Portrety sercem malowane

21 marca 2019

Puszczykowo. Wielka mosiężna brama otwarta. Wjeżdżam. Piękny ogród za chwilę zakwitnie milionami barw. Między krzewami przechadza się kot Półogonek wymownie miaucząc. Stoję przed pałacem, który wygląda jak namalowany. Jest dokładnie taki, o jakim w wieku sześciu lat zamarzyła Beata Pluta, wybitna malarka, której obrazy wiszą w domach na całym świecie. Wchodzimy do środka. Na stole w pracowni stoi tort, parzy się aromatyczna kawa, na ścianach dziesiątki portretów i aktów. Beata rozgląda się i delikatnie uśmiecha. To Jej miejsce na ziemi, wypełnione aż po sufit emocjami, którymi postanowiła się z nami podzielić.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Klaudia Pluta

 

Gdzie jesteśmy?

W mojej pracowni, w moim domu, w moim raju.

Dlaczego akurat tutaj?

A zna Pani lepsze miejsce?

Fakt, jest tu przepięknie. Mieszka Pani w pałacu, to spełnienie marzeń z dzieciństwa?

Kiedy skończyłam sześć lat, rodzice zorganizowali mi przyjęcie. Od dwóch cioć dostałam różne prezenty – były to dwie, wielkie, grube książki. Jedna o Matejce, druga o Ermitażu. Ignorując całe towarzystwo przy stole, przejrzałam obie pozycje, zamknęłam, położyłam jedną na drugiej i oświadczyłam wszem i wobec, że będę malować jak Matejko i mieszkać w pałacu. I zapadła niezręczna cisza. Moja prababcia wychyliła się zza pozostałych gości i powiedziała: a ja Ci wierzę, dziewczę.

I tak też się stało…

Marzenia mają moc.

Zawsze chciała Pani malować?

Ja to po prostu robiłam, było to dla mnie tak oczywiste, że nie wyobrażałam sobie, że można robić coś innego. Malowanie, rysowanie i życie ze sztuką jest dla mnie wieczne.

Ale nie skończyła Pani żadnej szkoły w tym kierunku.

Nie, bo po co? Chodzi o to, że ja zawsze wiedziałam czego chcę i wiedziałam, jak będą wyglądały moje obrazy. I tylko ja mogłam się tego nauczyć – od siebie. Poza tym nie chciałam, aby ktoś mnie do czegoś zmuszał i forsował swoje racje. Ja jestem „niezmuszalna”. Tylko ZUS zmusza mnie do płacenia składek (śmiech). Oczywiście to nie jest tak, że nie dotknęłam innej sztuki, bo zjadałam oczami obrazy różnych wielkich mistrzów, nie dbając o to, żeby pamiętać ich nazwiska, rozmiary i tytuły. To było dla mnie nieistotne. Ważne było, co czuję patrząc na ich obrazy. I sama decydowałam, jakich uczuć chcę i jakie chcę, żeby poczuli inni.

Ma Pani swój autorytet?

Jak się ma sześć lat i zakocha w Matejce, to co tu dużo mówić. Nigdy jednak nie skopiowałam żadnego innego dzieła. Matejko był, jest i zawsze będzie moją słabością. Co ciekawe – był niedużym człowiekiem, jak ja, różniło nas w zasadzie tylko to, że ja mam biust (śmiech). Uwielbiałam Go za to, że był mały, zawzięty, uparty, cierpliwy i miał wizję oraz koncepcję.

Patrząc na Pani obrazy myślę, że Pani inspiracją są kobiety…

Człowiek, z naciskiem na kobieta, jest pięknem doskonałym, natomiast portretowanie ludzi czy malowanie aktów to nie jest tak jak w przypadku fotografii – pokazywania tylko ciała. Bardziej interesuje mnie wszystko to, co jest wewnątrz i jest eksponowane mniej lub bardziej świadomie przez człowieka. Jest to obcowanie z ludzkimi emocjami, które czasem są bardzo intensywne. I bywa tak, że po spotkaniu potrzebuję upuścić trochę tej energii. Wtedy maluję pejzaże, w większości jest to mój ogród, ale też odtwarzam miejsca, w których byłam, tak jak je zapamiętałam.

Mówiła Pani o ludzkich emocjach, że najciekawszym jest ich wydobywanie. Nie bała się Pani nigdy emocji?

Nie. To jest kwintesencja człowieka i to, że w jakimś stopniu mamy nad nimi panowanie. Nie musimy się dziko poddawać emocjom, możemy w sposób świadomy je przeżywać i odczuwać, a to jest niezwykłe.

Skąd Pani bierze bohaterów swoich obrazów?

