Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Amerykańsko-polski sen

Podziel się

Karolina Mikołajczak jest producentką, reżyserką, montażystką i scenarzystką, która swoje doświadczenie przy tworzeniu filmów zdobywała w Hollywood. Współpracowała z największymi wytwórniami, takimi jak Paramount Digital, NBCUniversal czy Mogul Media. Dystrybutorem jej short movie „Dudes” został Amazon Prime, a „Safe & Sound” ma prawie milion wyświetleń na YouTubie. Właśnie skończyła pełnometrażowy film „One day in Hadsel”, który wkrótce trafi do kin. Jej praca była wielokrotnie doceniana i nagradzana na festiwalach filmowych, m.in. podczas najbardziej prestiżowego, który odbywa się w Cannes. Wróciła do Polski, by łączyć amerykańskie standardy z europejskim spojrzeniem na produkcję.

ROZMAWIA: Dominika Job
ZDJĘCIE: Alejandro Ibarra

Można powiedzieć, że od dziecka byłaś wszechstronnie uzdolniona?
Karolina Mikołajczak: Na pewno miałam wszechstronne zainteresowania. Cała moja przygoda artystyczna zaczęła się jeszcze w podstawówce. Ukończyłam szkołę muzyczną drugiego stopnia w klasie fortepianu. Poczułam, że sztuka to moje powołanie, kiedy wygrałam nagrodę specjalną w konkursie polonezów im. Karola Kurpińskiego we Włoszakowicach. W liceum fortepian odchodził powoli na boczne tory, za to zgłębiałam moją drugą pasję, jaką była fotografia. Przygotowywałam się też do matury na profilu matematyczno-fizycznym, gdzie jako dodatkowy przedmiot wybrałam… literaturę międzynarodową. Wszyscy się dziwili z takiego połączenia, a według mnie są to podobne kierunki, które wymagają analizy, interpretacji i myślenia abstrakcyjnego, co sprowadza nas właśnie do artyzmu.

Kiedy w Twoim życiu pojawił się film?
Był to raczej proces ewolucji. W pewnym momencie zastanawiałam się, jak połączyć te wszystkie dziedziny, które kocham. Film był naturalną odpowiedzią na to, co łączy muzykę i fotografię. Aby to sprawdzić, pojechałam na wakacyjne warsztaty filmowe organizowane w Nowym Jorku oraz na kurs rysowania storyboardów do Londynu. Gdy rok szkolny się zaczął, zapisałam się na kurs produkcji filmowej w Warszawskiej Szkole Filmowej. Przez rok, od poniedziałku do piątku, chodziłam do liceum w Poznaniu, a o 6 rano w sobotę wsiadałam do pociągu i jechałam do Warszawy. W niedzielę w nocy wracałam, żeby rano pójść normalnie do szkoły.

Musiałaś być bardzo zdeterminowana…
Na tym kursie okazało się, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Kamera to coś, czego mi zawsze brakowało w ręce. Wiedziałam, że muszę to kontynuować, że nie potrafię bez tego żyć. Ponieważ zdawałam maturę międzynarodową, zaczęłam myśleć o studiach za granicą. Pomyślałam, że w Los Angeles będę u źródła. Udało mi się dostać stypendium i wyjechać do New York Film Academy w Kalifornii, gdzie studiowałam produkcję filmów. Campus znajdował się w Universal Studios i od razu pierwszego dnia uczyliśmy się tego samego, co dzisiejsi geniusze kina, jak np. Martin Scorsese. Zaczynaliśmy od taśmy filmowej i bardzo starej kamery Arriflex 16 ST, by wykształcić nasze rzemiosło od podstaw historii kina. Zrealizowaliśmy kilka krótkich filmów. To wszystko było dla mnie bardzo inspirujące, wiedziałam, że to chcę robić w życiu. Potrzeba realizacji mojego celu była tak silna, że nie przeszkadzała mi ani różnica czasowa, ani dystans – a przecież Zachodnie Wybrzeże jest bardzo daleko od Polski. Rodzina bardzo mnie wtedy wspierała, a ja goniłam za swoimi marzeniami.

Jak wspominasz początki swojego amerykańskiego snu w Los Angeles?
Pełna zapału i ambicji zdobyłam pracę w programie telewizyjnym z ramienia Paramount Network dla AwesomenessTV. Zaczynałam od najniższej pozycji, czyli asystentki produkcji. Powstawał reality show, w którym dwie rodziny rywalizowały ze sobą kulinarnie. Ich gotowanie wiązało się z tym, że przez cały dzień zdjęciowy zbierało się bardzo dużo brudnych naczyń, które trzeba było na bieżąco myć do następnych ujęć i dubli. I tak oto spędziłam pierwsze dni pracy w wielkiej wytwórni filmowej… na zmywaku (śmiech). Później miałam przyjemność pracować przy serialu telewizyjnym, gdzie awansowałam na koordynatora produkcji. Można było się tam wiele nauczyć, zaczynając od spraw organizacyjnych związanych z produkcją, przechodząc do bardziej kreatywnych, jak asysta przy scenografii. Zdobyłam tam szeroką gamę umiejętności, które w późniejszych latach owocowały.

