Poznańska misja na Madagaskarze

10 grudnia 2018

Salama Vazaha – to pierwsze słowa, które słyszymy od mieszkańców Madagaskaru, po opuszczeniu lotniska. Malgasze witają w ten sposób białych ludzi, którzy są dla nich obietnicą jedzenia, pieniędzy, lepszego życia. My przyleciałyśmy tu leczyć w ramach akcji „Lekarze dla Madagaskaru”. Poznańska ginekolog i położnik Anna Paczkowska, dr Dominika Hukowska – stomatolog oraz Marta Cybal, która mimo, że nie jest lekarzem, z medycyną związana jest od studiów. Widziały śmiech i łzy, radość i rozpacz, biedę i ogromną potrzebę pomocy.

 

TEKST I ZDJĘCIA: Marta Cybal

 

Afryka to bieda, głód i brud. Czy ktoś z nas nie słyszał takich opinii? I mimo że nie mam porównania z innymi afrykańskimi państwami, to Madagaskar, znajdujący się w pierwszej dziesiątce najbiedniejszych krajów świata, faktycznie taki jest. Bieda i brud są widoczne, ale jest też coś, czego nam, Polakom często brakuje. Uśmiech. To fantastyczne, że ci ludzie cieszą się z tego, co mają, choć mają naprawdę niewiele.

Nauka i uświadamianie

W trakcie naszego pobytu przemieszczałyśmy się po wyspie, pokonując ok. 1200 km, i prawie codziennie byłyśmy w innym miejscu. Pierwszą placówką, w której rozpoczęłyśmy działania, był ośrodek dla dzieci w miejscowości Ambohidtratrimo. Dr Anna badała ginekologicznie młode kobiety i dziewczynki, a ja zorganizowałam pokaz edukacyjnych filmów dotyczących budowy ciała człowieka. Dzieci i młodzież chętnie zadawały pytania i były bardzo zaciekawione pokazywanymi filmami. I to kolejna, niesamowita, malgaska cecha – chęć zdobywania wiedzy i uczenia się. Edukacja na Madagaskarze jest płatna. Bardzo duża część dzieci nie chodzi do szkoły, bo rodziców na to nie stać. Tam nie trzeba zmuszać dzieci do nauki. Jest to dla nich niesamowita nagroda i szansa na osiągnięcie czegoś więcej w życiu. Niestety, same chęci do nauki nie wystarczą… Potrzebne są też pieniądze… I tutaj pojawia się Fundacja Ankizy Gasy Dzieci Madagaskaru, prowadzona przez dwie polskie dziewczyny – Patrycję Malik i Katarzynę Białous – które wzięły nas pod swoje skrzydła.

Zaadoptuj dziecko

Fundacja organizuje m.in. adopcję na odległość, która daje dzieciom szansę na edukację i codzienny, ciepły posiłek w szkole. Ja również zdecydowałam się w połowie roku na ten gest, obejmując swoją opieką 10-letnią Michelle. I tak ostatni dzień spędzony na wyspie, był tym najbardziej wzruszającym, ponieważ udało nam się poznać. Michelle okazała się być najlepszą uczennicą w klasie, marzy o zawodzie okulisty, ale niestety sama ma problemy ze wzrokiem. Jak się okazało, jej mama samotnie wychowuje dwie córki i niestety nie ma pracy. Chętnie zaproponowałam pomoc w opłaceniu wizyty okulistycznej, która kosztowała 15 000 ariarów, co w przeliczeniu daje ok. 15zł. Okulary Michelle kosztowały 40 zł. Dostałam już zdjęcie dziewczynki w nowych okularach, która z radością rozpoczęła ten rok szkolny.

Płatna medycyna

Kolejnego dnia rozpoczęłyśmy, trwającą 3 dni, podróż do Berevo. Jest to położona w buszu wioska, w której znajduje się ośrodek misyjny prowadzony przez s. Iwonę i o. Henryka. To miejsce było, tak naprawdę, głównym celem naszej podróży. Pomoc ludziom, którzy, poza jednym, miejscowym lekarzem, nie mają dostępu do medycyny. Dlaczego? Po pierwsze, opieka lekarska na Madagaskarze jest płatna, co dla większości tamtejszej ludności oznacza nierzadko śmierć. Mało jest szpitali i przychodni na Czerwonej Wyspie. Dodatkowym kosztem zatem jest transport. Wszystko to sprawia, że ludzie, w tym bezbronne noworodki i dzieci, umierają, choć często wystarczyłby mały zabieg, zastrzyk czy tabletka…