Wystarczy się rozejrzeć. Codziennie spotykamy na swojej drodze człowieka. Jeden, a raczej jedna, nawet siedzi przede mną (śmiech). Mijam ludzi, patrzę im w oczy i już wiem jaka kartka, jaka kredka czy jaki kolor farby. Nigdy nie myślałam, że można malować coś innego. Oczywiście, malowałam też konie i inne zwierzęta, bo one też mają w sobie emocje. Chyba najmniej uczuć miała welonka (śmiech). Z czasem wyrabia się kunszt i zaczynamy czuć się bardziej pewnymi siebie. I maluje się coraz to nowe postaci.

Zdarzyło się Pani, że znajomi i rodzina przychodzili do Pani z prośbą, żeby im coś namalować?

Nie odważyliby się tak powiedzieć (śmiech). Ci, którzy mnie znają dobrze wiedzą, że ja nie uprawiam produkcji i nie umiem robić czegoś taśmowo. Kiedyś zgłosił się do mnie duży hotel. Chcieli, żebym im zapełniła obrazkami dziewięćdziesiąt pokoi.

I co? Namalowała Pani?

Wyrzuciłam ich z domu. Takie coś mnie nie interesuje. Jeśli natomiast ktoś odczuwa potrzebę posiadania przyjaciela na ścianie (czyli obraz), to proszę do mnie przyjść i porozmawiamy. Mogę też pojechać do tej osoby, żeby ją zobaczyć i poczuć emocje. Jakoś bez miłości nie umiem pracować.

Jak długo trwa malowanie jednego portretu?

To jest trudne do określenia, bo może to być kilka godzin, albo nawet kilkaset dni. Bywa tak, że coś zaczynam, zostawiam i wracam do obrazu po pięciu latach.

Lepiej namalować osobę, która pozuje, czy wzorując się na fotografii?

Bezwzględnie ogromnie przyjemnie jest mieć obok siebie drugiego człowieka. Niestety mamy takie czasy, że ludzie czasu nie mają. Poza tym pozowanie jest niewygodne, chociaż dla mnie to najlepsze rozwiązanie, ponieważ więcej widzę. Ale widzę też jak zaczynają swędzieć plecy, chce się do toalety albo ktoś jest głodny. Malowanie wymaga czasu, skupienia i oswojenia mojego gościa. Zaczynam od rozmowy, podczas której to ja mówię. A kiedy gość już się do mnie przyzwyczai, wtedy dzieje się coś magicznego – zaczyna opowiadać. Każda opowieść wywołuje zupełnie inne blaski na twarzy i dla mnie wtedy ten człowiek robi się wielowymiarowy.

Dla kogo Pani maluje?

Dla wszystkich, którzy chcą, ale też dla tych, którzy nie chcą, bo przecież za jakiś czas mogą zachcieć (śmiech). Zawzięłam się, żeby było pięknie. Chcę, żeby było spokojnie, dobrze, kojąco, nienudno, dlatego maluję akty. Proszę spojrzeć, przykładowo, na tę rudą dziewczynę. Czyż nie jest wyjątkowa? Nie lubię obrazów, które wzbudzają we mnie niepokój, odrazę. Kwestie estetyczne mają dla mnie ogromne znaczenie. Przyjemniej wraca się do domu, w którym na ścianie wisi coś, co sprawia nam przyjemność lub łączy się z jakimś miłym wspomnieniem.

Czy te obrazy, które tu wiszą, mają swoje historie?

Każdy obraz jest historią. Są ich dwie grupy – obrazy robione na zamówienie, a więc pewien rodzaj wyzwania. Uwielbiam moment, kiedy klient przychodzi odebrać obraz. Otwieram te wielkie drzwi do pracowni, klient staje naprzeciw mojej pracy i zapada cisza. Potem pojawiają się łzy, czasem też klienci się do mnie przytulają albo dzieje się wszystko na raz. To są wspaniałe chwile. To jest tak, jak artyści na scenie chcą, aby widownia śpiewała razem z nimi. I to nie jest satysfakcja, to jest bezgraniczna przyjemność. Druga historia to obrazy, których początek jest gdzieś we mnie, w środku. Są to obrazy, które zaczynają się z jakiegoś powodu w sercu i wtedy szukam modelki czy modela, czy miejsca, albo chociaż fragmentu, żeby mieć jakiś zarys. I to bywa trudne, ale wykonalne. Wychodzę z domu, chodzę po ulicach, rozglądam się i szukam jak ten pies na polowaniu. I bywa, że zaczepiam ludzi i się na nich rzucam (śmiech). Jestem nienormalna (śmiech). Ale mogę oglądać gazetę, przeglądać coś w Internecie, siedzieć w restauracji i nagle przychodzi jakieś olśnienie pt. muszę to namalować. Jedno i drugie jest równie ekscytujące.