Ale wcześniej uczyłaś się tego na studiach w LA, które z resztą ukończyłaś z wyróżnieniem?
Tak, summa cum laude, zapomniałam wspomnieć (śmiech). W pracy nabywa się doświadczenia poprzez wykorzystanie nabytej na studiach wiedzy, już pod presją danego dnia i czasu na planie filmowym, by sprostać wymaganiom wizji reżysera czy producenta.

Jakie doświadczenie ze Stanów okazało się dla Ciebie najcenniejsze w późniejszej pracy?
Na pewno przebywanie w otoczeniu najróżniejszych kultur i otwartość na nie. LA to taki melting pot – miasto ludzi pochodzących z całego świata, każdy z inną historią. Zdarzało się, że w jednej ekipie pracowałam z ludźmi z Ameryki, Meksyku, Brazylii, Francji, Wielkiej Brytanii, Danii, Egiptu, Arabii Saudyjskiej, Dubaju i Indii. Jakie to daje szerokie horyzonty! Świat się wtedy kurczy, ale Twój umysł i wyobraźnia proporcjonalnie się poszerza. Myślę, że to bezcenne doświadczenie, które pomaga mi teraz przy opowiadaniu najróżniejszych historii w moich filmach.

Dlaczego po siedmiu latach w Kalifornii postanowiłaś wróciłaś do Polski?
Tu był kolejny proces ewolucji. Skończyłam tam studia, zaczęłam pracować w różnych domach produkcyjnych, z czasem podjęłam decyzję, że pora założyć własną firmę i pracować na swoje nazwisko. Stworzyłam już szereg filmów krótkometrażowych, ale chciałam wrócić do Europy i tu promować po pierwsze kino europejskie, ale też system koprodukcji europejskiej, który jest bardzo ciekawy. Studia i początek kariery w Kalifornii dały mi potencjał, by móc zbudować most między dwiema odmiennymi kulturami i spróbować połączyć te dwa światy.

Aktualnie kończysz postprodukcję pełnometrażowego filmu „One day in Hadsel”. Jak Ci się pracowało w międzykontynentalnej produkcji?
Ten film jest idealnym przykładem mojej wizji łączenia Europy ze Stanami. Producentką jest Tania Perrin z Francji, a reżyserem jest Carl Urbini, który urodził się w Norwegii, dlatego też swój debiut reżyserski chciał rozpocząć właśnie tam. Muzyka komponowana jest w Hiszpanii, a operator obrazu to mój stały współpracownik z Los Angeles, Jeremy Asuncion. W Polsce zajmujemy się postprodukcją. Warto wspomnieć o ciekawej wizji artystycznej tego filmu, ponieważ głównym zainteresowaniem jednego z bohaterów są amerykańskie westerny, więc reżyser wychodząc od tego elementu, cały film nakręcił jako taki neowestern skandynawski. Film opowiada o rybaku, który chce zadbać o utrzymanie swojego wnuka. Zmaga się jednak w trudnościami, ponieważ lokalną społeczność na wyspie kontroluje gang. Czy będzie musiał z nim współpracować? Zobaczycie w filmie!

Ile trwa produkcja filmu?
Na planie spędziliśmy miesiąc, ale cały film powstaje w dwa lata, od momentu preprodukcji do teraz, kiedy jest gotowy. Tu akurat mieliśmy ograniczenia ze względu na to, że kręciliśmy na północy Norwegii, za kołem podbiegunowym, więc było wyznaczone okno pogodowe, kiedy możemy kręcić, czyli od czerwca do sierpnia. Tam jeszcze występuje dzień i noc polarna, musieliśmy to wszystko uwzględniać.

Co decyduje o sukcesie w Twojej branży?
Trzeba mieć wizję swojej kariery i tego, jaki content chce się kreować. I tej wizji należy się trzymać i w nią wierzyć. Nie wolno się poddawać, bo żaden sukces nie dzieje się z dnia na dzień. Kiedyś przeczytałam, że jedyna różnica pomiędzy tymi, którzy odnoszą sukces, a tymi, którzy go nie odnoszą, jest tylko taka, że ci pierwsi nigdy się nie poddają. To dobre motto przewodnie w branży kreatywnej. Swoje wizje trzeba cierpliwie realizować aż do skutku.

