MAM SŁABOŚĆ DO SMUTNYCH KOLĘD

16 grudnia 2019

Święta Bożego Narodzenia są dla Niego pięknym, choć bardzo pracowitym czasem. Najczęściej można spotkać Go z batutą, partyturą lub przy pianinie, bo sam lubi opracowywać kolędy dla swoich chórzystów. Stawia na to, co nieznane albo zapomniane. Wychował wiele chóralnych pokoleń, w tym grupę Audiofeels. Jacek Sykulski jest także rozpoznawalnym dyrygentem i kompozytorem. Był m.in. dyrektorem Państwowej Szkoły Chóralnej, dyrygentem Chóru UAM, a obecnie jest dyrektorem Poznańskiego Chóru Chłopięcego. Już niedługo chóru będzie można posłuchać podczas „Poznańskiego Kolędowania”.

 

ROZMAWIA: Ania Jasińska

Zdjęcia: Archiwum prywatne

 

Sporo wokalnych pokoleń już Pan odchował, prawda?

Jacek Sykulski: Muszę przyznać, że tak. W świecie muzycznym działam jakieś trzydzieści lat. Niektórzy moi wychowankowie sięgają już po tytuły naukowe, profesorskie. Duma mnie rozpiera. To jest niesamowite uczucie, gdy uczeń przerasta mistrza, bo moim zdaniem to jest właśnie cel edukacji, kształcenia artystycznego. Osoba, która przyjdzie po mnie, ma ponieść dalej to, co dostała. Bardzo liczę, że moi adepci będą kontynuować moją filozofię artystyczną.

Jest Pan wciąż pełen pozytywnej energii muzycznej. Co jest Pańskim panaceum na wypalenie zawodowe?

Muzyka jest bardzo pojemna. Jeżeli człowiek odda jej się bez reszty, to każdego dnia będzie znajdować nowe pokłady. Ma to swoje wady i zalety, bo można dać się złapać w pułapkę i zapomnieć o całym świecie. To jest niebezpieczne i warto mieć blisko kogoś, kto takiego artystę przypilnuje i zdyscyplinuje. Żeby jednak nie zaznać uczucia wypalenia, trzeba nieustannie się rozwijać, jeździć po świecie. Bardzo często jeżdżę do Rosji i widzę, jaki ludzie mają tam niesamowity potencjał, jeżeli chodzi o chóralistykę. Często uczę ich zachodnich technik, ale ja sam również czerpię i korzystam z zasobów i wartości, które są charakterystyczne tylko dla nich. Trzeba być otwartym i zdawać sobie sprawę, że nie jesteśmy wszechwiedzący. Tego typu artysta nigdy nie przechodzi na emeryturę, doskonali się z upływem czasu, bez względu na wiek. Cała przyjemność w muzyce wcale nie wiąże się z osiągnięciem doskonałości. Tą przyjemnością jest droga, jaką wyznacza ta dziedzina sztuki. Nie wiem czy w ogóle jest coś takiego, jak „doskonałość”. Bóg jest doskonały, a ja jestem ciągle w drodze i to mnie bardzo cieszy.

Oprócz nauczania, dyrygentury, również Pan pisze i komponuje.

Staram się dzielić czas, tak, by objąć to wszystko. Jestem też dyrektorem Poznańskiego Chóru Chłopięcego. Muszę rozdzielić swoje serce i czas na trzy gałęzie. Staram się pracować regularnie. Kompozycja jest według mnie najbardziej wymagająca. Jeżeli nie komponuję dłuższy czas, czuję, że coś we mnie buzuje i koniecznie domaga się, by przelać na papier to, co we mnie siedzi. Mój czas jest zaplanowany niemalże co do sekundy. Muszę być zdyscyplinowany, bo wiem, że jeśli czegoś nie zaaranżuję, nie przepracuję partytury, to moja praca będzie mieć słabsze efekty. Na pewnym etapie życia człowiek nie może sobie pobłażać, bo jest oceniany coraz surowszym okiem. Muszę utrzymywać i dbać o kondycję muzyczną.

