Muzyka to recepta na długowieczność

25 czerwca 2020

Barwa Jej głosu zachwyca. Jazz, swing, gospel czy standardy światowe w Jej wykonaniu brzmią po prostu świetnie. Natalia Kraśkiewicz – Wasilewska, poznanianka wychowana na Winogradach, mama dwójki dzieci, zajmująca się na co dzień kulturą i ochroną zabytków. W duszy mnóstwo Jej gra i potrafi świetnie o tym opowiadać.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

 

Muzyka jest z Panią od zawsze. Czy pamięta Pani, jak zaczęła się ta miłość?

Muzyka była rzeczywiście ze mną zawsze, a to za sprawą mojej mamy kochającej muzykę i utalentowanej wokalnie (jako nastolatka wygrała nawet poznańskie przesłuchania do słynnego w czasach PRL konkursu piosenki w Zielonej Górze). Talent był, ale – jak sama twierdzi – brakowało odwagi. Pewnie dlatego tak mi dopingowała w tej dziedzinie. Gdy miałam siedem lat, to właśnie Ona zaprowadziła mnie na egzamin do szkoły muzycznej, by otworzyć drogę. Nigdy mnie jednak do muzyki nie zmuszała, wskazała jedynie możliwość. Dalej to były już tylko moje wybory. Od dziecka pamiętam nasz adapter i płyty, które mama całymi dniami puszczała: Violetta Villas, Julio Iglesias, Elvis Presley, Danuta Rinn, Paul Anka, Ella Fitzgerald, Dinah Washington, Connie Francis… Niezły misz masz stylów i gatunków, ale jaki materiał cennych inspiracji!

I to był chyba właśnie początek. Pierwsze ciarki na plecach za sprawą zasłyszanej melodii, barwy głosu, brzmienia harmonii. To niemal narkotyczne emocje, chce się ich już stale i ciągle więcej!

Gdzie odbył się pierwszy występ?

Hmmm, to były chyba Międzyzdroje, jeśli dobrze pamiętam. Miałam wtedy jakieś 4 lata i byłam z rodzicami na wakacjach. Kiedy pewnego dnia ogłoszony został konkurs wokalny dla dzieci, zgłosiłam się ochoczo. Pamiętam, że bardzo chciałam znaleźć się na scenie i chwycić za mikrofon. Znałam mnóstwo ładnych piosenek, jednak kiedy przyszło co do czego, postanowiłam na gorąco wymyślić zarówno melodię, jak i tekst. Pamiętam dokładnie, co sobie wówczas myślałam – skoro to konkurs, to musi być coś niezwykłego, coś nowego, czego inni jeszcze nie znają. No i postawiłam na twórczość własną, hahahahaha! W nagrodę otrzymałam wiaderko i foremki do piaskownicy. A bardziej dorosły koncert? Początek liceum. Należałam wówczas do Grupy Teatralnej „Zbliżenia” przy Teatrze Nowym, gdzie naszym opiekunem był nieodżałowany, cudowny i kochany przez nas, ówczesny kierownik literacki Nowego – Milan Kwiatkowski. Uczyliśmy się teatru, pracy z ciałem, aktorstwa, przygotowywaliśmy spektakle. Nad jednym z programów pracowała z nami Grażyna Korin. Był to wieczór piosenki aktorskiej, pokazany kilkakrotnie na dużej scenie Teatru Nowego. To było coś! Magia, zapach kulis, zapach sceny, praca ze światłem, mikroportami. No i ten teatr, do którego chodziło się po 6 razy na „Czerwone nosy” i po 10 na „Lot nad kukułczym gniazdem”.

Jest Pani z wykształcenia muzykiem i kulturoznawcą. Pracuje Pani też jako wokalistka i urzędnik. Skąd takie wybory? Nie chciała Pani pracować tylko jako wokalistka i robić tzw. kariery w show biznesie?

Kulturoznawstwo studiowałam ucząc się równocześnie w Poznańskiej Szkole Aktorskiej, a później w Studium Piosenkarskim im. Czesława Niemena. Propozycje aktorskie i wokalne przyszły szczęśliwie od razu po dyplomie. Czułam, że rozwijam się i nadal kształcę w zdobytym świeżo zawodzie. Kiedy obroniłam dyplom na uniwersytecie, nie chciałam go chować od razu do szafy, a staż w departamencie kultury wydawał się naturalnym następstwem ukończonych studiów. Miałam tam spędzić chwilę, a mija właśnie 14 lat. Kieruję obecnie oddziałem ds. organizacji pozarządowych oraz konserwacji zabytków i ochrony dóbr kultury. Pracę w urzędzie traktuję jak służbę i misję do wypełnienia, a że rozwój kultury w naszym województwie leży mi mocno na sercu, to czuję się na swoim miejscu i staram się wypełniać tę służbę najlepiej jak potrafię.

