Maszyna do grania

12 lipca 2019

Zaledwie pięć spektakli, a już dziennikarze dopominają się o wywiady, a dziewczyny chcą koniecznie zobaczyć kolejny raz Hamleta ze względu na… Hamleta. To się nazywa wejście smoka w Teatrze Polskim w Poznaniu. Roman Łutskyi jest aktorem Iwano-Frankiwskiego Teatru Muzyczno-Dramatycznego im. Iwana Franki. Na Ukrainie znany jest z ról w filmach „Bracia. Ostatnia spowiedź” i „Strażnica”. Zagrał też w serialu „Pierścionek z rubinem”. Ma ogromny apetyt na życie i kolejne role, nie tylko na Ukrainie i w Polsce, ale wszędzie tam, gdzie będą dobre scenariusze i dobrzy reżyserzy. Nie przepada za udzielaniem wywiadów.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Magda Hueckel

 

W moim zawodzie często ludzie zadają te same pytania: dlaczego zostałeś aktorem, dlaczego przyjąłeś tę rolę itp., ale to nie jest tak, że nie lubię wywiadów.

To zaczynamy standardowo. Jak się Panu podoba w Poznaniu?

Podoba. Chociaż niewiele widziałem. Teatr Polski, ulica Podgórna i kierunek do Starej Rzeźni – to moja trasa. A, i jeszcze sklep z kawą i kanapkami, bo pierwszy tydzień tylko tak się odżywiałem. Nie lubię gotować, więc mi to odpowiada. 

A jakie wrażenia z Teatru Polskiego?

Piękny budynek, ale tak naprawdę to tylko siedzieliśmy tutaj na próbach. Żebym mógł coś na temat teatru powiedzieć, to musiałbym zagrać na tej scenie, poczuć ją, zobaczyć, jak tu się pracuje. Z częścią zespołu pracuję przy Hamlecie i mogę o nich powiedzieć, że są zawodowymi artystami. Jak powiedziała Maja Kleczewska, reżyserka „Hamleta”, jesteśmy maszynami do grania. I rzeczywiście, dobry artysta będzie zawodowcem nawet na Arktyce. Nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy: w Polsce, na Ukrainie, w Niemczech – w tym zawodzie liczy się profesjonalizm.

Szczególnie w „Hamlecie” jesteście maszynami do grania. Spektakl to kilka godzin, w których historia zatacza koło. Nie ma końca i nie ma początku. Dwa przedstawienia, a w zasadzie jedno, bo widzowie mogą wyjść, kiedy chcą. Mogą zostać na obu… Czy da się to wytrzymać psychicznie i fizycznie?

Mieliśmy próby generalne, a potem trzy spektakle. Między nimi tylko jeden dzień wolnego. Bardzo go potrzebowałem, zresztą chyba nie tylko ja. Może potrzebowałbym jeszcze więcej, ale jestem przecież bardzo młody jako artysta i człowiek, mam ambicje i mogę grać trzy, a nawet cztery spektakle. Póki jestem młody, to chcę pracować, pracować, pracować… Formalnie, dziennie, gramy dwa spektakle, ale dla nas jest to jeden, bo ten Hamlet się odradza stale i stale.

To jest trochę tak, jak z grą komputerową, w której jest kilka żyć i można próbować znowu i znowu.

Taka powtarzalność jest też w przemyśle ślubnym i pogrzebowym.

Ale zawód aktora to trochę wyższa półka.

Chciałbym, żeby wszyscy ludzie na ziemi tak myśleli. Czasem jest tak, że spotykam kogoś i kiedy dowiaduje się, że jestem aktorem, natychmiast prosi: zagraj pijanego. Tak naprawdę, kiedy kończy się spektakl, kiedy wychodzę, zdejmuję kostium, dopada mnie lekkie zmęczenie. Podczas spektaklu działa adrenalina i nie czuje się tego, że gramy 5 albo ponad 5 godzin bez przerwy.

Czy to jest fajne łączyć dwa kraje, dwa języki w jednym spektaklu?

To jest 2019 rok, musimy łączyć nie tylko Polskę z Ukrainą, ale łączy się cały świat. To połączenie tych dwóch krajów to minimum, które my możemy zrobić. Taki przykład z mojego teatru. Dyrektor artystyczny nie chce gotować się w swoim własnym sosie, tylko zaprasza aktorów z całej Ukrainy. Aktorzy grający w teatrze muszą poczuć konkurencję. Jeszcze do niedawna było to niemożliwe. Aktor miał etat i już, a teraz wszystko się zmienia.

Jak Pan dostał rolę Hamleta?

