Mama

24 maja 2019

W większości krajów na świecie Dzień Matki obchodzi się szczególnie. W Polsce świętujemy zawsze 26 maja, są kraje – np. USA, Australia, Kanada – gdzie święto to jest ruchome. Wszędzie jednak jest to dzień, w którym spotykamy się z naszymi najukochańszymi, a jeśli już ich nie ma – wspominamy.

 

TEKST i ZDJĘCIA: Ewa Malarska

 

Ewa

Pamiętam taką scenkę. Leżę w łóżku, przykryta pierzyną. Pościel jest sztywna, wykrochmalona, ale pachnie świeżością. Łóżko jest metalowe, białe, takie „szpitalne”, umieszczone w rogu pokoju, za drzwiami. Obok łóżka – lampa na wysokiej chromowanej nodze z kloszem z miodowego plastiku, a tuż przy niej fotel po prababci, a w nim siedzi mama. Siedzi i czyta mi „W pustyni i w puszczy”, aż usnę.

Nicole

Moja mama zawsze mi pomaga i jest bardzo opiekuńcza. Czasami to denerwuje, ale wiem, że robi to dla mojego dobra. Wiem też, że jak mam jakiś problem, to zawsze mi pomoże. Uwielbiam nasze wspomnienia o moim dzieciństwie. Chodziłam sobie po domu, a mama siedziała na kanapie i nagle zniknęłam z jej pola widzenia. Zaczęła mnie szukać, a gdy weszła do kuchni, zobaczyła, że siedzę w zmywarce. Innym razem mama zostawiła mnie dosłownie na chwileczkę i poszła do drugiego pokoju. Gdy wróciła, znalazła mnie całą porysowaną markerem permanentnym. Zapytała, dlaczego się tak porysowałam, czy widziałam, żeby ktoś był tak porysowany – odpowiedziałam, że mój tatuś jest taki porysowany (ma dużo tatuaży). Śmiałyśmy się z tego, chociaż potem długo nie mogła mnie domyć.

Lubię moją mamę za to, że zawsze jest wesoła i kiedy nie mam czasami humoru, to ona zrobi wszystko, żeby mnie rozweselić, np.: przytula mnie, robi głupie miny, zaczyna śmiesznie tańczyć albo mówi żarty. Umie z niczego wyczarować coś fajnego i zawsze dotrzymuje obietnicy.

Czasami zastanawiam się, jak mama wytrzymuje ze mną, bo często jej pyskuję i nie robię rzeczy, o które mnie poprosi, a jak mnie prosi po 3 razy, to ja nie wytrzymuję i krzyczę. Kończy się to kłótnią, ale ona nigdy nie trwa długo, bo nie potrafię żyć bez mamy. A ona ma tyle obowiązków: musi posprzątać dom, zrobić coś na obiad, wyjść z psem, zrobić mi śniadanie do szkoły. Dlatego czasami jest mi naprawdę głupio, jak się kłócę z nią na przykład, o to, że nie posprzątałam pokoju. Albo kiedy musi prosić, żebym zaczęła się uczyć, a nie siedziała cały czas na telefonie. Trochę mnie to denerwuje, ale wiem ze mama się stara, żebym się dostała do dobrej szkoły, żebym potem miała dobrą pracę i dobrze zarabiała i miała wspaniałą rodzinę.

Najbardziej podziwiam mamę za to, że nawet jak miała poważne problemy ze zdrowiem, to i tak cały czas się uśmiechała i wiedziała, że będzie wszystko dobrze.

Chciałabym być taką matką jak moja – czyli kochaną, optymistyczną, piękną, przyjacielską, miłą, pracowitą, wytrwałą, upartą, zabawną. I żeby dzieci wiedziały, że zawsze będę z nimi, nigdy ich nie opuszczę i żeby wiedziały, że mogą zawsze na mnie liczyć – w każdej sytuacji. Chciałabym, żeby moje dzieci tak mnie kochały, jak ja kocham moja mamę.

Emilia

Moja mama była aktorką–lalkarzem. Pracowała w Teatrze Lalki i Aktora „Marcinek”. Odnosiła duże sukcesy – wielokrotnie była nagradzana za kreacje aktorskie i zasługi dla polskiej kultury.

Z Teatrem zwiedziła kawał świata – jeździli na różne festiwale. Najdalszą podróż odbyli na Kubę. Pamiętam, że po powrocie stamtąd, mama opowiadała o pięknym, niezwykle kolorowym kraju i o wielkiej, niewyobrażalnej, panującej tam biedzie.

