Moje życie zaczęło się na Świerczewie

15 listopada 2018

Dziwne, bo zawsze myślałam, że urodziłam się i dzieciństwo spędziłam na Dębcu. Dzięki Annie Matusewicz-Potockiej, dziś wiem, że to na Świerczewie stawiałam pierwsze kroki. Kiedyś była to wieś, zamieszkana przez niespełna 200 osób. Podczas II wojny światowej planowano tu stworzyć getto dla ludności polskiej wysiedlonej z położonych bliżej centrum dzielnic. Według projektów, miało w nim mieszkać nawet 60 tys. Polaków. Plany nie zostały jednak zrealizowane, powstały jedynie bloki przy dzisiejszej ulicy Opolskiej. Dziś mamy tu szachty, pozostałości po starej cegielni, grupę pasjonatów – Świerczewo Run i Sielankę, która w każdą niedzielę kusi zapachem domowego ciasta.

 

TEKST I ZDJĘCIA: Joanna Małecka

 

Ulica Opolska 42/2. Doskonale pamiętam ten adres. Wciąż słyszę płacz, pękające szyby w oknach, wołanie o pomoc i biegających tutaj strażaków. Dokładnie w tym samym miejscu stałam jednej nocy 1992 roku. Byłam w drugiej klasie szkoły podstawowej. Na noszach, pod folią, ratownicy medyczni wywozili krzywym chodnikiem naszego sąsiada, który zasnął pijany z papierosem i omal nie puścił z dymem całego domu. Obudziłam się wtedy w środku nocy. Śmierdziało. Pod sufitem pokoju, w którym spałam razem z bratem, kłęby dymu. – Mamo, pali się! – krzyczałam, a mama myślała, że coś mi się śni. Dopiero kiedy zapaliłam światło w dużym pokoju, rodzice zerwali się w popłochu, a tata wysadzał nas przez okno na podwórko. Pamiętam wyjące syreny kilkunastu jednostek straży pożarnej, tatę, który próbował ratować sąsiada i omal nie zginął, kiedy ogromna kula ognia, pod ciśnieniem otwieranych drzwi, leciała w jego kierunku. Pamiętam tę noc u sąsiadów, unoszący się wszędzie smród spalenizny. Nasze mieszkanie ocalało, reszta doszczętnie spłonęła. Rok 1993 spędzałam już na Piątkowie.

Kiedyś jadłam tu placki…

Dziś jest tu zarośnięty plac. Wysokie krzaki utrudniają wejście. Jakby nic się nie zmieniło, z wyjątkiem, że nie śmierdzi już spalenizną. Otwarte drzwi. Wchodzę. Wciąż ta sama klatka schodowa. Po lewej drzwi do domu mojego dzieciństwa. Pamiętam roznoszący się zapach szarlotki i kawy zbożowej… Moja prababcia, Pelagia Kuźma, mieszkająca po drugiej stronie korytarza, w każdą sobotę wołała mnie do siebie. Zajadałam placek siedząc na starym, skrzypiącym, wiklinowym krześle. Pamiętam jej siwe włosy, ciepły głos, twarz trochę mniej… Z góry wołała z kolei ciocia, która regularnie wypiekała murzynka. Nic dziwnego, że zawsze miałam bardziej okrągłą twarz niż moi rówieśnicy. Stojąc tak na korytarzu, wszystko mi się przypomniało: Hanka, sąsiadka, której syn Łukasz regularnie uciekał przez okno do kolegów, sąsiedzi z drugiej bramy – Stasiu i Damian, którzy albo wyzywali młodszych, albo specjalnie wysypywali pinezki na podwórku, żeby poprzebijać nam opony w rowerach. Podwórko wygląda jak 25 lat temu. Wciąż rośnie wierzba płacząca, schody prowadzą do piwnicy. Kiedyś tata wynosił stąd węgiel. Na kilku oknach suszy się pranie, plac zabaw jakby też opustoszał – nie ma tu dzieci.

