Poznań – miasto wielu kultur

14 stycznia 2019

Brazylia, Hiszpania, Chile, Egipt, Ukraina, Gracja, Białoruś, Kolumbia, Gruzja, Portugalia, Meksyk, Peru… to tylko niektóre z krajów, skąd pochodzi spora część mieszkańców naszego miasta. Różni ich bardzo wiele, ale łączy jeszcze więcej. Kochają Polskę, a swoje miejsce na Ziemi znaleźli w Poznaniu.

 

TEKST: Dominika Job

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

ALIAKSANDRA BALASHOVA, Rosja, Białoruś, Polska
„Zawsze miałam niesamowite szczęście do ludzi”
 

Sasha przyjechała do Polski tak dawno, że dokładnie nie pamięta kiedy. Miała 18 lat, gdy ze względów politycznych zamknięto Jej uczelnię na Białorusi. Tak trafiła do Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa (obecnie Collegium Da Vinci) w Poznaniu. Razem z kolegą przyjechali tu 24 grudnia i nie rozumieli dlaczego uczelnia jest zamknięta. Byli zagubieni i zdezorientowani. Takie były początki. Trudne.

Później nie było wcale łatwiej. Często popadała w różne tarapaty, jednak zawsze znalazł się ktoś, kto zaoferował jej pomoc. Jak wtedy, gdy nikt z rodziny nie dostał wizy na Jej ślub. – Zawsze trafiałam na cudownych ludzi, dlatego zapukałam do sąsiadów i zapytałam czy mi pomogą – mówi. – Źle wypowiedziałam się w kwiaciarni i dostałam bukiet jak na ślub, a nie do ślubu. Sąsiadka Ania przyszła wtedy z pomocą. Ugotowała mi też jajka na wesele, bo nie mogłam się sama wyrobić. Rodzina męża bardzo dobrze Ją przyjęła, tak samo jak znajomi na uczelni i w pracy. Nie mówi o złych rzeczach, nawet gdy z perspektywy widzi, że nie zawsze było różowo. Na przykład wtedy, gdy zarabiała dwukrotnie mniej niż osoby, które szkoliła do pracy. Ale Ona, nastawiona pozytywnie, zawsze idzie do przodu. – Gdy tu przyjechałam, języka uczyłam się oglądając serial „Pierwsza miłość” – wspomina Aliaksandra. – Porozumiewałam się z ludźmi hasłami z reklam. Swoją pierwszą rozmowę po polsku odbyłam na przystanku autobusowym. – Podszedł do mnie pan i zapytał czy numer 90 już jechał, na co ja odpowiedziałam – nie. Byłam z siebie taka dumna! – śmieje się. Przez 8 lat pracowała w gastronomii. Pewnego dnia dostała propozycję pracy z uczelni, którą kończyła. Miała stworzyć Biuro Współpracy Międzynarodowej i zająć się programem wymiany studentów Erasmus. – To Marcelina wyciągnęła do mnie wtedy rękę, trzymała mnie za nią i prowadziła przez wszystkie ciężkie etapy nowej pracy. Do dzisiaj jestem Jej za to ogromnie wdzięczna. Jest osobą, która bardzo wpłynęła na moje życie, zwłaszcza zawodowe. Wierzyła, że sobie poradzę, a ja czułam satysfakcję, że teraz współpracuję z wykładowcami, a jeszcze dwa tygodnie temu podawałam im brokułową – kwituje Aliaksandra.

Dzisiaj Sasha jest pewna siebie i rozwija skrzydła w kolejnych kierunkach zawodowych. Niedawno Jej znajomi Polacy otworzyli w Poznaniu knajpkę Może Zboże. Pomoc przy rozkręceniu firmy, zarządzaniu i marketingu oddali w ręce obcokrajowców – swoich przyjaciół, którzy tu mieszkają. Na pytanie o narodowość odpowiada: „Jestem Rosjanką, bo moi rodzice są z Syberii, Białorusinką, bo tam się wychowałam, i Polką, bo mam już na to papiery! A Poznań to moje miasto i nie zamieniłabym go na żadne inne”.