Po 3 dniach podróży dotarliśmy do buszu. Ostatnim etapem była trwająca cały dzień przeprawa barką. W jej trakcie spotkaliśmy lemury, krokodyle i burzę. Dotarliśmy w nocy do wioski, w której było zupełnie ciemno. Mieszkańcy Berevo nie mają elektryczności i czystej wody. Kąpią się, piorą i myją w tej samej rzece, z której piją wodę. Skutkuje to zarobaczeniem i wieloma chorobami układu pokarmowego. Nasze bagaże rzucone zostały na wóz ciągnięty przez Zebu (malgaskie krowy), a my z latarkami ruszyłyśmy za s. Iwoną do ośrodka misyjnego. Pierwszego dnia dzieci i dorośli traktowali nas z dużym dystansem. Uciekali na widok aparatu fotograficznego, nie chcieli podać ręki na powitanie, patrzyli na nas z dużą rezerwą. Kilka godzin wystarczyło, abyśmy przekonali się do siebie nawzajem. Dla nas ich widok nie był czymś dziwnym. Widzimy przecież w Europie ciemnoskórych i zdążyliśmy już do tego widoku przywyknąć. Dla nich byliśmy grupą egzotycznych, białych ludzi. Większość z nich widziała wcześniej tylko s. Iwonę i o. Henryka. Nasza biała skóra nie była jedyną rzeczą, która ich zaciekawiła. Długo przyglądali się pomalowanym paznokciom, blond włosom, które dotykane były przez niezliczoną liczbę rąk, a każde zdjęcie, które zrobiliśmy, musiało zostać wspólnie obejrzane.

Staniki dla Afryki i ruchoma przychodnia

Zaczęliśmy trwająca 3 dni ciężką pracę, w okropnych upałach, na terenie malarycznym. Tamtejsza ludność czekała na nas już kilka dni przed naszym przyjazdem, nocując pod drzewami i ciesząc się z możliwości skorzystania z pomocy lekarskiej. Stworzyliśmy prowizoryczny gabinet ginekologiczny i stomatologiczny. Ja znalazłam swoje miejsce, w którym rozłożyłam… staniki. Z inicjatywy Agnieszki Linnik, zorganizowana została w Polsce akcja „Staniki dla Afryki”. Zebraliśmy ponad 3 tys. sztuk. Niestety, nie udało nam się wszystkich zabrać, ale te, które mieliśmy, sprawiły ogromną radość.

Dr Ania przebadała 150 pacjentek. Były momenty wzruszeń, kiedy potwierdzała ciążę i informowała o płci dziecka. Były też ciężkie chwile, kiedy musiała przekazać informacje o obumarłym płodzie, niemożności zajścia w ciążę czy o konieczności porodu poprzez cesarskie cięcie, co niestety było niemożliwe dla kobiety, która nie ma czym wykarmić swoich pozostałych dzieci. Dr Dominika zajęła się chirurgią stomatologiczną i w ciężkich warunkach usuwała zęby. Ja biegałam między stanikami, dr Anią i dziećmi, które polubiły nas tak bardzo, że ciężko było przejść obok nich obojętnie. Dużo mogłabym pisać o naszej wyprawie, pracy i pięknie tej cudownej wyspy. Madagaskar zachwyca swoją naturą, tajemniczością, cudownymi zachodami słońca, aleją baobabów, piękną pogodą i uśmiechniętymi ludźmi. Jest też cudownym nauczycielem. Uczy przede wszystkim pokory. Pokory do tego, co mamy, gdzie się urodziliśmy i w jakich warunkach przyszło nam żyć.

Nasza praca była tylko małą kroplą w morzu potrzeb. Zabrałyśmy ze sobą ok. 80 kg materiałów medycznych, które wykorzystałyśmy na wyspie. Całą naszą wyprawę opłaciłyśmy z prywatnych pieniędzy. Widząc ogrom potrzeb, chciałybyśmy wrócić, jeśli się uda, z większą grupą, dlatego potrzebujemy Waszego wsparcia. Zapraszamy na stronę facebook.com/lekarzedlamadagaskaru i zachęcamy do tego, by pomagać.