Olimpijczyk

15 lutego 2019

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych poznaniaków. Mistrz olimpijski, który teraz stacza boje w Sejmie jako poseł. Przez kilkadziesiąt lat rzucał młotem, na swoim koncie ma mnóstwo sukcesów i medali, których nie sposób zapamiętać. Dumnie kroczy w barwach Drużyny Szpiku, wspierając jej podopiecznych. Kocha Poznań, ale życie spędza na walizkach, bo nie lubi stać w miejscu. Szymon Ziółkowski zdradza, czy jeszcze wchodzi do koła i jak spędza czas wolny.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Za co kocha Pan Poznań? Czy jest coś takiego, za co można kochać to miasto?

Szymon Ziółkowski: Nie wiem, czy jest jeden taki powód. Jestem poznaniakiem z dziada pradziada. W czasie mojej kariery sportowej miałem wiele propozycji, żeby poznaniakiem przestać być. Nigdy się na to nie zdecydowałem. Lubię to miasto. Mieszkam tutaj od dziecka. Urodziłem się klasycznie, czyli na Polnej. Teraz mieszkam już pod Poznaniem. Nie znajdę jednej rzeczy, za którą kocham to miasto. Jest tego zbyt wiele.

Od wielu lat działa Pan charytatywnie, m.in. w Drużynie Szpiku.

To miasto lubię też za to, że są tu ludzie, którzy chcą działać i mnóstwo robią. To tutaj powstaje bardzo dużo inicjatyw obywatelskich. Świetnie działa budżet obywatelski, ruchy miejskie, samorząd osiedlowy, rady osiedli. Tutaj widać, że ludziom się chce. Chce się również działać w Drużynie Szpiku. Ludzie mieszkający w Poznaniu coraz bardziej czują się gospodarzami, a nie tylko mieszkańcami w jakiejś aglomeracji. Dbają o to z poczuciem, że przecież to jest ich.

Dlaczego wybrał Pan działanie w Drużynie Szpiku? To bardzo ciężki temat i zadanie.

Jest to bardzo ciężki temat, ale uważam, że osoby publiczne, a ja przecież jako sportowiec, chcąc nie chcąc, byłem nią, dostają szansę zaistnienia w świecie ze wszystkimi dobrodziejstwami inwentarza, czyli plusami dodatnimi i ujemnymi, jak mówił klasyk. Dzięki temu, że w jakichś dziedzinach życia udało się coś osiągnąć, jesteśmy w stanie wpłynąć na postrzeganie świata przez innych ludzi. Takim instytucjom jak Drużyna Szpiku też jest dużo łatwiej dotrzeć do potencjalnych kandydatów na dawców, jeżeli stoją za tym osoby, które można zobaczyć w świecie szeroko rozumianym jako publiczny. To był jeden z argumentów, którym mnie przekonała Dorota Raczkiewicz. Chociaż muszę powiedzieć, że jakoś wielce nie musiała się starać z tym przekonywaniem. Już od kilku ładnych lat mówimy ludziom, że bycie dawcą szpiku to nie jest nic strasznego, to nie jest jakaś groźna operacja czy zabieg, nie wiąże się z żadnym niebezpieczeństwem, nie boli. Ja to zawsze powtarzam na spotkaniach, na które często jeździmy do szkół. Dając cząstkę siebie, możemy uratować komuś życie. I to jest bezcenne!

Dlaczego zdecydował się Pan na karierę polityka? Mógł Pan zostać też trenerem, bo ma Pan niesamowite podejście do dzieci.

Żeby być trenerem trzeba mieć wykształcenie w tym kierunku, niesamowite pokłady cierpliwości, których ja na pewno nie mam.

Jeden z Pana trenerów też tej cierpliwości nie miał…

No tak, ale nie chciałbym iść takimi śladami. Uważam, że w sporcie najlepszymi trenerami są słabi zawodnicy. Im ktoś był słabszym zawodnikiem, im więcej musiał włożyć pracy na treningach, żeby osiągnąć dobre wyniki, tym ma większe doświadczenie. Zawodnicy, którym się wszystko udawało technicznie, np. w takiej konkurencji jak moja, tego nie mają. Mnie trener mówił, że mam coś zrobić i ja to robiłem. Jak mi się dzisiaj ktoś pyta, jak to robiłem, to ja nie wiem. Dla mnie to był automatyczny ruch. Ciężko byłoby mi to wytłumaczyć podopiecznym. Staram się czasem angażować jako konsultant, ale dla zawodników na trochę wyższym poziomie, żeby mieć o czym rozmawiać. Wprowadzenie do mojego sportu dzieciaków wymaga ogromnej cierpliwości, której nie mam. Co do polityki uważam, że sport jest na tyle fantastyczną dziedziną naszego życia, że należy mu się wsparcie z każdej możliwej strony. Polityka jest jedną z dróg takiego wsparcia. Mówiąc kolokwialnie ­– tam się trochę dzieli kasę. Uważam, że w naszym parlamencie powinni być reprezentanci wszystkich środowisk i zawodów, by dyskusja była jak najbardziej merytoryczna.

Często ludzie łapią Pana na ulicy i proszę o autograf?

Już nie tak często jak dawniej. Trzeba powiedzieć, że mój medal olimpijski skończył 18 lat – ma skubaniec czynne prawo wyborcze (śmiech). Aż wierzyć się nie chce, że to już tyle lat minęło. Nie powiem, że przybyło mi siwych włosów (śmiech).

No tak, faktycznie rozmawiam z emerytem, którego rozpiera energia i który jeszcze dodatkowo jest też Ambasadorem Wielkopolski.