Byłem na planie zdjęciowym i moja agentka pokazała mi ogłoszenie, że Teatr Polski w Poznaniu poszukuje do roli Hamleta aktora z Ukrainy. Pomyślałem świetnie. Zrobiłem sobie fotografię z ekranu i chciałem zobaczyć to wieczorem. Ale jakoś zapomniałem. Codziennie mówiłem sobie, że to zrobię, odpowiem, wyślę. Castingi były w czerwcu, a ja sobie przypomniałem o tym pod koniec lipca. Pomyślałem jednak, że co mi szkodzi jeszcze wysłać swoje CV i zdjęcia. Żebym nie żałował, że nie zrobiłem tego. Wysłałem. Skontaktowali się ze mną po dwóch dniach i zaprosili do Polski. W tym samym czasie skontaktowała się ze mną przedstawicielka ekipy filmowej, czy nie chciałbym prezentować filmu, w którym grałem, w Krakowie. Natychmiast napisałem do Mai Kleczewskiej, że Ją zapraszam na pokaz filmu. Okazało się jednak, że nie może przyjechać. Ja pojechałem do Warszawy. Rozmowa była bardzo długa. Potem była jeszcze jedna i jeszcze jedna – już z Maciejem Nowakiem i całą ekipą. Tam zapadła decyzja o tym, że będę grał.

Jestem z tych artystów, którzy nie marzą o zgraniu Hamleta. Marzę o tym, żeby grać dobre role. Hamleta kilka razy czytałem wcześniej, ale kiedy spotkaliśmy się na próbach przy stole, to podczas analizy zrozumiałem, jaki to jest poziom myślenia. Na tamte czasy, jak powiedział jeden z reżyserów, Szekspir i jego Hamlet to był taki blue buster. Dużo krwi, morderstwa, knowania.

Teraz Szekspir mógłby pisać całkiem niezłe kryminały.

Właśnie. Szekspir popełniał mnóstwo błędów. Czytając sztukę, odkrywamy, że fakty do siebie nie pasują, że coś jest nie tak, nie da się tego zmieścić w schemat i to jest właśnie świetne, bo daje pole do odkrywania, do kreowania, poszukiwania. Nie trzeba się trzymać ustalonych rzeczy. Właśnie wtedy zrozumiałem, jaka jest głęboka ta sztuka i sama postać Hamleta.

Doskonałe jest łączenie różnych światów, przenikanie się… Czy to jest spektakl o stosunkach polsko-ukraińskich?

Macie wielu świetnych aktorów, ale na Ukrainie też jest ich mnóstwo. Maja może wybierać. Ukraińcy do tej pory kojarzyli się w Polsce z pracownikami najemnymi, np. na budowach, a dzięki Hamletowi to się zaczęło zmieniać. Teatr jest otwarty dla wszystkich. Każdy wnosi coś nowego, innego. Nie dzielimy. Na Ukrainie jest migracja zarobkowa, ale jest to normalna sytuacja każdego państwa na świecie. Polacy też wyjeżdżali i wyjeżdżają.

A co po Hamlecie? Wakacje?

Nie. Nie mam odpoczynku. Jadę na plan filmowy. Wolę być w ruchu. Odpoczywać mogę przez dzień, dwa, góra trzy, a potem już się nudzę. Muszę coś robić.

 

„Hamlet” w reżyserii Mai Kleczewskiej w finale konkursu o Złotego Yoricka na 23. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku! Konkurs na najlepszą polską inscenizację dzieł dramatycznych Williama Szekspira oraz utworów inspirowanych dziełami Williama Szekspira odbywa się nieprzerwanie od 1994 roku i stanowi swoiste podsumowanie polskich szekspirowskich realizacji danego sezonu artystycznego. Spektakle finałowe prezentowane są podczas Festiwalu. 23. edycja odbędzie się w dniach 26.07–04.08.2019.

Tak o poznańskim „Hamlecie” pisał selekcjoner konkursu, Łukasz Drewniak:

„Poznański Hamlet jest grany po polsku i ukraińsku, ale zawiera w sobie więcej kultur i obrazów, ech językowych. Został przeniesiony do przestrzeni postindustrialnej zaaranżowanej przez Zbigniewa Liberę, jakby był trwającym tylko tu światem równoległym. Zastygłym, umierającym światem. Alternatywną Europą pomieszanych języków, ras i wartości. Publiczność dostaje słuchawki i może śledzić akcję sztuki w trzech sytuacjach, wędrować za aktorami, błądzić w labiryncie zdegradowanego Elsynoru. […] Wiele kluczowych scen dzieje się w tym samym momencie, spektakl trwa w zapętleniu, najwytrwalsi widzowie mogą zostać w przestrzeni gry nawet na dwie trzygodzinne odsłony. Kleczewska konstruuje Hamleta jakby to była instalacja, ruiny teatru klasycznego i europejskich iluzji, kalekich biografii bohaterów. Wszystko w jej świecie umarło, jest powidokiem dawnej świętości.”