyłam, bo wpatrywałam się w dwa zawieszone na ścianie. Na wielkim stole szeregi pędzli, niczym żołnierze oczekujący na rozkaz. – To są moi przyjaciele, proszę Pani, są moim wojskiem, ustawiam je w szeregach, krzyczę: baczność, spocznij, czołgać się po płótnie – mówi Stanisław Brajer. – Może zdejmę płaszcz, Pani pozwoli. Pod ścianą w rzędach stały obrazy, każdy podpisany. Pod spodem dziura w płótnie. – Rozmawiam z nimi. Kiedy któryś mi się nie podoba, milczy lub nie odpowiada, wbijam mu nóż w serce. Mam kilka takich obrazów – dodaje artysta i zaprasza do drugiego pokoju.

 

 

Najpierw spisał kilka myśli…

Kolorowe kanapy, stare meble, doskonale zachowane. Pośrodku okrągły stół przykryty haftowanym obrusem. Zapach świeżo zaparzonej herbaty miesza się z zapachem farby i odrobiną szaleństwa. Na jednym talerzu tort, na drugim babka. Do porcelanowych filiżanek Piotr leje gorący napój. – Do wszystkich wywiadów, a było ich niewiele, zawsze się przygotowywałem. Dziś tego nie zrobiłem. Czekając na Państwa chwilę, bo spóźniliście się trzydzieści minut, wziąłem sobie długopis i spisałem myśli, które chcę przekazać, jeśli Państwo pozwolą – mówi Brajer teatralnym dialektem, z charakterystycznym „r” i patrzy nam głęboko w oczy. Z rękami skrzyżowanymi na kolanach, zamarliśmy jak dwa słupy, które zazwyczaj zadają setki pytań. On chwycił delikatnie kartkę papieru. Przeczyta nam Pan? – pytam. „W życiu każdego człowieka, waszym i moim, są oprócz tej drogi, którą kroczymy – prostą a czasem krętą – pewne światy równoległe. Spogląda na obraz powieszony na ścianie, przedstawiający prostą drogę. Nie idziemy nigdy taką drogą jak na obrazie, do celu. Te światy równoległe wnikają w nas, czy my je dostrzegamy? Dostrzegamy. Ale czy umiemy iść tą drogą prostą, to też zależy od wnętrza i osobowości. Bo te wszystkie światy równoległe są splątane w czasie naszego życia z tą droga prostą, którą powinniśmy się wznosić, iść ciągle do góry. Nie wszyscy dostrzegają te światy równoległe. Ja, a raczej moja wyobraźnia, je dostrzega i to, co widzę w tych światach, przelewam na płótna. Analizując moje dzieła, będziecie widzieć czy wstępować w te światy równoległe – prosto do mojej twórczości”.

…potem je pokazał…

Stanisław Brajer nalał sobie herbaty, przekąsił tort z borówkami. Rozejrzałam się po pokoju. Na każdej ze ścian – obraz. Wszystkie mówią coś innego. Patrząc w nie głęboko, słyszałam myśli malarza, wiedziałam, co chciał przekazać. A może tak mi się wydawało. Wiedziałam, że za abstrakcją kryje się element niepokoju, który też w sobie noszę, a prostej drogi do celu nie ma, choć o niej marzymy. Wiedziałam, że twarze kobiet mogą być smutne, wesołe, ale tez rozdrażnione. Wiedziałam, że fragment lasu jest oddechem, powietrzem, które zabierają nam inne byty. Siedząc obok tak wielkiego artysty, chociaż nigdy nie byłam znawcą malarstwa, nagle stałam się częścią jego dzieł, fragmentem życia, które tak chciał przekazać. – Pewnie jest Pani ciekawa jak to powstaje – ciągnął malarz. – Otóż ja zazwyczaj najpierw spisuję myśli w postaci krótkiego wierszyka, a potem to maluję. Powiedziałem, że jestem malarzem myśli. Proszę sobie wyobrazić, że rozkładam płótno i chcę malować Pani wnętrze. Myślę jak to zrobić. Otwieram oczy i widzę obraz w kolorach. Nic więcej mi nie potrzeba. Biorę węgiel, idę i maluję to, co widziałem w Pani oczach. I piszę sobie kolory. I odstawiam. Dochodzę tam za dwa tygodnie i mówię: tę Joannę muszę namalować. Patrzę, czekam, widzę te barwy, ale już nie tak, jak wtedy, w tej nocy. Wyobraźnia dalej działa. Ktoś przychodzi po tygodniu i mówi: ale piękny obraz, a ja wiem, że to nie to. Potem, za trzy tygodnie, podchodzę i znowu coś maluję. Mijają dwa, trzy lata. Ten obraz już nie jest i nigdy nie będzie taki, jak go widziałem. I to jest magia.

