Pan od pogody

5 kwietnia 2019

Można Go spotkać w Starym Browarze, na Starym Rynku, Śródce albo dojrzeć przemykającego poznańskimi uliczkami. Bartek Jędrzejak, jeden z najbardziej lubianych i najchętniej oglądanych dziennikarzy, prezenter pogody w Dzień Dobry TVN, w Poznaniu zostawił swoje serce. Ma tu wielu przyjaciół, znajomych, a nawet… stomatologa. Mówi o sobie poznaniak, ponieważ spędził tu najlepszych dziewięć lat swojego życia. To tu nauczył się pracy w telewizji, szacunku do swojego zawodu i do ludzi, których uwielbia. Przyznaje nawet, że był czas, kiedy woda sodowa uderzyła Mu do głowy, ale życie bardzo szybko to zweryfikowało. Właśnie został prowadzącym program Big Brother, który po 17 latach wrócił na antenę i jest emitowany w telewizji TVN7. Jak sobie poradzi?

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Iza Grzybowska TVN /

Hanna Balwierczak, www.facebook.com/haniabalwierczak / instagram.com/balwierczak_stories

 

Ostatnio często jesteś w Poznaniu.

Tak, bo ja jestem z Poznaniem mocno związany. Tak naprawdę mam wrażenie, że tutaj zostawiłem część siebie i ten najfajniejszy okres studiów, przyjaźni, imprez do białego rana, pierwszych miłości. Bardzo lubię to miasto. Do dziś mam tu wielu znajomych, przyjaciół, tutaj się dobrze czuję i ładuję akumulatory. Czuję, że żyję, ale też pracuję. Poznań daje mi energię. Nie wiem jak by było, gdybym zamieszkał tu na stałe. Lubię poznaniaków, to „tej”, „ryczkę”, „tytkę”, „cmyntorz”, pyrę z gzikiem, koszulkę na naramkach. Mam tu swojego stomatologa. Tak sobie myślę, że kiedyś wszystko sprzedam, kupię małe mieszkanie albo domek i przeprowadzę się do Poznania. Oczywiście nie narzekam na Warszawę, bo tam się dobrze mieszka, ale tu chyba zostawiłem swoje serce.

Dużo ludzi kojarzy Cię z Poznaniem, przecież poznański oddział TVP był swego czasu Twoim domem.

Wszystko, co zacząłem robić w swoim zawodzie, zaczynałem w Poznaniu. Przepracowałem tu dziewięć lat. Do dzisiaj, kiedy zjeżdżam z Ronda Rataje i patrzę w prawo na budynek przy ulicy Serafitek, wracają wspomnienia i delikatnie się uśmiecham. Tym bardziej, że w Warszawie mam fragmenty poznańskiej telewizji, bo w TVN24 pracuje Kasia Werner, Magda Wyszyńska, więc wciąż mamy kontakt.

Pamiętasz swoje pierwsze zderzenie z poznańską telewizją?

Pamiętam. To była redakcja przy Alei Niepodległości, gdzie szefową Teleskopu była Lena Bretes. Wszedłem i zobaczyłem tych dziennikarzy z ekranu: Ewę Siwicką, Monikę Stachurską, Dorotę Knop-Dolatę i zwariowałem. Czułem jakby spełniały się moje marzenia. Wszedłem do pomieszczenia, gdzie mieściła się redakcja, otworzyłem szafę i chciałem powiesić kurtkę na wieszaku. Nie wiem jak ja to zrobiłem, ale wszystkie wieszaki spadły i zrobiły wielki huk. I Dorota, która ma bardzo fajny żart, podniosła głowę znad komputera i mówi: młody, i nasraj tam jeszcze (śmiech). Pomyślałem – co za ludzie, przecież to mój pierwszy dzień tutaj. Potem w obroty wziął mnie mój mentor Grzegorz Chlasta, który dziś pracuje w Warszawie. Przebiegł ze mną po całym budynku, powiedział: tu jest newsroom, tam jest montaż, tu operatorzy, tam wysyłamy materiały do Warszawy, tu jest taka redakcja, a tam tacy dziennikarze i koniec.

Notowałeś?

Nie, starałem się zapamiętać. I pamiętam jak potem szukałem montażu, to chodziłem po księgowości, po rożnych innych biurach, bo się gubiłem. Ale TVP Poznań bardzo dużo mnie nauczyła i gdyby nie ten początek, nigdy w życiu nie robiłbym tego, co robię teraz. Obecnie o Telewizji Polskiej mówi się różne rzeczy ze względów politycznych, a ja na to miejsce nigdy nie powiem złego słowa. I tu ukłon i wielki szacunek dla tych wszystkich, z którymi pracowałem, bo to była prawdziwa szkoła. Teraz to się pozmieniało, czego bardzo żałuję, bo wystarczy, że pokażesz fragment tyłka i piersi, szafę skarpetek i szufladę majtek i jesteś najbardziej znanym w Polsce blogerem. Kiedyś, żeby stanąć przed kamerą, trzeba było pozdawać karty mikrofonowe, ekranowe, były egzaminy. Poza tym był inny klimat w redakcjach. Nie mówię, że nie było wyścigu szczurów, ale my całą redakcją chodziliśmy do miasta, było dużo pozytywnej energii. Nauczyło mnie to pracy zespołowej, takiej prawdziwej. Zaczynałem od noszenia kabli, statywów, reporterom nagrywałem fragmenty materiałów.