 

ISAIAS EMILIO PAULINO DO CARMO, Brazylia
„W Polsce zaznałem dużo miłości i przyjaźni”
 

Doktorant na ostatniej prostej. Brazylijczyk. Wybrał Poznań, ponieważ chciał zgłębiać wiedzę o biogazie i bioenergii. Okazało się, że doradza Mu jeden z najważniejszych specjalistów w Europie, prof. Jacek Dach. Isaias pochodzi z małego miasta na południu Minas Gerais, regionu słynącego z pysznego nabiału, pięknej przyrody, wodospadów, szczęśliwych i gościnnych ludzi, bogatej kuchni i prawdopodobnie najlepszej kawy na świecie. – Nie tęsknisz za tym? – pytam z niedowierzaniem. – Na początku nie było źle, ponieważ kiedy tu przyjechałem, jeszcze było lato. Potem szybko nawiązałem przyjaźnie, podróżowałem po Polsce, poznawałem nową kulturę. Było dobrze – mówi Isaias.

W wolnej chwili promuje kulturę swojego kraju. Organizuje spotkania, pokazy capoeiry, szuka rozwiązań na polepszenie życia w Brazylii. Jego misją jest rozwijanie biznesu między Brazylią a Polską, wprowadzanie nowych produktów i strategii ukierunkowanych na rynek brazylijski. – Poznałem tu wielu dobrych i bliskich mi ludzi, takich jak Ty, Azja, Maria, Matt, Secao, Junior, Gui, Rogerio, Eva… Miałem też ogromnie dużo szczęścia, bo pracowałem z bardzo otwartym i przyjaznym szefem – mówi.

Jest ciągle w ruchu. Jeśli nie wspina się na ściance, to prowadzi prelekcję na temat, który Go interesuje. Spotkaliśmy się tuż przed zajęciami w Szkole Tańca Salsa Siempre. Cierpliwie pozował do zdjęć i odpowiadał na pytania. To człowiek, który dla swoich bliskich zrobi wszystko i zawsze znajdzie czas na miłą rozmowę i szczery uśmiech, którym zaraża wszystkich dookoła.

 

VICTOR BAEZA I ROMAN MENDEZ, Chile, Meksyk
„Polki to najpiękniejsze kobiety na świecie”

– Co takiego sprawiło, że przyjechaliście do Poznania? – pytam szczerze zaciekawiona każdym Latynosem, który przenosi się do naszej strefy klimatycznej. – Polki. Najpiękniejsze kobiety na całym świecie. Dlatego tu jestem! – z entuzjazmem odpowiada Roman. – Przyjechaliśmy za miłością – wtóruje mu Victor.

Ich świat to przede wszystkim muzyka. Drugiego dnia pobytu Romana w Poznaniu, zadzwonił do niego Victor i zaproponował, żeby spotkali się na koncercie znajomych. Tak Roman trafił na zespół Punto Latino, z którym później występował. Obecnie uczy też dzieci gry na gitarze.

Victor to typowy człowiek-orkiestra. Oprócz muzyki, kocha też taniec. Jest wicemistrzem świata i dwukrotnym mistrzem Polski w salsie. Pasjonuje się fotografią. Założył Fundację Soy Latino, która wspiera i promuje kulturę latynoamerykańską i przeciwdziała zjawiskom nietolerancji. Pracuje przy wielu różnych projektach. Jednocześnie jest dobrym ojcem gromadki dzieci i jednym z najbardziej uczynnych ludzi, jakich znam. – Macie przepyszny bigos i ogórki kiszone – śmieje się.

