Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Bieta

13.05.2024 11:27:30

Podziel się

Miała sześć miesięcy, kiedy w drewnianej skrzynce, uśpiona luminalem, przykryta cegłami, przekraczała bramę getta warszawskiego. Malutką Elżunią zaopiekowała się Stanisława Bussoldowa, znajoma Ireny Sendlerowej, która wychowała ją jak rodzoną córkę. Historia Elżbiety Ficowskiej była jedną z inspiracji do stworzenia spektaklu „Irena”, który można zobaczyć w poznańskim Teatrze Muzycznym. Zaraz za tym na rynku pojawiła się książka „Bieta” napisana przez Cezarego Harasimowicza, a „Irena” wyjechała do Niemiec – tam, gdzie wszystko się zaczęło…

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Maciej Zienkiewicz Photography

Cezary Harasimowicz: Powiedziałbym o sobie, że jestem gawędziarzem z Muranowa. Zresztą początek książki „Bieta” to dramatyczna historia Elżbiety, która działa się właśnie tutaj, na Muranowie. To fakty wyczytane, wyśledzone na podstawie dokumentów, zapisków Jerzego Ficowskiego, który śledził losy Biety na ulicy Nowolipie. To tam się urodziła i stamtąd została zabrana. Muranów to dzielnica, w której się wychowałem, żyłem, nawet zostałem tam sfotografowany wraz z moją mamą. Zdjęcie zostało wykonane w miejscu, w którym była brama, przez którą Bietę wywieziono w tej skrzynce drewnianej. Wtedy o tym nie wiedziałem.

Co Pani poczuła po przeczytaniu tej książki?
Elżbieta Ficowska: Wielka wdzięczność dla znakomitego pisarza, który tę powieść napisał. Poza tym nie każdy może dostąpić zaszczytu wystąpienia w czyjejś książce. Wie Pani, do tej pory moje życie wydawało się zupełnie zwyczajne, a jednak czegoś mi brakowało. Brakowało mi początku tej historii, który podarował mi Cezary Harasimowicz. Kiedy zabrano mnie z getta warszawskiego, a w zasadzie wykradziono w ostatniej chwili, bo getto kilka dni później zlikwidowano, to był swego rodzaju cud. Gdyby nie to, dzisiaj byśmy nie rozmawiali. A największy Reżyser świata chciał inaczej. Chciał to dziecko, taką mnie, ocalić, a codziennie go pytam, po co zrobił i czego oczekiwał od tej ocalonej dziewczynki i czego dziś oczekuje od dorosłej już kobiety?

Odpowiedział?
EF: A wie Pani, że codziennie odpowiada? Każdego dnia mam jakieś sprawy do załatwienia. Codziennie komuś trzeba pomóc. Ciągle są jacyś ludzie, którzy ni stąd, ni zowąd stają na mojej drodze i mam coś dla nich zrobić. I tak sobie myślę, że Pan Bóg się mną po prostu wyręcza.

Ale w książce Pan Bóg raz jest, a potem go nie ma…
EF: Wierzę w Pana Boga, bo pewnie o to Pani pyta, a on zdecydowanie mnie lubi, doskonale się porozumiewamy. Tak to czuję. Do naszego porozumienia nie potrzebuję pośredników ani kościołów, chociaż kościół katolicki mnie kształtował i jest mi bliski. Dzisiaj go nie potrzebuję, Pana Boga tak. Żyję na tym świecie już 82 lata i spotkało mnie wiele rzeczy. Jakoś tak zawsze ląduję na czterech łapach. Dla mnie Pan Bóg mieszka w ludziach, których spotykam na co dzień.

Kiedy dowiedziała się Pani, że jest Żydówką?
EF: Kiedy miałam 17 lat. To był przypadek. Koleżanka szkolna zadała mi pytanie: dlaczego mi nie powiedziałaś, że jesteś Żydówką? Oniemiałam. Dużo myślałam o tym pytaniu i przypominały mi się sceny z przeszłości. Faktycznie, coś było nie tak. Gdybym była Żydówką, to oznaczałoby, że moja mama, która mnie wychowała, ratując z getta, nie jest moją prawdziwą mamą. Nie rozmawiałam z nią o tym, bo dla niej byłby to wielki cios. Pamiętam, że kiedy miałam 5 lat, przyjechali do Warszawy ludzie z Ameryki, którzy o mnie pytali. Powiedziałam o tym mamie, a ona się bardzo zdenerwowała. Przyjechała Irena Sendlerowa, która współpracowała z moją mamą przy ratowaniu dzieci z getta, koleżanki mamy i moja ukochana niania. Czułam, że coś się dzieje. Po tym zdarzeniu nie wolno mi było wychodzić samej z domu, jak chciałam pobawić się w piaskownicy, niania przynosiła mi wiadro piasku na taras. Grzebałam w nim, patrząc przez okno, jak inne dzieci bawiły się na podwórku. Było mi strasznie przykro wtedy, płakałam. Kiedy byłam w liceum, trafiłam na cudownego wychowawcę, polonistę. Poszłam do niego po lekcjach i zapytałam, kim są Żydzi. Zabrał mnie wtedy do biblioteki i przez dwie godziny mówił mi o Żydach, II wojnie światowej i Holocauście. Byłam coraz bliższa uwierzenia, że pytanie koleżanki miało sens. Wreszcie dotarło do mnie, że faktycznie jestem Żydówką. To był szok potworny. Nagle okazało się, że moja mama nie jest moją mamą rodzoną, a tata na nagrobku miał wpisaną datę śmierci na dwa lata przed moim urodzeniem i to też nie byyłka. I tak poznałam swoją historię.

Historie, takie jak Pani, są inspiracją do powstania spektaklu „Irena” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu.
EF: Cieszę się, że powstał taki spektakl, bo on jest bardzo prawdziwy i potrzebny. Cieszy się niesłabnącą popularnością, odkąd teatr go wystawia. Jedziemy z nim do Berlina, żeby zaprezentować go niemieckiej publiczności. Muszę powiedzieć, że jest to piękny musical w łatwo przyswajalnej formule. Cieszę się, że jadę wraz z artystami do Niemiec, gdzie wszystko się zaczęło. Warto uświadamiać i przypominać ludziom, że oprócz zła i wojny było dobro w postaci Ireny Sendlerowej. Że jestem na to żywym dowodem, bo zawdzięczam jej życie i że na świecie są dobrzy ludzie, o czym zawsze powinniśmy pamiętać.

 

Elżbieta Ficowska urodziła się 5 stycznia 1942 roku w warszawskim getcie. Ukończyła Wydział Psychologii i Pedagogiki na Uniwersytecie Warszawskim. Jest autorką książek, opowiadań, słuchowisk i tekstów piosenek dla dzieci, a także działaczką społeczną. Od lat 70. związana była z opozycją demokratyczną w Polsce. Była także doradcą i rzeczniczką prasową ministra pracy i polityki socjalnej Jacka Kuronia.