Jesteśmy w przededniu Świąt Bożego Narodzenia. Dla muzyków oznacza to trenowanie kolęd i przygotowywanie specjalnego repertuaru. Znajduje Pan także czas na komponowanie, pisanie?

Oczywiście, że tak! To jest piękny czas. Według mnie praca nad kolędami jest szalenie ciekawa. Niektóre zespoły śpiewają te same kolędy i ta praca z ich strony nie jest aż tak wymagająca. Staram się szukać nowości ze świata albo sam też opracowuję utwory. Uważam kolędę za formę, która niesie za sobą wyjątkowe emocje, ukryte w radości narodzenia, ale one też antycypują to, co przyjdzie potem, tzn. mękę, zmartwychwstanie. To jest całe spektrum emocji. Mam słabość do kolęd, które mają w sobie tęsknotę i smutek. Są po prostu piękne i wzruszające.

Gdzie w tym roku będzie można posłuchać kolęd w Pańskiej aranżacji?

Będziemy śpiewać kolędy w różnych miejscach. Jesteśmy organizatorami Poznańskiego Kolędowania. W tym roku będą to 23 koncerty kilku chórów w wielu kościołach. Poznański Chór Chłopięcy, który prowadzę, także będzie widoczny i zaśpiewamy dla mieszkańców naszego miasta.

Mogę wyciągnąć od Pana informację, co Pan przewiduje w repertuarze?

Będzie parę nowości z kolęd polskich. Staram się wchodzić do głębi tych starych utworów, bo w nich jest dużo prawdy, dużo emocji, bliskich naszej duchowości. Będą to utwory typu „Jezu śliczny kwiecie” w moim opracowaniu i dosyć surowej aranżacji, „Najświętsza Panienka”, którą wprowadzam do repertuaru od wielu lat. Każdego roku wykonujemy około 25 kolęd, w tym około 5 nowych. Sięgam również po kolędy ze świata, kolędy rozrywkowe, np. „Hark the herald angels sing” w opracowaniu Take6. Będzie też „Mary did you know” Pantatonix. W tym roku chciałbym też znaleźć utwór, który pochodzi z tradycji prawosławnej, gdyż jest ona również bliska mojemu sercu. Szukam. Jak tylko znajdę, to ją opracuję. Jeszcze mam troszeczkę czasu.

Nie odnosi Pan wrażenia, że my zbyt wiele tych kolęd nie znamy? Powtarzamy zaledwie kilka.

Prawda. Nie znamy, a jeśli coś już w głowie się pojawi, to na ogół jest to jedna zwrotka, a kolęda to przecież jedna wielka opowieść. Jeżeli nie zaśpiewamy jej wszystkich zwrotek, to jest w tym mały sens. Mam taką grupę znajomych, którzy co roku organizują kolędowanie. Przychodzą różni ludzie – od dyrektorów filharmonii, po różne osobistości (nie tylko muzyczne). Każdy przynosi instrument, na którym potrafi grać, ja też czasem siądę przy pianinie. Śpiewamy większość zwrotek i to jest piękne. Wykonujemy utwory, które nie są śpiewane na co dzień a szkoda. Staram się pokazywać swoim dzieciom – uczniom kolędy, których by nigdy nie poznali.

Rodzina musi mieć z Panem cudowne święta. Kolędujecie wspólnie?

Staram się. To jest niesamowite, jak czasem dobieramy się i śpiewamy. Dzieci są już dorosłe, ale spotykamy się i to kolędowanie jest mocne.

Taką moc ma również Poznańskie Kolędowanie. Czy którąś edycję wspomina Pan szczególnie?

Każda edycja jest inna. Ta, która teraz nastąpi będzie mieć najwięcej koncertów. Najbardziej otworzyliśmy się na chóry, które jeszcze nie uczestniczyły w kolędowaniu. Ta edycja będzie nastawiona na chóry amatorskie. Poznań naprawdę stoi chóralistyką. Ludzie ciągle chcą śpiewać i znajdują w tym radość. Teraz obserwuję mężczyzn, którzy zrywają się z pracy, żeby potrenować na zajęciach. Oni mają z tego ogromną satysfakcję. To niesamowicie pozytywnie nakręca człowieka do życia.