…po drodze był warzywniak i baraki…

Na ulicy Opolskiej wciąż stoi warzywniak, gdzie kupić można świeże warzywa i owoce. Stałyśmy tu z mamą po popołudniowe wydanie „Expressu poznańskiego”. Nie ma już baru z lokalnymi pijaczkami, jest apteka i Biedronka. W przychodni zdrowia kolejka czeka za numerkiem. – Heniu, wynieś śmieci, ile razy mam gadać?! – słychać z baraku tuż obok. – Zaraz, nie widzisz, że płot maluję teraz! – odzywa się starszy, widać, że schorowany mężczyzna. Baraki. Drewniana konstrukcja, ledwo trzymający się płot, a za nim stare buty, ręczniki, brudne szmaty, zniszczone zabawki. Z dachu wystaje własnej konstrukcji antena telewizyjna. Śmierdzi. Już dawno miały być wyburzone, ale straszą do dziś. Wybudowali je Niemcy w 1941 roku dla Polaków wyrzucanych z mieszkań na Wildzie i Łazarzu. Do eleganckich kamienic wprowadzali się Niemcy, a dotychczasowi lokatorzy: profesorowie, rzemieślnicy, właściciele firm – trafiali tutaj. Standard budynków był niezwykle niski: lokatorzy mieli do dyspozycji izbę, czasem dwie, i kuchnię. Łazienki, jeśli były, to wspólne, a toalety znajdowały się na zewnątrz. Niewielu już zostało dawnych, wojennych mieszkańców. Większość obecnych lokatorów trafiła tu przez eksmisję, ponieważ z różnych powodów nie byli w stanie płacić czynszu w dotychczasowych mieszkaniach. W barakach znajdujących się przy ulicach Wieluńskiej i Gliwickiej, wciąż straszą powybijane okna, połamane sedesy, a wszystko otoczone siatką. Takie trochę getto…

…Sielanka i Osiedle Powstańców Śląskich…

Dalej, w kierunku Lubonia, słychać gwar. Jak co tydzień – w niedzielę rano – czynna jest Sielanka. Kiedyś handlowano tutaj zwierzętami. Dziś odbywają się pokazy i wystawy gołębi rasowych, sprzedaje się warzywa i owoce, a nawet domowe wypieki. I te wyglądają najpiękniej. Z tyłu, za Sielanką, znajduje się Osiedle Powstańców Śląskich. Do niedawna nie miało właściciela. W 2010 r. w Poznaniu przeprowadzono reformę funkcjonalną jednostek pomocniczych i 1 stycznia 2011 roku połączono osiedla administracyjne: Poznań – Świerczewo oraz Osiedle Powstańców Śląskich w jedno Osiedle Świerczewo. – Widzi Pani, trochę tak tu jesteśmy na samym końcu – mówi Henryk. Zaczepia mnie na chodniku, niedaleko obiektu sportowego. – Ale dbają tu o nas, o, i nawet wybudowali nam boiska i chodniki i mamy mają gdzie z dzieciakami wychodzić. Naszą rozmowę zagłusza startujący samolot f16. – Może pani wejdzie na herbatę? Dawno z nikim nie rozmawiałem. Odkąd umarła żona jestem samotny – mówi i prowadzi mnie do swojego domu. – Nie będę Pani przeszkadzał, Pani się chyba spieszy. Miłego spaceru! – macha laską, a na jego pomarszczonej twarzy widać smutek.

…biegacze z medalami…

Niedaleko stąd, przy ulicy Buczka, powoli zbiera się grupa Świerczewo Run. Nieformalnie jest ich ponad stu, ale regularnie biega około dwudziestu. Kuba Troszczyński powoli dobiega na boisko przy ulicy Buczka. Na głowie ma chustę, w ręce flagę. Charakterystycznie ubrany – od razu widać, że sportowiec. Przeprowadził się na poznańskie Świerczewo z Bielska-Białej. Nie miał z kim biegać, więc uruchomił grupę na facebooku. Początkowo nikt się nie zgłosił. Spróbował jeszcze raz. Pierwszych dziesięć treningów odbył sam, potem dołączyły kolejne osoby. Biegają po 5 kilometrów w każdy wtorek o godzinie 20.00. – Potem odprowadzamy dziewczyny do domów – śmieje się Kuba. – A tak serio, to jesteśmy jedną wielką rodziną, spotykamy się na imprezach, wigilii. Z kolegami biegaczami z innych grup spędzamy razem czas przy ogniskach. Po prostu się lubimy. Na swoim koncie mają wiele medali, przebiegniętych maratonów, a nawet ultramaratonów.

