Pasja do staroci

20 kwietnia 2020

2002 rok. Media poznańskie donoszą: na terenie Starej Rzeźni w drugą sobotę  każdego miesiąca odbywać się będzie Giełda Antyków, a w pozostałe weekendy Pchli Targ, na którym każdy może sprzedawać i kupować. 2020 rok.Gazety obiega wiadomość: rozpoczyna się budowa osiedla na terenie Starej Rzeźni. Giełda Antyków i Pchli Targ zmieniają swoją lokalizację. Od kwietnia odbywać się będą na parkingu przed Centrum Handlowym M1 na Franowie.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt, Elżbieta Podolska

Piotr Robiński i Wojciech Mańkowki, socjolog i nauczyciel po AWF – to oni zrealizowali 18 lat temu swój pomysł, który zrodził się z pasji, a przerodził w sposób na życie. To oni wymyślili, żeby do Poznania ściągnąć handlarzy i miłośników antyków i przedmiotów z duszą i zorganizować pierwszy Flohmarkt na wzór tych, które odbywały się w Berlinie.

Piotr Robiński: W tej sytuacji, która jest teraz, kiedy walczymy z koronawirusem, z otwarciem nowego miejsca trzeba będzie chwilę poczekać.

Wojciech Mańkowski: Nie mogliśmy się też odpowiednio pożegnać ze Starą Rzeźnią, na terenie której spędziliśmy wraz z handlującymi i kupującymi wiele lat.

Giełda przenosi się prawie po 18 latach.

PD: Prawie, bo pierwsza odbyła się w październiku 2002 roku. Nigdy nie myśleliśmy, że będziemy organizować ją tak długo i że na stałe wejdzie do kalendarza imprez, które odbywają się w Poznaniu.

WM: Rzeczywiście zostawiamy tutaj kawał swoje życia, ale też wiele przyjaźni, kontaktów, mnóstwo wspomnień. Mamy jednak nadzieję, że w nowej lokalizacji to wszystko wróci, że uda nam się przenieść te relacje i ludzie też będą nas chętnie odwiedzać.

Chciałabym porozmawiać nie tylko o giełdzie, ale i o Was.

O nas? Jesteśmy dwoma starszymi panami, którzy sobie żyją od niedzieli do niedzieli w otoczeniu starych przedmiotów.

Powiedzcie, że nie jest Wam fajnie?

Kochamy to, co robimy. To zrodziło się z pasji.

Panowie, a jak to się zaczęło, bo nie ma co ukrywać, że widzieliśmy się przy okazji powstawania giełdy i potem relacjonowania pierwszych spotkań w Starej Rzeźni.

PR: Prowadziłem kino Apollo, a wspólnie z żoną także Kino Bałtyk. I kiedy zamknięto kina w 2002 roku, to nie bardzo wiedziałem co dalej.

WM: Wpadliśmy na pomysł, że można przenieść Giełdę Antyków do Poznania, że po co ludzie mają jeździć do Wrocławia, czy Warszawy, jak mogliby przyjeżdżać do nas.

No właśnie, bo przecież u podstaw tych osiemnastu lat w Starej Rzeźni jest Wasza miłość do staroci.

WM: Tak. Najpierw ja zacząłem jeździć do Lubina i przywozić stamtąd przeróżne rzeczy, a potem zainteresowałem tym Piotra i jeździliśmy już razem. To w sumie on któregoś razu powiedział, że po co mamy jeździć tak daleko, jak moglibyśmy zrobić sobie to tutaj, w Poznaniu, pod naszym nosem. Tak się zaczęło.

A nie od kina?

WM: To Piotr pracował w kinie. Ja uczyłem krótko  szkole a potem  miałem firmę brokerską. Byłem brokerem ubezpieczeniowym i w moim biurze przygotowywaliśmy wszystkie plakaty, informacje zawiadamiające o pierwszej giełdzie.

PR: Po wyborach samorządowych zdejmowaliśmy płyty, na których wisiały plakaty, a nikt ich nie ściągnął i je adaptowaliśmy do naszych potrzeb.

Szmat czasu…

PR: I szmat historii. Ilu ludzi tu się przewinęło. Części z nich nie ma już z nami.

WM: Na tej giełdzie małżeństwa się pozawierały.

PR: I się porozchodziły. Pamiętasz tamte czasy przecież, bo byłaś z nami. Pamiętam twój artykuł  na pierwszej stronie Expressu Poznańskiego. Bardzo nam wtedy pomogłaś. A zaczęło się rzeczywiście od pytania po co jeździć do Wrocławia? Lepiej zrobić to tutaj. Całe szczęście trafiliśmy na człowieka, który prowadził te upadłe zakłady Pozmeatu, a reaktywowane w Robakowie. Prezes Jacek Kinowski był po historii sztuki, zresztą miał też kilka innych fakultetów. Kiedy podjechaliśmy do niego, czy możemy zrobić tutaj Giełdę Antyków, od razu, bez żadnego zastanowienia, wyraził zgodę. Zaczynaliśmy na połowie placu od strony Garbar.

Na początku było zaledwie kilkanaście stoisk.

PR: Od tego zaczynaliśmy. Na początku niewielu antykwariuszy przyjeżdżało. To branża, w której  wszystko odbywa się sinusoidalnie. To już anegdoty, ale opowiadali, że podczas pierwszych spotkań już o 11.00 brakowało im towaru.