Wiele godzin spędziłam w garderobie u mamy – miałam tam swój kącik, nikogo nie dziwiła obecność dziecka w teatrze lalkowym. Z wypiekami na twarzy obserwowałam pracę aktorów, podglądałam próby. Mama była bardzo skromną, czułą osobą, poza teatrem nie nakładała makijażu. Ubierała się wygodnie. Lubiła działać, pomagać. Gdy mój przyszły wtedy mąż urządzał wieczór kawalerski, przez nikogo nie proszona, ani też nie uprzedzając o tym, ugotowała ogromny gar bigosu, zawiozła go chłopakom, bo pomyślała, że nie zadbają o jedzenie. Oczywiście bardzo ich tym krokiem ujęła, wspominają to do dziś.

Zuzia

Chciałabym kiedyś mieć dzieci. Myślę, że najlepiej byłoby, gdybym najpierw skończyła studia, zdobyła dobrą pracę i miała dom, w którym byłoby nam wygodnie, z ogrodem.

Super byłoby, gdyby to były bliźnięta, a jeśli to by nie wyszło, to z niewielką różnicą wieku, żeby nie czuły się same. Mam już nawet dla nich imiona. Nikodem i Lena. Chciałabym opiekować się nimi w domu tak długo, aż pójdą do szkoły. Będę dobrą mamą – kochającą i szczerą, otwartą i miłą, ale z zasadami. Interesującą się dziećmi ich zdolnościami i pasjami, wspierającą ich na każdym kroku. I szanującą je. Będę je kochać i lubić i będą to wiedziały.

Arleta

Moja mama Janina nie żyje już dwa lata. Była pracowita, zwinna. Zajmowała się gospodarstwem. Nie miała konia, więc musiała go pożyczać od sąsiadów. Potem chodziła do nich na odrobek. Wychowała ośmioro dzieci. Najstarszy był Józef, potem Zofia, Cyryl, Krzysztof, Jerzy, Tadeusz, Marek i na końcu ja – Arleta. Poza Markiem, wszyscy urodziliśmy się w domu. Mama opowiadała, że Marek urodził się w stodole, bo bóle chwyciły ją na polu, jak hakała buraki. Im bardziej ją bolało, tym szybciej pracowała, bo chciała skończyć, no i nie zdążyła dojść do domu i urodziła dziecko w stodole, na sianie. Cyryl miał iść po tatę, ale przytulił się do mamy i usnęli wszyscy. Dopiero na drugi dzień znalazła ich sąsiadka.

A kiedyś jechała mama na wozie z sianem. Spadła, złamała dwa żebra. Bolało, ale na koniec się cieszyła, bo dostała odszkodowanie z KRUSu i za to odszkodowanie kupiła sobie krowę. Taki to był wypadek, co się dobrze skończył.

Beata

Lubiliśmy z bratem robić mamie różne żarty. Kiedyś miała stłuczkę. Drobną, nic poważnego, ale przypadkiem po kilku dniach przed naszym domem zatrzymał się radiowóz. Policja nie przyjechała do nas, ale my nastraszyliśmy mamę, że przyjechali po nią i musi pójść na komisariat.

Innym razem nakupowaliśmy sztucznych myszy i poukrywaliśmy je na działce rodziców. Mama tak boi się myszy, że nie zorientowała się nawet, że nie są prawdziwe, tylko z krzykiem uciekła.

Kiedyś na balkonie na sznurkach rozwiesiliśmy brudne rzeczy zamiast czystych. Raz na prima aprilis byliśmy w górach. To były lata 90., nie było jeszcze komórek. Rodzice poszli kawałek do przodu, a ja z bratem marudziliśmy z tyłu. Brat wszedł na bal leżący jakieś pół metra nad ziemią, zeskoczył i krzyknął, że go boli noga. Został, a ja pobiegłam do rodziców. Nikt z nas mu nie wierzył. Po jakimś czasie wróciliśmy. Brat siedzi przy balu, noga spuchnięta, okazało się później, że była złamana. Ale to był pierwszy kwietnia i nikt mu nie wierzył, przez to, że ciągle mamie kawały robiliśmy.

Małgosia

Moja mama Danusia była strasznym łasuchem. Pod poduszką trzymała cukierki, nocą słychać było szelest papierków. Puste papierki po lizakach na choince to też była jej sprawka.

Była bardzo dobrą organizatorką – miała gospodarstwo – każdemu przydzieliła pracę i wszystko sprawnie działało. Ładnie szyła – przeważnie nocami, takie prezenty–niespodzianki. Kiedyś zrobiła mi na drutach piękną różową sukienkę. Miałam wtedy około 6 lat i wybrałam się w tej sukience do kolegi. Tak bardzo chciałam się nią pochwalić, że nie poszłam drogą, tylko skrótem przez ogród. No i zawisłam w tej sukience na płocie. Podarła się. Ależ mama była zła. Dziadek mnie ukrył za drzwiami, aż się uspokoiła.

Pamiętam, że pracowała w sklepie – była ekspedientką. Kiedyś trudno było zdobyć bombki na choinkę. Jakże się cieszyłyśmy, gdy któregoś dnia przyniosła karton pięknych, błyszczących bombek. Część z nich co roku wieszamy z siostrą na choince.