Marcowy, wiosenny, kobiecy... Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞 polecamy lekturę e-wydania 🌞  

Organizator:

Od dziecka lubiłem męczyć auta

15.09.2023 10:04:57

Podziel się

Jego żywiołem są konie mechaniczne, od dziecka ścigał się i budował swoją karierę za kółkiem. Pokochał drift, którego nikt w Polsce nie znał i który rozpropagował w naszym kraju. Wygrywał wyścigi na legendarnych torach w Hockenheim i Silverston. Maciej Polody dzisiaj jest współorganizatorem największych zawodów w Europie, nauczycielem, który swoim uczniom sprzedaje, jak sam mówi – szczęście.

ROZMAWIA: Juliusz Podolski
ZDJĘCIE: Archiwum prywatne

Wszystko zaczęło się od Rajdowych Mistrzostw Polski Dziennikarzy. To były poważne zawody. Na starcie pojawił się znakomity muzyk, dziennikarz motoryzacyjny, ale także rajdowiec zawodowiec Andrzej Dąbrowski.

Rywalizowaliście na normalnych odcinkach specjalnych…
Maciej Polody: To ty mnie namówiłeś i masz udział w moich sportowych dokonaniach. A wszystko przez to, że się spotykaliśmy na torze, a nie rozmawialiśmy przez telefon czy komunikatory. Najpierw byłem kierowcą wyścigowym, a potem dopiero dziennikarzem, który miał swój motoryzacyjny program w kablowej telewizji. Przypominając sobie po wielu latach, bo tytuły mistrzowskie to 2001 i 2002, była to te lekcja życia. Dzisiaj, kiedy muszę stanąć przed kamerą, wiem, jak się zachować, jak stanąć, jak wypowiadać się pełnymi zdaniami. To jest bezcenne, tego dzisiaj nikt nie uczy.

Później był krok dalej, bo wygrałeś w 2003 roku tytuł mistrza Polski na torze w klasie N 1150. Czy to był przedsionek do Twojej międzynarodowej kariery w nowej wówczas dyscyplinie sportu, jaką był drift?
Zacznę od anegdotki, to cinquecento, na którym startowałem, było po Macieju Garsteckim, wielokrotnym mistrzu Polski w wyścigach w tej klasie. Wcześniej ten samochód też miał na koncie tytuły mistrzowskie. Wszyscy, którzy jeździli tym autem, mieli krajowy championat. Fiacik był znakomicie przygotowany i po drobnych korektach tytuł zdobyłem już po pięciu rundach i nie musiałem jechać ostatniej w Kielcach.

Twoje umiejętności do ścigania i rajdowania zbiegły się w jednym miejscu, jakim niewątpliwie jest drift. Przyszedł 2004 rok, pojawiłeś się w tej bajce. Jak to się stało, że nie tylko osiągałeś sukcesy, ale stałeś się pionierem tego sportu?
O drifcie powiedział mi Andrzej Witkowski z magazynu „GT”. Zaproponował mi, żebyśmy wybrali się do Niemiec na zawody. Nie wiedząc, o co chodzi, zgodziłem się, wziąłem auto, pojechałem z nim i… wygrałem te zawody moim ukochanym fordem escortem. Co ważne, to auto nie było przystosowane do zawodów, w których startowałem. Będę nieskromny, ale to prawda, moje zaangażowanie jako sportowca, działacza i trenera w ten sport w Polsce pozwala na bardziej dynamiczny rozwój niż w innych krajach w Europie. Myślę, że wiele dało mi to, że obracałem się w kręgach dziennikarskich, znałem wielu piszących i ich przekaz o nowej dyscyplinie był znacznie mocniejszy, niż mają dzisiaj social media.