I w końcu pojawiło się Twoje nazwisko na ekranie.

Oj, to był dzień. Byłem taki szczęśliwy. A potem zobaczyłem moje nazwisko w grafiku, który ustalała szefowa. Zostałem reporterem porannym. Zrobiło mi się gorąco, byłem tak z siebie dumny. Pamiętam kiedy wprowadzono poranne i wieczorne przeglądy prasy, przygotowywane przez reporterów. Zacząłem pojawiać się na wizji, siedziałem w studiu przy prowadzącym. Nigdy nie zapomnę swojego przeglądu z siedzącą obok Ewą Siwicką. Powiedziała wtedy – nie denerwuj się, dobrze wyglądasz, wszystko jest ok. Bardzo mocno mnie wspierała.

Ale przygoda z Poznaniem się skończyła.

Niestety tak i zacząłem szukać pracy. U mnie w życiu jakoś tak wszystko dzieje się przypadkiem, chociaż generalnie nie ma przypadków. Dzień Dobry TVN to też przypadek. Wiedząc, że straciłem pracę w Poznaniu, pojechałem do znajomych do Warszawy. Na jednym ze spotkań poznałem pierwszego producenta DD TVN Remika Maścianicę i opowiedziałem Mu swoją historię. A on patrzy na mnie i mówi: wpadnij. I tak jak wpadłem, to zostałem. Potem zadzwoniłem do TVN Meteo i zapytałem, czy mogę im jakoś pomóc w wyszukiwaniu materiałów. Chciałem sobie zwyczajnie dorobić. Pewnego dnia koledzy z Meteo zaproponowali: słuchaj, a mógłbyś tak stanąć przy mapie, opowiedzieć o pogodzie, a my cię nagramy? Wszyscy byli zdziwieni, że ja to potrafię zrobić. Po kilku tygodniach dzwoni do mnie główna stylistka TVNu – Dorota Williams ze słowami: Bartek, słyszałam, że za dwa tygodnie zaczynasz dyżury pogodowe, więc musimy iść powybierać stylizacje. I tak to się zaczęło.

Publiczność Cię polubiła, ludzie rozpoznają Cię na ulicy. Lubisz to?

Bardzo, ale mam do tego dystans. Ostatnio usłyszałem jeden z najpiękniejszych komplementów w swoim życiu od dziennikarza, który przeprowadzał ze mną wywiad. Powiedział: jesteś trochę jak Dawid Podsiadło telewizji. Dawid jest mocno zdystansowany, ma dobry żart, chroni swoją prywatność, do tego jest skromny i ma ogromny talent. Muszę przyznać, że się wzruszyłem. Po 20 latach pracy usłyszeć coś takiego? Warto było. Każdy ma w życiu gorszy czas, oderwania od rzeczywistości, ja też go miałem. Na szczęście wróciłem na ziemię.

Daleko odpłynąłeś?

Daleko. Kiedy rozpoznawała mnie pani na poczcie, ludzie obracali się za mną na ulicy myślałem: wow, ale jestem gość, teraz się będzie działo. Odbiło mi, naprawdę. Wydawało mi się, że stawanie na ściankach i brylowanie, to jest coś naprawdę wielkiego. Wychodzisz na bankiet, stoisz przed lustrem, a w głowie: no, zawsze wyglądasz świetnie, ale dzisiaj to już przegiąłeś. Po czym oglądasz zdjęcia, na których jesteś w gazecie i stwierdzasz: matko, co to jest za człowiek? To ja? Życie szybko zweryfikowało. Moja rodzina zareagowała natychmiast. Dużo podróżuję, zapowiadam pogodę z wielu miejsc w kraju. Dla mnie dziś najpiękniejszym momentem jest, kiedy mogę posiedzieć w domu, poczytać książkę czy gazetę, spotkać się z przyjaciółmi, o tak jak teraz. Siedzimy sobie w Le Targ w Starym Browarze, a naszej rozmowie przysłuchuje się Ola, z którą do tej pory nie miałem czasu się spotkać. I to jest fajne. Oczywiście, mam świadomość, że te ścianki są istotne, bo to się potem przekłada na publiczność i followersów na Instagramie czy Facebooku, a w mojej pracy jest to bardzo ważne. Ale wszystko trzeba robić z głową.

Ty lubisz swoją pracę.

Bardzo. Kocham to, co robię i mam dużo szczęścia, bo jeszcze mi za to płacą. Ale mam dystans. Przez to, że odpłynąłem kilka razy, zawodowo i życiowo dostałem porządnie w tyłek, kilka razy zweryfikowałem grupę swoich znajomych, przyjaciół. Były momenty, kiedy okazywało się, że ci, którzy są blisko mnie, uważają mnie za zupełnie inną osobę. Wiele osób życzyło mi, żeby mi się nie udało, żebym się potknął. A ja zawsze staram się ludziom dobrze życzyć i przestałem zamiatać pod dywan. A teraz mam chyba syndrom wieku średniego i po 40 wszystko mi się zmieniło (śmiech).