A co uważasz za swoje największe osiągnięcie?
Pokaz filmu „The Stradivari” podczas Polish Film Festival w Los Angeles to pierwszy moment, kiedy ten film zetknął się z publicznością amerykańską i polską. Było to dla mnie ważne przeżycie, tym bardziej że zapełniliśmy salę, mieliśmy bardzo dużą frekwencję w kinie. To było wspaniałe uczucie, podzielić się filmem z publicznością i innymi twórcami, na żywo widzieć ich reakcje. Już samo uczestnictwo w festiwalu to wielki sukces. Konkurencja jest duża, filmów powstaje mnóstwo, a na festiwalach jest ograniczona liczba miejsc. Więc już sam pokaz jest ogromnym wyróżnieniem, a nagroda za dany film to już marzenie.

Ty masz na swoim koncie dużo nie tylko pokazów, ale i nagród. Za film „The Stradivari” zdobyłaś aż trzy nagrody. Za co je otrzymałaś?
Dodam ciekawostkę, że film został nakręcony na taśmie filmowej 16 mm, a dopiero po wywołaniu został zdigitalizowany i przeniesiony na nośniki cyfrowe. Film został wyświetlony na dziewięciu pokazach, w tym na Short Film Corner podczas Festiwalu Filmowego w Cannes i Festiwalu International Film and Music Festival Jecheon w Południowej Korei. Podczas amerykańskiej premiery na Los Angeles Independent Film Festival Awards dostałam nagrodę dla najlepszego producenta, a na Hollywood International Moving Pictures Film Festival za produkcję i najlepszy montaż. Trzy nagrody otrzymaliśmy również za film „Forbidden Melody”. Byliśmy na festiwalach w Brazylii, Salento, StoryMode, otrzymaliśmy łącznie sześć nominacji. Podczas Indie Fest Film Awards otrzymaliśmy nagrody za najlepszy film, najlepszy film poruszający współczesne problemy i dla najlepszej twórczyni filmowej.

Na festiwale filmowe jeździsz zawsze ze swoją produkcją?
W czasie takich dużych festiwali jak w Berlinie czy Cannes odbywają się targi filmowe. Często jeżdżę z moimi filmami w celu pokazania się lub odbycia premiery. Akurat niedawno z filmem „One day in Hadsel” byliśmy na European Film Market podczas Berlinale w celu nawiązania kontaktów z dystrybutorami. To wspaniałe miejsce, żeby poznać swoich współpracowników i nawiązać nowe znajomości z agentami sprzedaży, innymi producentami, poznać nowe projekty, przy których chce się pracować. Tak właśnie poznałam się z Carlem, w czasie Marché du Film – największych targów filmowych podczas festiwalu w Cannes.

Jak się czujesz, będąc na równi z twórcami, których sama bardzo cenisz?
Festiwal w Cannes to dla mnie święto celebracji kina. Twórcy z całego świata zjeżdżają się w to jedno miejsce po to, by świętować kinematografię, cieszymy się, że robimy filmy i że ludzie chcą je oglądać. Z wielu zakątków świata przybywają różne historie, które można tam obejrzeć. To prowadzi do wymiany międzykulturowej między ludźmi. Można czerpać od siebie nawzajem, nie tylko od znanych twórców, ale od każdego. To bardzo inspirujące, kiedy dowiaduję się, co inni myślą, jak widzą świat, z jakimi trudnościami się zmagają, ale też jak możemy sobie wzajemnie pomóc, tworzyć wspólne projekty. To też wspaniała okazja do zdobycia ich feedbacku, który pomaga mi rozwijać się artystycznie.

Podoba mi się, że cały czas mówisz o współpracy, a ani razu o konkurowaniu.
To moja filozofia biznesowo-artystyczna. Nie postrzegam innych twórców jako konkurencję w negatywnym tego słowa znaczeniu. Nasze spotkania to okazja do wymiany poglądów, doświadczeń, pryzmatu patrzenia, a często też nawiązania współpracy.

Teraz realizujesz swój polish dream?
Właśnie pracuję nad realizacją mojego polsko-amerykańskiego snu. Tworzymy w Poznaniu studio wirtualnej produkcji w połączeniu z siłą fachowców z Hollywood. Studio tworzymy w Polsce, ale dzięki relacjom, które wypracowałam w ciągu ostatnich 10 lat pracy, jesteśmy w stanie zapewnić najwyższą jakość i rozwijać region w zupełnie inny sposób. Jednocześnie w preprodukcji mamy trzy filmy pełnometrażowe z naszymi zagranicznymi partnerami, m.in. współpracujemy ze szwajcarską firmą przygotowującą dla nas finansowe analizy oparte o AI (sztuczną inteligencję). Realizacja naszych planów również w dużej mierze opiera się o inicjowanie nowych relacji biznesowych, na które oczywiście jesteśmy otwarci.

Gdzie można obejrzeć Twoje filmy?
Zapraszam na stronę, żeby śledzić wszystkie nowinki, a także moje wcześniejsze produkcje.

https://www.kmmfilms.com