…fort, który niszczeje…

Dalej, idąc ulicą Leszczyńską, trudno stwierdzić gdzie się jest. – Proszę sobie wyobrazić, że po jednej stronie ulicy mamy Świerczewo, a po drugiej Górczyn – mówi Anna Matusewicz-Potocka, Przewodnicząca Rady Osiedla Świerczewo. – Mieszkańcy dziwią się tym podziałem, często zgłaszają się do nas z prośbami o pomoc, ale my nie możemy nic zrobić. Skręcając w ulicę Piargową, dojeżdżam do Głazowej. – Do fortu Pani jedzie – zaczepia mnie Krystyna Nowak. – Tak, a wie Pani gdzie to jest dokładnie? – pytam. – Tam, w ten park trzeba wjechać i do końca. Pani uważa, tam dziury są i straszny bałagan. Rzeczywiście. Otwarty na oścież, zabytkowy Fort IX, przeraża. Kamienie i resztki elewacji walają się pod nogami. Wchodzę. Ze ścian kapie woda, śmierdzi moczem. Na podłodze butelki po wódce i innych alkoholach. Prawdopodobnie regularnie odbywają się tutaj imprezy. Gdzieś tam z boku ktoś prowadzi działalność. Schody do piwnicy niezabezpieczone, można zejść na dół. A mógłby być taki ładny obiekt do zwiedzania… Fort powstał pod koniec XIX wieku, kiedy rozpoczęto budowę systemu umocnień w ramach Twierdzy Poznań. Pomiędzy nim a Fortem IXa na Dębcu, znajdują się dwa bunkry. 26 stycznia 1940 roku, o godzinie ósmej, rozpoczęła się ofensywa Armii Czerwonej. Umocnienia na Świerczewie zostały ostrzelane przez artylerię, następnie ruszył atak piechoty, który jednak został odparty przez Niemców broniących się w cegielni. Kolejny atak, z użyciem czołgów, przełamał tę linię obrony, następnego dnia został zdobyty Fort IX. Mimo tego, oddział broniący się w cegielni, poddał się dopiero 6 lutego.

…cegielnia i szachty…

Po cegielni niewiele dziś pozostało. Powstała na terenie folwarku świerczewskiego w 1907. Właścicielami zarówno folwarku, jak i zakładu byli Hugo Kindler oraz Gustav Kartmann – przedsiębiorcy budowlani i architekci. Oprócz budynków produkcyjnych, w skład rozległego majątku wchodziły też: dom właściciela, dom gościnny, budynki mieszkalne dla pracowników, stajnia, wozownia, spichlerz i 9-hektarowy park. Cegielnia działała do 1971, kiedy to została zniszczona przez pożar. Do dziś można zobaczyć dom właściciela stojący bezpośrednio przy ul. Leszczyńskiej oraz dom ogrodnika, nazywany też gościnnym, na Szachtach. – W tamtych czasach alejki były wysypane białymi kamyczkami, park wyglądał przepięknie – dodaje Anna Matusewicz-Potocka. Kursowała tu także kolejka, niestety złomiarze ukradli tory. Jeszcze do niedawna tu wszędzie były chaszcze i nazywano to miejsce „gliniankami”. Dziś jest piękny park łączący Świerczewo z Luboniem i Fabianowem – Kotowem. Powstaje też wieża widokowa.

…i do dziś pomylone dzielnice.

Liście powoli spadające z drzew dają znać o jesieni, ale na ławeczkach wciąż wypoczywają ludzie, dzieci karmią kaczki. Ktoś jedzie rowerem, inni spacerują dookoła stawów. Przy każdym z nich tablica z opisem pomników przyrody. Powoli wracam. Pomimo tego, że jestem na Świerczewie, tablice z nazwami ulic wskazują, że jestem na Dębcu. Pewnie stąd ta pomyłka moich rodziców odnośnie nazwy dzielnicy. Żółtozielone liście wciąż przypominają mi o tych uliczkach, po których jeździłam nowiutkim „Wigry 3”, udając, że jestem policjantką i Michała, który w Szkole Podstawowej nr 79 wkładał mi do tornistra listy miłosne. Serdecznie go pozdrawiam.

Na dworcu kolejowym też napis Poznań – Dębiec, chociaż to Świerczewo. Takie tu wszystko pomylone, chociaż mieszka się dobrze – przynajmniej tak twierdzą mieszkańcy. Ja już zawsze, przychodząc tutaj, przed oczami będę miała pociąg osobowy do Osowej Góry, którym jeździliśmy w niedzielę nad jezioro, mojego małego brata w wózku, który dziś ma prawie 190 centymetrów wzrostu, beztroskę, grę w piłkę na podwórku, książki czytane pod wierzbą płaczącą i ten nasz dom, przy Opolskiej, z którego po pożarze musieliśmy się wyprowadzić…