WM: To był jeszcze taki okres, kiedy mogliśmy się wstrzelić w termin w drugą sobotę miesiąca, bo tych giełd nie było w Polsce jeszcze tak wiele. Wrocław i Bytom wyznaczyły nasz termin. W Bytomiu był pierwszy weekend, a we Wrocławiu trzeci. Giełda na Kole w Warszawie była co tydzień, więc nie wpływała na nasze decyzje. Druga sobota miesiąca na tyle fajnie się przyjęła, że antykwariusze z całej Polski do nas przyjeżdżają. W związku z tym, że mieszkałem i pracowałem w latach osiemdziesiątych w Berlinie, uwielbiałem chodzić po Flohmarktach. Wpadłem na pomysł, żeby taki zrobić też u nas w pozostałe weekendy Giełdę Rzeczy Używanych. Zaczęliśmy jeździć do Lubina, Słomczyna, żeby namawiać ludzi na przyjazdy do nas. Zrobiliśmy wówczas mnóstwo kilometrów, ale się przyjęło.

PR: Konserwatywni poznaniacy na początku się przypatrywali, ale potem stało się to rodzinną tradycją, że w sobotę i w niedzielę trzeba wybrać się na Giełdę albo Pchli Targ. Odwiedziny u nas stały się sposobem spędzania czasu. Stało się to też miejscem spotkań towarzyskich.

WM: Szczególnie widać to na Giełdzie Antyków, gdzie ludzi spotykają się przy jakimś stoisku i godzinami rozprawiają na temat jakiejś rzeczy. To jest niesamowite. Dzięki temu nauczyliśmy się bardzo dużo, bo z Piotrem nie jesteśmy po historii sztuki. Jesteśmy pełni obaw o zmianę miejsca, ale powtarzamy sobie codziennie kilka razy, że musi się udać.

Antyki były zawsze Waszą pasją?

W.M.: Zawsze lubiłem rzeczy z historią czy jak się mówi z duszą. To była od zawsze moja pasja, ale nie związana z wykształceniem, bo jestem po Studium Nauczycielskim  i uczyłem wuefu w szkole.

Żony z Waszą pasją wytrzymują? Mieścicie się z tym wszystkim w domach?

WM: Mieścimy się, ale muszę powiedzieć, że jedno piętro domu mam wyposażone w stare rzeczy, bo później żona powiedziała stop. W kuchni mamy tylko wyspę i kredens z XIX wieku wkomponowane w nowoczesną zabudowę. Nie chodzi o to, żeby zawalić sobie tymi rzeczami mieszkanie.

PR: Spokojnie można łączyć stare z nowymi. To ociepla i tworzy klimat.

WM: Na szczęście nasze żony też to lubią.

Pamiętacie pierwsze starocie, od których zaczęła się ta miłość?

PR: Pamiętam. Początek studiów, a byłem na socjologii i miałem kolegę, który był wnukiem repatriantów ze Lwowa. Jego rodzice wrócili ze starym, pięknym bufetem. Zaczynał praktykę w Instytucie Matki i Dziecka w Rabce i nie miał warunków mieszkaniowych i mi ten bufet podarował.  Przez długi czas stał u moich rodziców.

WM: Rodzice  mieli w domu antyki, ale zaczęło się tak naprawdę od kupionego przeze mnie, już nie pamiętam gdzie, żelazka z duszą. Kupiłem je jeszcze przed ślubem, czyli przez 1985 rokiem, z myślą, żeby podarować je swojej przyszłej żonie. Nigdy tego nie zrealizowałem, a miałem taki pomysł, żeby wygrawerować na nim: zabrałaś mi serce, zabierz też i duszę. Mam je do tej pory w domu. Później już jako nauczyciel w Głogowie kupiłem od kobiety lustro eklektyczne, które bardzo nam się podobało i wędrowało z nami przez kilka mieszkań.

Żelazko było z myślą o obecnej żonie?

WM: Tak, oczywiście. My się znamy od dziecka.

PR: Myślę, że trzeba też powiedzieć, że oprócz tych pasji, o których opowiadamy, to jest też nasz sposób na życie.

Jak Wy się poznaliście?

W.M.: Nasze żony miały kiedyś taką przygodę z odzieżą. Ewa, żona Piotra miała butik i brała do niego rzeczy od mojej żony, a sprowadzała je wtedy ze Stanów Zjednoczonych. I tak się poznaliśmy.

PR: A potem zaczęliśmy razem jeździć do tego Wrocławia.

Dużo kupujecie jeszcze na giełdzie?

PR: Wiesz sama, chodzisz i stale ci się coś podoba i myślisz sobie, że zaraz to ktoś kupi, więc lepiej ja to zrobię. Zresztą są dwie szkoły kupowania: kupuję od razu, nawet jak towar jest jeszcze nieco droższy, ale są też tacy, co czekają i chcą to kupić tuż przed zamknięciem po niższej cenie. Nie wiadomo, która lepsza.

WM: Ponieważ mam antykwariat przestałem się martwić, że ktoś coś kupi przede mną. Będzie następne. Ale nie ukrywam, że wiele przedmiotów trafia też do mojego domu.

PR: Ja paru rzeczy, których nie kupiłem – żałuję. Np. pierwszego wydania Głosu Wielkopolskiego z 1945 roku. Nigdy więcej nie trafiłem. Któregoś razu trafiłem też na kolekcję trójwymiarowych zdjęć z wojennej Warszawy, robionych przez jakiegoś niemieckiego żołnierza. Kosztowało to kilka tysięcy, ale okazało się, że ktoś to już kupił.

Czyli kolejny raz spotykamy się na Giełdzie Antyków i Pchlim Targu w nowym miejscu.

Nowi właściciele terenu Starej Rzeźni są bardzo otrawcie na rozmowy i propozycje, kto wie, czy za jakiś czas, może to będzie kilka lat, Giełda Antyków i Pchli Targ znowu nie wrócą w to miejsce. Będzie ono wyglądało już zupełnie inaczej, ale mamy nadzieje, że ten niesamowity klimat pozostanie.