Jazda samochodem, który właściwie nie jedzie, ale przy dużej prędkości uślizgami wchodzi w zakręty to duże emocje. Sam ich doświadczyłem, siedząc na prawym fotelu w Twoim samochodzie na Torze Poznań. Co rajcuje tego, który prowadzi samochód w czasie zawodów driftowych?
Kunszt panowania nad samochodem. Mając olbrzymie doświadczenie wyścigowe, trochę rajdowe amatorskie i rally crossowe, mogę odpowiedzialnie powiedzieć, że drift daje najwięcej fanu z jazdy. Jeśli jadę rano do pracy i mogę wjechać na tor, który jest mokry, robię cztery okrążenia i jadę dalej do pracy, to w tym dniu nic mnie nie jest w stanie wyprowadzić z dobrego nastroju. Drift daje bardzo dużo radości. Jeśli jesteś wyścigowcem, rajdowcem, musisz zwrócić olbrzymią uwagę na wiele elementów, które pozwalają na planowanie tego, co może się wydarzyć. Drift to dyscyplina jednego błędu, co widać w czasie zawodów. I teraz dochodzenie do perfekcji w tym, by tego błędu nie popełnić, najbardziej kręci w tej dyscyplinie.
Ludzie mówią, że męczycie samochody?
Tak, tak mówią, no ale cóż zrobić, to są samochody sportowe, a ja tak mam, że od dzieciaka lubiłem męczyć auta. Mam taką trochę dziwną teorię, że ten przedmiot, czyli samochód, daje Ci satysfakcję z tego, że go męczysz. To taka swoista symbioza człowieka i maszyny. Mam kilka aut. Mój ulubiony to pieszczotliwie nazwany „szmata”. Wygląda jak złom, ale jest to mój najlepszy samochód, bo daje mi najwięcej frajdy.

Jak mówisz o męczeniu, to chyba najbardziej zmęczone są opony…
Jeśli jesteś topowym zawodnikiem i przechodzisz na zawodach do TOP4, to razem z treningami zużyjesz 20 sztuk. Wszystko też zależy od usposobienia zawodnika, a także od toru.

Co jest najważniejsze w samochodzie do driftu?
Właściwie wszystkie elementy, które powinien posiadać samochód sportowy. Drift to wciąż przedszkole w porównaniu do rajdów, bo to zupełnie inna technologia i znacznie mniejsze pieniądze na sezon.

Drift mocno kojarzy nam się z Japonią, Ty miałeś okazję zasmakować jazdy w japońskim TEAMIE ORANGE.
Bardzo fajna przygoda życia. Byłem dwa razy w Japonii, a także ściągnąłem ich do Polski, gdzie również startowali. Przygotowałem wówczas dla nich dwa pomarańczowe nissany z kierownicą po prawej. Są to ludzie o zupełnie innej mentalności. Wtedy niewiele do mnie docierało. Dopiero gdzieś po trzech latach od ostatniego pobytu w Japonii zrozumiałem, co chcieli mi przekazać. Po następnych dwóch zacząłem te nauki wcielać do swojej jazdy. Wydawało mi się, że przesadzają, że są szczególarzami, ale na końcu okazało się, że to było „main”. Zrozumiałem, że najważniejszy jest kierowca, jego usposobienie, a dopiero potem cała reszta. Oczywiście samochód jest też bardzo ważny, ale sumarycznie okazuje się, że nawet bardzo dobre samochody w rękach średniego kierowcy nie dają mu przewagi.

Wygrałeś na słynnym legendarnym torze Silverstone, gdzie ścigają się kierowcy Formuły 1. Jak smakuje triumf w tym miejscu?
Bardzo, biorąc pod uwagę, że w tym dniu byłem nie do zatrzymania. Wszyscy zawodnicy przychodzili od początku treningu i mówili mi, że nie wierzą w to, co ja robię. Miałem wtedy silnik o mocy 310 KM, a konkurenci mieli potwory 500-konne i odjeżdżali ze startu. Jechałem na pełnym ryzyku, bo miałem przewagę, gdyż byłem tam już drugi albo trzeci raz, wiedziałem, jakie przełożenie, gdzie przyspieszyć. To był prawdziwy dzień konia.

Oprócz rozwijania driftu w Polsce, działasz jako współorganizator w Drift Masters European Championship, która będzie miała swój 2023 Grand Finale na Stadionie Narodowym 15 i 16 września. Znajdujesz czas, by driftować za kierownicą?
Mam szkołę driftu na Torze Poznań. Przygotowałem cztery nissany szkoleniowe i każdy, kto ma ochotę, może zmierzyć się z tematem. Jak mam ochotę, to też wsiadam za kierownicę i czerpię frajdę z jazdy, ale sportowo już nie. Kiedy przestałem jeździć w zawodach, mam czas, żeby przeanalizować sobie to, co zrobiłem, jak pojechałem. Dzisiaj z perspektywy czasu doświadczenie procentuje, mam fajny kontakt z ludźmi, z którymi pracuję, daję im mocny zastrzyk energii. Śmieję się, że sprzedaję im szczęście.