Wracając do pytania, był moment w moim życiu, kiedy wszystko zaczęło jakby do tej tzw. kariery w show biznesie zmierzać i wtedy może się przestraszyłam, a może po prostu poczułam, że wolę kameralniej? W tym czasie postawiłam też na rodzinę, urodziłam Filipa. Właściwie dopiero od niedawna czuję się coraz bardziej gotowa na to, by pokazać siebie jako artystkę. Chyba po prostu dojrzewam. W końcu. Wierzę, że jeszcze sporo przede mną.

Sporo Pani też pomaga charytatywnie, jak chociażby występy i nagranie płyty dla Hospicjum Palium.

Wciąż za mało! Mam przekonanie, że to mój obowiązek. Z jednej strony muzyka to mój zawód, z drugiej – „darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”. I musi być tutaj równowaga. Hospicjum Palium to szczególne miejsce. Dzisiejsza cywilizacja niechętnie mówi o śmierci, która przeraża nas na tyle, że nie chcemy poświęcać jej zbyt wiele uwagi. Zachowujemy się, jakby nas nie dotyczyła, jakby nie była częścią naszego życia. A przecież jest, w dodatku tak ważną i nieuniknioną. Profesor Łuczak uczył, jak pięknie zatroszczyć można się o tę trudną część naszego życia, tę o której wolelibyśmy nie pamiętać. Był jedną z tych osób niezastąpionych, które dane było mi spotkać. Wspaniały lekarz, wielki człowiek. Hospicjum Palium to miejsce fenomen, wokół którego zgromadzonych jest mnóstwo niezwykłych ludzi, pracowników i wolontariuszy, dających z siebie na co dzień tak wiele. Co istotne, ich liczba stale rośnie! Z tego miejsca i od tych ludzi czerpię dla siebie ważną lekcję.

W swojej karierze była Pani także aktorką i nagrała tytułową piosenkę do filmu. Nie korciło Pani pozostanie w zawodzie aktora? Udział w tak nagradzanym filmie dawał możliwość wyboru. Czy te „ciągoty” w stronę aktorstwa nie dają o sobie znać także we współpracy z Fundacją Sceny na Piętrze Tespis?

Owe „ciągoty” do aktorstwa były właściwie zawsze. Romansowałam z filmem – było kilka ról, była wspomniana muzyka, był też teatr, słuchowiska radiowe, kabaret, a swego czasu nawet „etatowa” konferansjerka. Był rzeczywiście moment, kiedy poczułam magię filmu – rola u boku Jerzego Radziwiłowicza w kameralnym filmie Inki Suchorskiej „Gosia i Antoni”. Nie był to mój pierwszy raz na planie filmowym, a jednak to właśnie wtedy magia zadziałała. Myślę, że kluczowa była tutaj niezwykła osobowość i talent Jerzego Radziwiłowicza. Frajda była wielka! Pamiętam, że po zdjęciach z trudem wracałam do codzienności. Być może wtedy właśnie mogłam pójść za ciosem. W kwestiach artystycznych zdaję się jednak mocno na los, wybieram często to, co samo do mnie przyjdzie, nie walczę na siłę i za wszelką cenę, ufam, że jakaś niewidzialna dłoń kieruje i wie lepiej.

A wspomniana Scena na Piętrze, to taki trochę mój teatr, miejsce, w którym wiele się nauczyłam, miejsce niezwykłych artystycznych spotkań. To też przede wszystkim osoba jej Gospodarza – Romualda Grząślewicza. Jeśli chodzi o moją ze Sceną współpracę, to jak do tej pory udzielam się głównie wokalnie, w programach muzycznych.

Miała Pani szczęście do niesamowitych spotkań muzycznych i nie tylko.

To prawda, sztuka umożliwia takie spotkania, a ja jestem wdzięczna losowi za każde z nich. Nie sposób opowiedzieć tutaj o wszystkich, więc może ograniczę się jedynie do dwóch, które były dla mnie w pewnym sensie przełomowe, najbardziej ubogacające i uwznioślające wręcz. Tak się składa, że dziś akurat obchodzimy 100 rocznicę urodzin Karola Wojtyły, zatem pierwsze wspomnienie nasuwa się naturalnie. Dane mi było zaśpiewać i osobiście spotkać się z Janem Pawłem II w Rzymie, podczas uroczystości wręczenia papieżowi doktoratu honoris causa naszego Uniwersytetu. Śpiewaliśmy między innymi „Abba Ojcze”, a dyrygował twórca tej pieśni – Jacek Sykulski. Było to jeszcze w czasach studenckich, należałam wówczas do Chóru Akademickiego UAM. Na uroczystość mógł wyjechać jedynie mały skład z całego zespołu, właściwie po jednej osobie z każdego głosu. Do dziś jestem wdzięczna Jackowi Sykulskiemu, że padło między innymi na mnie.