…by zmusić do myślenia nas…

Jego prace to Jego życiorys – świadectwo tego co widział, czuł, zasłyszał. To wędrówka przez życie kolorami i teksturami. – Moje obrazy to kwiaty milczenia bytu ograniczonego. To są pieczary pamięci. To są moje myśli splecione w magiczny kamień, który przetrwa wieki, to są paciorki różańca, to jest moja droga krzyżowa, bo całe moje malarstwo to jest moje życie. To jest mojego żaru tworzenia udręka, ale po tej drodze udręki, jak po drabinie wchodzę wciąż wyżej i wyżej, a te wyżyny to jest i wielka radość, i męka, która przekreśla moją starość, moje zmarszczki. Ta męka i to cierpienie daje mi wielką radość i siłę tworzenia – Brajer siada w swoim ukochanym fotelu. – Widzi Pani, kiedyś miałem swoją galerię w Pałacu Mielżyńskich. Wystawa. Podeszła jedna dziennikarka i mówi, żebym opowiedział jej o obrazach. A ja odpowiadam: jeżeli pani przyszła na wystawę to znaczy, że pani może coś powiedzieć o obrazie, może się pani przy jakimś zatrzyma dłużej, wtopi się w niego, zrobi jego analizę. Ja jestem od malowania, a pani od pisania. Jeżeli zacznę opowiadać o moich obrazach, to jaki to jest wtedy sens? To jak czytanie streszczeń książki, to tak, jakby adwokat bronił złodzieja, a złodziejem była jego żona. I trudno abym ja coś złego mówił o moich dzieciach.

…i przenieść nas do świata Jego marzeń…

Pracował jako wykładowca. Chciał uciec stamtąd do… sztalugi. Rodzina widziała w Nim lekarza, prawnika. Kiedy nie dostał się na studia medyczne, poszedł na fizykę, bo tam znajomości miała Jego babcia, która grywała w brydża z profesorami. Po pierwszym roku mieli przenieść Go na medycynę, ale został na fizyce. – Patrzą w ten mój indeks, a dziekan mówi: gdzie wy chcecie go brać i przenosić, jak on ma same celujące i bardzo dobre oceny – mówi Stanisław Brajer. – I tak zostałem, jak ten osioł, na fizyce. Nie miałem wiedzy, zdawałem dzięki temu brydżowi. Dla mnie to był świat nierzeczywisty. Odnalazłem się wtedy, kiedy zyskałem śmiałość, by pokazać światu to, co robię. U mnie nie ma niedziel, świąt. Zdając sobie sprawę, że czas to błyskawica i tak szybko upływa, pracuję, pracuję, pracuję, żeby jak najwięcej dzieł po sobie zostawić.

Początkowo jego obrazy były bardzo realistyczne, ale twierdzi, że to nie jest twórczość, tylko odzwierciedlanie rzeczywistości gorzej lub lepiej. Był taki etap, kiedy zafascynował się ogniem. Potem przyszedł czas na sprawy społeczne. Pojawiło się AIDS, nie było leków, wszyscy wariowali. – Namalowałem siedem obrazów na ten temat. Najpierw wszyscy się temu sprzeciwiali, że to demoralizacja, aż w końcu przyjechał Irlandczyk i kupił wszystkie siedem, i skończyła się zabawa – śmieje się artysta. – A abstrakcja? Dziś jest przecież w modzie – pytam. Spojrzał na mnie dość wymownie, może nawet trochę się zdenerwował. – Ludzie widzą abstrakcję i myślą, że to się wyciska z tuby i rozdeptuje. I to jest obraz. W ogóle o co chodzi? Mam umoczyć miotłę i pryskać? No chyba nie. Kiedyś zupełnie nie rozumiałem malarstwa abstrakcyjnego. Jakieś dziesięć lat temu przeczytałem mnóstwo książek i zainteresowałem się Pollockiem. Wiadomo, że malarstwo gestu jest pewnym przypadkiem. Jest w tym myśl. I malując te konkretne obrazy wiszące za Pani plecami, miałem pewną myśl. I to jest prawdziwe.