Jak ludzie reagują na Pani zaczepki?

Początkowo oczywiście są zdziwieni. Przedstawiam się, zawsze mam przy sobie wizytówkę albo katalog, który mnie uwiarygadnia. I atmosfera się rozluźnia. Staram się być szczera w tym co robię i jeszcze nie zdarzyło się, żeby ktoś mi odmówił.

Pamięta Pani najtrudniejsze zamówienie?

Technicznie trudny był portret ze zdjęcia zrobionego na początku XX wieku. Na zdjęciu 12 przystojnych mężczyzn a na środku, na krzesełku, siedziała urocza babinka, prawdopodobnie ich matka. Zdjęcie było wielkości pocztówki, a ja musiałam odtworzyć tą starszą panią. Twarz była wielkości opuszka małego palca. Musiałam więc domyślać się jak ona naprawdę mogła wyglądać. Tylko dzięki mojemu doświadczeniu byłam w stanie – jak się potem okazało wiernie – odtworzyć tę osobę. Ta praca przyniosła mi dużą satysfakcję. Ja lubię trudne rzeczy, jak coś jest łatwe to nie daje takiej radości.

Czy któryś z obrazów Panią zaskoczył?

Tak, kiedy miałam sześć lat i narysowałam jokera, sama siebie zdziwiłam, że tak umiem. Oprawiłam go w ramkę i powiesiłam na ścianie. Towarzyszy mi każdego dnia.

Gdzie wiszą Pani obrazy?

Wszędzie (śmiech). W Australii, USA, Kanadzie, Francji, Włoszech, Niemczech, Szwecji, oczywiście w Polsce, pojechały nawet do Moskwy i Emiratów Arabskich. Chociaż ta ostatnia destynacja to inny rodzaj klienta. Oni, podobnie jak ja, chcą, żeby było pięknie i nie pytają o cenę (śmiech).

Być malarzem dziś jest łatwo czy trudno?

To zależy co kto uważa za łatwe, a co za trudne. Sądzę, że jest dużo łatwiej, ponieważ wszystko, co jest potrzebne do tworzenia, jest dostępne. Nawet nie trzeba iść do sklepu, wystarczy zamówić w Internecie. Dla mnie bezcenne jest to, że kupując farby konkretnej marki, pod danym numerem zawsze mam ten sam kolor. Poza tym, całe podobrazie kupuje się gotowe, wystarczy je rozciągnąć. Ceny są zupełnie inne niż były kiedyś, ale ja nie narzekam. Utrzymuję dom z malowania obrazów z czego się bardzo cieszę.

Kogo Pani teraz maluje?

Ładną dziewczynę w ogrodzie. To widok, który zapadł mi w pamięć podczas jednego ze spacerów we Włoszech. Dziewczyna stała przy wejściu do ogrodu za murem willi, a wszystko dookoła miało takie piękne barwy… Cały czas to widzę, nawet teraz, kiedy rozmawiamy.

Gdzie on będzie wisiał?

Tam, gdzie nowy właściciel sobie go powiesi. Maluję bardzo różne obrazy, często są to zupełnie przeciwne bieguny kolorystyczne. One są niezauważane przez wiele osób, które tu przychodzą, aż nagle pojawia się człowiek, który widzi tylko ten jeden. To jest niesamowite.

Jak się Pani tu czuje?

Bosko. Trudny czas jest dla mnie, kiedy słońce jest wysoko i zakwita ogród. Wtedy nie mogę tu usiedzieć i wychodzę ze sztalugami do ogrodu, żeby nie tracić ani chwili. Lubię tutaj być, mam tu wszystko co sprawia mi przyjemność. Wszystko to jest przedłużeniem mojego wnętrza.

Jakie ma Pani marzenia?

Nie wiem, czy będzie tyle miejsca w gazecie (śmiech). Bardzo różne, od drobnych marzeń, które szybko można zmaterializować, po ogromne, wymagające stworzenia czegoś nowego. Chciałabym, żeby w miastach wszystkie możliwe miejsca obsadzić drzewami, krzewami, kwiatami, a nie zalewać ich betonem. Chciałabym, żeby żyły balkony, dachy stały się wielkimi ogrodami. Bardzo bym chciała, żeby wszyscy chodzili do opery, teatrów i mieli radość doświadczania żywej sztuki, a na ścianach wieszali prawdziwe obrazy. I niekoniecznie muszą to być najdroższe produkcje i najwięksi malarze, ale lepiej kupić obraz namalowany przez człowieka, niż drukowany plakat, w którym nie ma duszy i nie ma życia.