Z tej pozytywnej energii powstał zespół Candela: Victor z Chile, Roman z Meksyku i Alejandro Aquilera z Kuby. To oni stworzyli na Starym Rynku iście kubański klimat. Od środy do niedzieli koncertują na żywo w Havana Club. Turyści i tubylcy – wszyscy dają się ponieść tej niepowtarzalnej atmosferze.

 

HARRISON ALBERTO CUCUNUBA RONDON, Kolumbia
„Początki łatwe nie są, ale bywają czasami zabawne”

 Kolejny amigo latino, prosto z Kolumbii. Urodził się nad Morzem Karaibskim w Santa Marta, magicznym miejscu na styku obłędnego krajobrazu morza, dżungli i gór wznoszących się na wysokość 5 775 m n.p.m. Jego rodzina ma tam farmę, gdzie uprawiają jedną z najlepszych kaw na świecie. – Żaden początek nie jest łatwy, zwłaszcza gdy zostawiasz za sobą wszystko, aby rozpocząć nowe doświadczenie. Ale jestem osobą otwartą i radzę sobie z trudnościami, które mnie spotykają – mówi Harry i wymienia te najbardziej oczywiste różnice kulturowe, które mogłyby być problemem, jak np. podejście do zarządzania czasem. Nie przeszkodziło mu to jednak w podejmowaniu kolejnych prac w biurach jako asystent zarządu czy w prowadzeniu badań marketingowych dla polskiej firmy. Jest też byłym instruktorem Zumby. Obecnie pracuje jako nauczyciel hiszpańskiego.

Opanował język polski, swobodnie się komunikuje. Nadal codziennie się uczy „na ulicy”. – Pewnego, upalnego dnia poszedłem kupić cukinię. Trochę się przejęzyczyłem i powiedziałem: poproszę pół kilograma sukienki. Zorientowałem się, że coś jest nie tak, gdy pani odpowiedziała: przepraszam, ale jeśli oddam ci pół kilogram sukienki, to zostanę goła. Mieliśmy z tego niezły ubaw.

 

OLESIA VONZA, Ukraina
„Kiedy trzeba, to potrafię obronić i siebie, i jeszcze innym pomóc”
 

Zabawne historie związane z językiem miała też Ukrainka Olesia. – Zaczęłam nową pracę i powiedziałam, że przyjechałam komunikacją męską, zamiast miejską – wspomina.

Niestety, początki w Poznaniu do przyjemnych nie zależały. Nawet nie mając bariery językowej, był to bardzo stresujący czas. Wszystko było nowe, inne. I trudne. Pierwsze mieszkanie jakie znalazła, miało 10 metrów razem z łazienką. Podejmowała się różnych prac, opiekowała dzieckiem, sprzątała. Po zakończeniu jednego projektu, pracodawca nie wypłacił Jej pieniędzy. Przeszukał Jej rzeczy osobiste, telefon, zabrał pendriva. Kolejną pracę dostała u pewnej rodziny, która bardzo Jej pomogła, gdy dowiedzieli się, co spotkało Ją ze strony nieuczciwej agencji. Olesia zajęła się robieniem makijaży i jako Lustro – Photo&Make up zaczęła brać udział w sesjach fotograficznych. Poznawała wielu ludzi, w tym fotografa Sławka, z którym do dzisiaj ma świetny kontakt. – W moim życiu zaczęły pojawiać się nowe osoby, miałam z kim wyjść czasem na kawę, porozmawiać. Bardzo lubiłam te sesje – mówi. – Dostałam pracę na etacie, otrzymałam kartę pobytu, zmieniłam mieszkanie. Można było nareszcie swobodnie oddychać. Stres mijał. Aktualnie pracuje też jako asystentka prezesów w firmie, w której nie czuje dyskryminacji. Jest zadowolona. – Teraz kiedy trzeba coś wyjaśnić, to potrafię obronić siebie i jeszcze innym przy okazji pomóc. Dobrze mi tu – uśmiecha się Olesia.