…narysować w sercach odrobinę siebie…

– Niech Pani podejdzie do mnie – woła mnie ze swojej pracowni. Bierze pędzel, otwiera tubki z farbami, zaznacza na mnie kilka swoich myśli. Poczułam, że dzieje się coś ważnego, że jestem elementem tej pracowni, tego miejsca, gdzie bije serce największego malarza, jakiego spotkałam. W wieku 80 lat, ma na swoim koncie 6300 obrazów i dzieło swojego życia, którego do dziś się boi. – Namalowałem obraz nawiązujący do wyżynających się plemion Tutsi i Hutu. Jest powalony mur, jaskrawe powietrze, leci głowa, rozwalona czaszka i struga krwi, przez mur przechodzi bagnet, z drugiej strony obrazu wisi ręka z kapiącą krwią, na dole czaszka zwierzęcia. Czułem, że ten obraz jest dziełem, wszyscy przychodzili, spoglądali na niego i mówili: zasuń to albo zamknij gdzieś, bo straszy. Powiesiłem go na ścianie, w swoim mieszkaniu na Winogradach. Chciałem go sprzedać, ale z drugiej strony nie chciałem, pewnie dlatego wyznaczyłem za niego zaporową cenę. Myślałem, że zostanie ze mną do końca. Wytrzymałem z nim cztery dni. Pewnego razu po prostu wystraszyłem się go. Wtedy go sprzedałem.

Niebawem w okolicach Ostrowa Wielkopolskiego, w gminie Raszków z której pochodzi, powstanie muzeum, w którym znajdą się Jego obrazy.

Stanisław Brajer jest prawdziwy, autentyczny, jest artystą, o których dziś tak trudno. Otrzymał dziesiątki nagród, w tym: Laury Kultury 2013, wręczone podczas uroczystej gali z okazji IX Inauguracji Roku Kulturalnego w Powiecie Ostrowskim, Odznakę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej – „Zasłużony dla Kultury Polskiej” w 2015 roku, czy najważniejszą – Statuetkę Arturh. Ani razu w trakcie naszej rozmowy się nimi nie pochwalił. Musiałam doczytać. Wyrywa mnie z ciszy. – Pani jest wrażliwa – mówi. – I nie do końca spełniona. Ma Pani wiele niewykorzystanych talentów. Ciągnął dalej, a ja analizowałam siebie. To co już zrobiłam i to, czego nie mam. Wszystko się zgadzało… Był jak psycholog, jak mój ukochany dziadek, który siadał ze mną przy stole i opowiadał o II wojnie światowej. Uwielbiałam Go słuchać, podobnie jak tego starszego pana, który całe życie poświęcił pasji, mimo, że było bardzo trudno.

… i zostać tam na zawsze.

Gdy zaczynał, malował i odkładał płótna na półkę. Profesor Dega powiedział mu kiedyś, że nie może sprzedawać obrazów, bo kiedyś przyjedzie pewien szejk, który podczas wystawy kupi jeden i ta transakcja ustawi Go na zawsze. – Pewnego dnia przychodzi pan i mówi: ile byś chciał za ten obraz? A ja mówię: nie wiem. A gdybym Ci dał 10 tysięcy? Oczka mi się zaświeciły. Otwiera walizkę i kładzie na stolik 10 tysięcy. Skusiłem się, miałem na farby, na prąd. Wciąż czekam na tego szejka – śmieje się.

Codziennie wstaje skoro świt. Dla Niego nie ma niedziel i świąt. Maluje osiem godzin. Potrafi pracować w środku nocy. – Mam obraz, który maluję pięć lat, ma już kilka warstw, a dzisiaj postanowiłem go oddać Pani – Stanisław Brajer wstaje i idzie do sztalugi. Przynosi piękny obraz kwiatów w wazonie, jeszcze mokry od farby. – Proszę na niego patrzeć, bo codziennie będzie wyglądał inaczej, będzie zmieniał barwę – dodaje.

Usiadłam na krześle, przy idealnie zastawionym stole, i wpatrywałam się w obraz. Nigdy nie dostałam nic równie wartościowego, a jednocześnie bezcennego. – Za to, że przedstawiam na obrazie moje wnętrze, płacę ogromną cenę za moje istnienie na tej ziemi. Różnie to wnętrze jest odczytywane. A dlaczego to robię? Bo przyjdzie taka chwila, że będzie odebrane mi istnienie tutaj i niech przyszłe pokolenia widzą, że był ktoś taki jak Brajer, który przewidział i pewnymi znakami i symbolami zaznaczył co będzie za sto czy za dwieście lat.

Codziennie wstając rano, wpatruję się w Jego obraz. Codziennie wracam do tamtego dnia. Codziennie myśli zabierają mnie do brajerówki, do tych sztalug, setek myśli i wrażliwości. Codziennie powtarzam sobie, że jestem dumna, że spotkałam na swojej drodze tak wielkiego artystę jak Stanisław Brajer. Dziękuję.

Galeria obrazów: www.stanislaw-brajer.com