O kobietach, ale nie tylko dla kobiet

17 grudnia 2019

Panie się zachwycają, bo nareszcie ktoś ma odwagę mówić o sprawach do tej pory skrzętnie ukrywanych. Panowie w niektórych momentach czują się nieswojo, traktując słowa aktora jako atak na siebie. „28 dni” to opowieść o tym, co dzieje się z kobietami w różnych fazach cyklu miesiączkowego. To głos w dyskusji na temat wychowania seksualnego. Reżyserka Kamila Śliwińska namówiona przez Macieja Nowaka, dyrektora artystycznego Teatru Polskiego w Poznaniu, sięgnęła po tekst Olgi Szylajewej w tłumaczeniu Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: M. Zakrzewski

 

Skąd pomysł na to, by zrobić spektakl o sprawach, które do tej pory były tabu?

Kamila Śliwińska: Dlatego, że jest tabu, oczywiście. Rozbrajamy wszystkie tabu. W końcu przyszedł czas i na to. Coś wisiało w powietrzu i kiedy pojawił się ten tekst stwierdziliśmy, że zrobimy go teraz albo nigdy. Już w tracie pracy nad spektaklem pojawiła się cała histeria związana z edukacją seksualną i to jeszcze bardziej nas zmotywowało.

Dotyka on tematu biologii kobiet.

A ta związana jest z edukacją seksualną, którą każdy powinien przejść, a mamy w tym bardzo duże braki. My dorośli. Myślę, że ten spektakl ma taką siłę, żeby nam to uświadomić.

Przy realizacji i podczas premiery nie napotkała Pani na opór ludzi?

Nie. Słyszałam raczej entuzjastyczne opinie. Oczywiście pewne rzeczy mogą się podobać mniej lub bardziej, ale dla mnie najważniejszym celem było to, żeby ten tekst przede wszystkim dotarł. My go wyśpiewujemy w dużej mierze i myślę, że to mu służy. Wynosi go w taką przestrzeń mitu i uświęca. A wracając do pytania o opór, to tak naprawdę tutaj nie ma przed czym się buntować. W tym przedstawieniu nie ma nic, co nie byłoby prawdą, co pokazywane byłoby tylko z jednej strony. Są w nim zaznaczone i podkreślone pewne absurdy, które się dzieją w traktowaniu biologii kobiet. Jest ona spychana, unieważniana. My same tak do końca nie wiemy, co się w nas wydarza i dlaczego. Jeśli boli, jeśli gorzej się czujemy, przechodzimy kolejne etapy cyklu miesiączkowego i próbujemy to ukryć za wszelką cenę i się do tego nie przyznawać, bo to może stać się argumentem przeciwko nam. Przecież nie powinno tak być. Przede wszystkim wiąże się to z poczuciem wstydu, nawet poczucia winy.

Ten spektakl jest nie tylko dla pań, ale powinni go także obejrzeć panowie.

Oczywiście, jak najbardziej. Jest dla wszystkich. Jest dla bab. Tak, bo baby babom to robią, matki córkom i tak od pokoleń. W dobrej wierze, nieświadomie, ale tam chodzi o świadomość o tym wszystkim, co się w nas i z nami dzieje. W spektaklu pojawia się również wątek męski, który jest istotny w celach poznawczych.

Jak sprawdził się zespół Teatru Polskiego?

Świetnie. Grają wszystkie aktorki tego teatru. Cały przekrój wiekowy, łącznie z nestorką. Każda z tych cudownych kobiet jest indywidualnością, grają bardzo różne postaci. Niesamowite jest to, że potrafiły wspólnie poczuć i zrozumieć, że siła leży w działaniu grupowym. Nazwałyśmy to grupą mądrych kobiet, bo takie są nie tylko na scenie. Bardzo sobie cenię tę współpracę, między innymi z tego względu, że potrafiły zaznaczyć swoją obecność w przedstawieniu, jednocześnie pozostając w grupie. Zespołowe działanie jest w zasadzie cechą aktorstwa. Widzowie nie zawiodą się na nich.

„28 dni” to spektakl, który wymaga od aktorów umiejętności tanecznych, wokalnych i ogromnej współpracy, tak by jedna postać nie przyćmiła innych.

Tak. Każda ma oczywiście swój moment w przedstawieniu, ale kładziemy nacisk na pracę zespołową. To ogromna praca, bo przecież panie śpiewają na głosy, co nie jest proste i wymagało wielu godzin ćwiczeń. Muzyczny intensywny trening trwał dwa miesiące. Są to aktorki śpiewające, ale przecież nie na co dzień, nie jest to też teatr muzyczny, a ten spektakl jest muzyczny. Panie bardzo się przyłożyły. Było to dla nich wyzwanie, ale też świetnie, z wyczuciem, były poprowadzone przez Joasię Sykulską, która jest kierowniczką muzyczną i dyrygentem.

Czego Pani szuka, chodząc do teatru?

Od długiego czasu jestem po tej drugiej stronie i nawet jak siedzę nie na swoim spektaklu, to oglądam go jakby warsztatowo. Nie umiem inaczej.

Po co robi Pani spektakle? Dlaczego ludzie mają przyjść właśnie na Pani przedstawienia?

Jestem absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Studiowałam fotografię i na wstępie zostałam zapytana – po się pani zajmuje fotografią? Wtedy odpowiedziałam i do tej pory podtrzymuję tę odpowiedź: robię to dla siebie. Osobiście doświadczam i świadomie przechodzę proces twórczy. W przypadku tego spektaklu, jak i innych, które robiłam, zawsze jest to osobiste rozgrywanie różnych moich postaw i weryfikowanie ich w tej pracy. „28 dni” jest na maksa szczere, jest tam bardzo duża część mnie i tego, co przeszłam radykalizując się feministycznie. I to chyba tak jest. Jeżeli ktoś powie, że jego motywacją jest chęć zbawiania w teatrze świata, to nie uwierzę. Trzeba mieć twórczą satysfakcję z tego, co się robi. Jeżeli jest to temat, który ma potencjał zmiany świata, a ten tekst taki ma, to tym bardziej ta moja motywacja wzrasta, żeby oddać temu tematowi siebie i swoje zasoby, a potem pokazać to światu. Ostatecznie chcę mieć satysfakcję patrząc na to, co zrobiłam. I to jest moja egoistyczna potrzeba.