Zawsze byłem związany z Wielkopolską, Poznaniem i uważam, że to jest cały czas region niewykorzystany i nieodkryty. Nawet jak popatrzymy tylko na ścieżki rowerowe, zbiorniki wodne, szlaki wodne w okolicach Poznania. Można świetnie spędzać czas, wcale nie jadąc na Mazury, by np. fajnie pożeglować. Coraz lepiej rozwija się baza, wystarczy popatrzeć choćby na Jezioro Kierskie czy Swarzędzkie.

Nie mówiąc o Pętli Wielkopolski.

Oczywiście. To wszystko, niestety nie jest tak mocno promowane. Potencjał turystyczny Wielkopolski jest ogromny, także jako regionu z ważną dla kształtowania państwa polskiego historią. Trzeba jeszcze wiele zrobić, żeby przyciągnąć tu zagranicznych turystów. Jeżeli mogę być, mówiąc brzydko, użyty, by wspomóc Wielkopolskę, to jak najbardziej się zgadzam.

Lubi Pan jeść?

Co widać!

Widać nadal posturę sportowca.

Od postury sportowca to już dawno odeszliśmy.

Nigdy przecież nie był Pan wagi lekkiej.

No nie, to fakt. Zawsze byłem większy niż mniejszy.

Wracając do tego jedzenia, to jakie najbardziej Pan lubi?

Domowe jedzenie. Choć gulaszu z dziczyzny w Pałacu w Wąsowie nigdy nie odmówię. Całe życie spędziłem na walizkach i zawsze ciągnęło mnie do domu, by zjeść schabowego czy mielonego z ćwikłą i chrzanem. To takie elementy kuchni, których nigdzie się nie spotka. Owoce morza można zjeść na całym świecie, ale gzika z naszym ziemniaczkiem w mundurku nie zjemy, barszczu z pyrkami też nam nie podadzą. To są takie rzeczy, do których wracam.

Jak rozmawialiśmy przed zakończeniem kariery, to mówił Pan, że na emeryturze osiądzie Pan w domu i będzie cieszyć się czasem z rodziną. Musi się Pan namieszkać. I co?

Taki był plan. Ale nie wyszło. Ja chyba mam trochę naturę włóczykija.

Jest Pan stale na walizkach.

Zamieniłem tylko Centralny Ośrodek Sportu w Spale na Centralny Ośrodek Sejmowy na Wiejskiej w Warszawie. Mam tam też swój mały pokoik. I tam przyjeżdżam na zgrupowanie. Rodzina jest też chyba już do tego przyzwyczajona, koty też. Jak za długo siedzę w domu, to domownicy już mnie pytają, czy nie muszę gdzieś pojechać, bo już tydzień siedzę. Żartuję oczywiście. Ale rzeczywiście jesteśmy przyzwyczajeni do tych moich walizek. Teraz wyjazdy to już żadna filozofia, bo mam szafę z rzeczami na miejscu i po prostu wsiadam w jakiś środek komunikacji i pojawiam się w Warszawie. Taka praca po prostu.

Dzieci nie idą w Pana ślady?

Próbują lekkoatletyki. Córa sylwetkę ma po mnie (śmiech): szczuplutka z długimi blond włosami i dlatego próbuje biegać. I to całkiem z niezłymi wynikami, jak na taką młodą osóbkę, bo ma dopiero 10 lat. Najważniejsze jest to, żeby się wszyscy ruszali. A czy z tego będą potem wyniki sportowe, to już jest mniej ważne. Trzeba się po prostu ruszać.

Rośnie trzecie pokolenie sportowców w rodzinie?

Nikogo nie naciskam, żeby się realizował w sporcie, bo ja byłem. Myślę, że najwięcej nacisków jest ze strony niezrealizowanych rodziców. Śmiejemy się, że jest to klub szalonego rodzica, bo na meczach często widać, że przejawiają oni dużo więcej pasji niż ich dzieci.

Nie korci Pana, by zorganizować w Poznaniu imprezę sportową pod swoim patronatem?

Jako Poznańskie Stowarzyszenie Olimpijskie, bo jestem prezesem wybranym już teraz na drugą kadencję, robiliśmy kilka takich imprez. Przede wszystkim popularyzujących olimpizm w Poznaniu. Udało nam się zrobić powitanie poznańskich olimpijczyków wracających z Igrzysk w Rio de Janeiro. Co roku organizujemy piknik olimpijski. Co do organizacji samych zawodów, to mamy w Poznaniu problem z obiektem.

Nie mamy ani hali, ani stadionu.

O halę walczymy. Mam nadzieję i ambicję, że pierwsza łopata zostanie wbita w ziemię na Golęcinie w 2019/2020 roku. Powstanie obiekt treningowy z prawdziwego zdarzenia. Całoroczny dla dzieci i dorosłych uprawiających lekkoatletykę. Bo to ona jest podstawą każdego ruchu. Jeżeli chcesz uprawiać każdy inny sport, to najpierw musisz być lekkoatletą, bo musisz umieć biegać, skakać, rzucać. W całej Wielkopolsce takiego obiektu nie ma.

A hala widowiskowo-sportowa? Wszystkie imprezy nas omijają.

Poznań przespał swoją szansę. Teraz wszystkie wielkie imprezy są już za nami. Wtedy było jeszcze możliwe dofinansowanie z Unii Europejskiej. Myślę, że to jest idea na przyszłość. Nawet klubu drużynowego nie mamy, który dawałby gwarancję zapełnienia hali podczas rozgrywek. Ale z pewnością w Poznaniu taki obiekt jest potrzebny, zasługujemy na taką halę nie tylko dla sportu, ale również dla imprez kulturalnych.

Nie nudzi się Pan trochę w tym Sejmie?

Nie… tam się nie da nudzić.