Jesteś bardziej dojrzały?

Na pewno i mam potrzebę mówienia ludziom prawdy, nawet, jeśli miałoby to zaboleć. Nie widzę powodu, dla którego miałbym grać. Ok, mam fajną pracę, ale jutro podczas programu Dzień Dobry TVN, albo Big Brother, mój dyrektor programowy powie może powiedzieć: Bartkowi spada oglądalność, ograł się, albo go przesuniemy, albo podziękujemy. I skończy się moja życiowa przygoda. Dlatego muszę być taki, żeby ludziom chciało się mnie oglądać. Na szczęście nie muszę nikogo udawać, bo taki, jaki jestem na wizji, taki jestem na co dzień.

Kiedy ostatnio weryfikowałeś przyjaciół?

To smutny dla mnie moment. Pamiętam tę datę: 9–10 grudnia 2018. To była wspólna wigilia z grupą przyjaciół. Spotkaliśmy się 9 grudnia, a następnego dnia okazało się, że to wszystko, co było między nami przez wiele lat, wcale nie było takie różowe jak się wydawało. Na początku czułem złość, żal, ale też świadomość, że nic nie dzieje się bez powodu, bo była też w tym i moja wina. Dziś jestem spokojny, bo wolę mieć mniejsze grono prawdziwych ludzi obok, niż nie wiadomo ile osób przypadkowych. Zresztą nic nie dzieje się bez przyczyny.

To, że jesteś prowadzącym Big Brother to też nie przypadek?

Może tak, może nie. Moja koleżanka powiedziała mi, że 2019 to będzie mój rok. I rzeczywiście sporo się teraz dzieje w moim życiu. Kiedy otrzymałem propozycję poprowadzenia programu Big Brother na antenie TVN7 razem z Agnieszką Woźniak-Starak bardzo się ucieszyłem. Zastanawiam się czy w dzisiejszych czasach ludzie odnajdą się w domu Wielkiego Brata bez telefonów, Internetu. Wracamy trochę do ery kamienia łupanego, czasów gdzie nie było tego wszystkiego. I teraz grupa obcych ludzi w jednym domu musi się porozumieć. A świat się zmienił. Dziś nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Prowadzimy dialogi w telefonie. A w domu są różni ludzie, praktycznie cały przekrój społeczeństwa. I oni muszą ze sobą funkcjonować. Dwa, trzy dni można grać, ale przez 90 dni nie da się robić dzióbka. Dom jest piękny, ogromny, ma prawie 500 metrów kwadratowych, ale nie ma się gdzie schować, ukryć, wyciszyć. Jak to będzie i jak sobie poradzą? Zobaczymy. Ciekaw jestem czy ludzie przed telewizorami zatrzymają się chociaż na chwilę i jak zareagują młodzi ludzie, którzy nie potrafią żyć bez telefonu.

Ale nie przestaniesz zapowiadać pogody?

No co Ty, ja to kocham!

To jaka jutro pogoda w Poznaniu?

Kompletnie nie jestem na to pytanie przygotowany. Ale zobacz, słońce przebija się przez chmury. Zaczekaj, chcesz to będziesz miała. Bartek bierze telefon i dzwoni do synoptyka TVN. Mam z nim połączenie całą dobę, a jak nie masz dyżuru dwa dni to wypadasz z rytmu, więc trzeba się interesować. Nie odbiera, zaraz zadzwonię do reżyserki. Odkłada telefon. Maksymalnie dziewięć stopni i przelotne opady deszczu.

Pomyliłeś się kiedyś?

Oczywiście, że tak. Kilka lat temu przed Świętami Wielkiej Nocy. Pamiętam jak powiedziałem, że w Wielką Sobotę, kiedy idziemy do święconki, będziemy podskakiwać w krótkich spodenkach i krótkich rękawkach, bo będzie bardzo ciepło. Wstaję rano, a tu śniegu po kostki. Zrobiło mi się gorąco. Widzowie przysyłali nam ulepione ze śniegu zające. Każdy może się pomylić. Poza tym w Polsce mamy tak zmienny klimat, że czasem tak się zdarza…

Wciąż patrzysz za okno.

Zamyśliłem się. Wiesz, moja nieżyjąca już koleżanka, kiedy było bardzo źle, wyczytała gdzieś w księgach medycyny chińskiej, że w miejscu, w którym się dobrze czujesz, zostawiasz swoją energię. Wtedy jeździła na wózku inwalidzkim. Pojechała do miejscowości, w której się urodziła. Widziałem jak wracała o własnych siłach, bez wózka. A ja, pomimo, że się tutaj nie urodziłem, to zostawiłem w Poznaniu mnóstwo energii i chyba dlatego tu wracam, bo tu jest mój drugi dom.