No i było też krótkie, aczkolwiek intensywne artystycznie, spotkanie z Mistrzem Hanuszkiewiczem, u progu zawodowych wyborów. Spotkanie podsumowane przez Niego zdaniem: „Dziecko, Ty możesz iść na scenę, masz w sobie prawdę”. Takie słowa niosą!

Teraz spełnia się Pani jako mama dwójki, jak to Pani nazywa, intensywnych dzieci: Adeli i Filipa. Jak sobie Pani radzi z pogodzeniem tego wszystkiego?

Rzeczywiście, macierzyństwo to dopiero jest wyzwanie! Mam dwa pochłaniacze energii! Filip chodzi do szkoły muzycznej, uczy się grać na trąbce i fortepianie, mocno żyje muzyką. Od pewnego czasu nawet komponuje, na co dzień robi zatem sporo muzycznego „hałasu”. Adela z kolei niedawno nauczyła się chodzić, biega więc po całym domu, tańczy, eksploruje, jest bardzo ciekawa świata i ekstremalna w jego poznawaniu. Ma długi i intensywny okres czuwania, natomiast stosunkowo mało czasu poświęca na sen.

Godzenie pracy zawodowej i życia rodzinnego dla większości z nas nie jest proste. Myślę, że czasem, a nawet często, trzeba odpuścić, dokonywać na bieżąco gradacji, oddzielać rzeczy ważne od mniej istotnych, bo jak inaczej pogodzić tyle ról? Nie bierzmy sobie drogie mamy na barki więcej, niż możemy udźwignąć i nie bądźmy na siłę takie idealne! Zatroszczmy się również o siebie, bo wszyscy wiemy, jaką wartością dla całej rodziny jest uśmiechnięta mama!

Kiedy nowa płyta i z jakim materiałem?

Hmmmmm… Mamy obecnie przedziwny czas narodowej, a właściwie ogólnoświatowej kwarantanny. To z jednej strony taki trochę czas darowany – bo zatrzymany, z drugiej jednak strony ciężko w takich warunkach o twórczą przestrzeń. Siedzimy wszyscy „na kupie”, w domu jest biuro, szkoła, żłobek, no i… dom oczywiście, ze wszystkimi jego obowiązkami. Zatem praca nad nowym materiałem muzycznym odłożona została chwilowo na lepszy czas, choć pomysły siedzą rzeczywiście w głowie od dawna i dojrzewają. Będzie pewnie trochę swingowo, na pewno emocjonalnie (bo inaczej nie potrafię) i będzie przede wszystkim o czymś. Z tą płytą to w ogóle długofalowy proces. Tak już mam, że ważne rzeczy w moim życiu nie dzieją się szybko – rodzą się powoli i w bólach. Tak pewnie będzie i z tym albumem. Proszę trzymać kciuki!

Czy ma Pani ukochane miejsca w Poznaniu, bo to przecież Pani rodzinne miasto?

Och tak! Przyznaję się, jestem wielką fanką Poznania i lokalną patriotką. Piękne mamy miasto, najpiękniejszą na świecie starówkę, nasz pastelowy ratusz nie ma przecież sobie równych! Stary Rynek to właśnie jedno z tych ukochanych miejsc. Nie mam jednej, ulubionej knajpki, restauracji czy kawiarni, stale odkrywam nowe, smaczne miejsca. Marzy mi się własne mieszkanie w domkach budniczych – to te małe, kolorowe kamieniczki z sukiennicami na dole. Natychmiast zorganizowałabym tam jakąś twórczą przestrzeń, miejsce prób, artystycznych spotkań, studio nagrań może… Ale tak naprawdę, to od Winograd powinnam była zacząć, bo to zdecydowanie moje miejsce w Poznaniu, mój fyrtel od zawsze. Na jednym z winogradzkich osiedli wychowałam się i w jego pobliżu stworzyłam też własny dom. Znam tu każdy kamień, drzewo, uliczkę. Z Winograd to już blisko na Cytadelę – „naszą Cytkę”, mamy do niej żabi skok i traktujemy właściwie jak prywatny ogród. Odwiedzamy ją prawie codziennie. Do rozarium docieramy najszybciej i – jeśli to krótki spacer – robimy rundkę dookoła i z powrotem do domu. Jakiś czas temu odkryliśmy „Tarasy Cytadeli”, prowadzone przez wspaniałych, uśmiechniętych ludzi. Stały się miejscem naszych rodzinnych spotkań, uroczystości.