Czy to są osoby, które wyszły spod Pańskich skrzydeł i w dorosłym życiu wracają?

W 99 procentach mężczyźni, którzy śpiewają w PCHCH, to faktycznie moi absolwenci. Niektórzy robią kariery światowe, jak np. Krzysztof Bączyk, który będzie mieć niedługo swój debiut w Metropolitan Opera. Z Adamem Kutnym, który śpiewa w Staatsoper w Berlinie, będziemy śpiewać „Requiem” Gabriela Faure z okazji 75. rocznicy PCHCH. Nie wszyscy w dorosłym życiu idą w muzykę, jednak widzę, że chór wyciska na nich niesamowite piętno. W ubiegłym roku chłopcy polecieli do Chin na miesiąc. Wszyscy bali się, że nie zdadzą egzaminów gimnazjalnych. Okazało się, że zdali lepiej, niż ich rówieśnicy, którzy zostali i normalnie pracowali. To jest pewnego typu profesjonalizm, który uczy szybszej percepcji. Zachęcam wszystkich.

Ile lat mają najmłodsi adepci chóru?

9 i 10 lat.

Nie bał się Pan brać na siebie taką odpowiedzialność i wyjeżdżać z nimi za granicę?

Pewnie, że na początku miałem obawy, jednak szybko zobaczyłem, że nie warto. Oni doskonale sobie radzili. Takie wyjazdy uczyły chłopaków odpowiedzialności. Mieszkaliśmy w hotelach, więc sami musieli sobie pościelić łóżko, zadysponować pieniądze. Grupami chodzili na kolacje do Chińczyków. Ucząc, szukam również nowych metod. Oni niesamowicie mnie doświadczają.

Rozmawiamy o mężczyznach w chórach, a tymczasem spod Pańskiej batuty wyszło też kilka utalentowanych głosów żeńskich.

Zdecydowanie tak było. Gdy pracowałem w Chórze UAM, śpiewały u mnie Kasia Rościńska, Kasia Wilk, Ewa Jach. Mnóstwo zdolnych dziewczyn tam się znalazło. Nie wiem, na ile była to moja zasługa, a na ile jednak ich zdolności. Miałem szczęśliwą rękę do ludzi. Ten chór był dość zwariowany, bo przychodzili tam szaleni ludzie i musiałem wymyślić dla nich formułę, która by ich zatrzymała i rozwinęła. Byliśmy pierwszym chórem klasycznym, który zaczął śpiewać muzykę rozrywkową. Nagraliśmy płytę „If You love me”, która do dziś cieszy się popularnością w Polsce i na świecie. Pierwsza wzorcowa płyta, z której jestem dumny i do której często wracam w momentach różnych kryzysów.

Z tej ekipy wyodrębnił się w końcu zespół Audiofeels.

Chłopcy zauważyli, że mają siłę. Ujrzeli drogę dla siebie. Nie powiem, żebym był wtedy zadowolony (śmiech). Rzadko który dyrygent jest zadowolony, gdy nagle ośmiu najlepszych facetów mówi mu, że odchodzi z zespołu. Trzeba mieć jednak zawsze na względzie, że ludzi nie mamy na własność. Muszą iść i rozwijać się. Bardzo im kibicuję, bo to nie jest łatwy kawałek chleba.

Jest Pan niewątpliwie spełniony zawodowo, ale na pewno marzy Pan dalej.

Oczywiście! Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której siadam w fotelu i oznajmiam, że jestem spełniony i to już koniec. Moja ostatnia próba będzie wtedy, gdy chórzyści zaczną malować paznokcie i czytać książki podczas zajęć. W muzyce nie ma nasycenia. Cały czas chcę się rozwijać.