Poznański test

11 maja 2020

Jeszcze w kwietniu ruszyła produkcja testów na obecność koronawirusa, które stworzyli naukowcy z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu. To bez wątpienia największy do tej pory przełom w walce z chorobą. Poznańskie testy są kilkukrotnie tańsze od tych, które sprowadzaliśmy do tej pory, na ich wynik czeka się około 6 godzin, a to i tak nie jest ostatnie słowo poznańskich badaczy.

 

TEKST: Anna Skoczek

ZDJĘCIA: PAN

 

Prace nad opracowaniem testu na obecność koronawirusa zajęły poznańskim naukowcom trzy tygodnie. Jak to możliwe w tak krótkim czasie? Wszystko przez ogromne doświadczenie ekspertów pracujących w Instytucie i ich ogromne zaangażowanie. – To, co odegrało ważną rolę w tym procesie, był niesamowity entuzjazm ludzi – mówi profesor Marek Figlerowicz, dyrektor Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu. – Badacze, którzy najpierw zaangażowali się w diagnostykę, pracowali praktycznie po 24 godziny na dobę, żeby nauczyć się wszystkiego – i, jak przyznaje profesor Figlerowicz, ten zapał w pracownikach pozostał i na pewno wystarczy go jeszcze na wiele tygodni ciężkiej pracy. – Na pewno entuzjazmu wystarczy do tego momentu, żeby zakończyć to dzieło.

W prace nad opracowaniem testu zaangażowana była grupa dwunastu osób z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu. – Wyzwaniem była dla nas przede wszystkim konieczność szybkiego przestawienia się z myślenia, jakie towarzyszy nam w przypadku badań naukowych – tłumaczy profesor Agnieszka Fiszer z Wirusowej Grupy Wsparcia, Zakładu Biotechnologii Medycznej ICHB PAN. – Chodziło między innymi o kwestię powtórzeń eksperymentów. Zamiast nich, w naszych badaniach musieliśmy w szybkim czasie po prostu przebadać dużą liczbę próbek – dodaje profesor Fiszer.

Poznańscy naukowcy stworzyli test, który z jednej strony wykrywa wirusa, a z drugiej strony sprawdza, czy proces pobrania materiału, przechowywania go i badania przebiegł prawidłowo. Jest to o tyle ważne, że w trakcie działań na masową skalę, poszczególne etapy badania mogą być wykonywane przez osoby, które nie są w tej dziedzinie specjalistami. Oznacza to, że mogą popełniać błędy, które dawałyby fałszywe wyniki. W przypadku poznańskiego testu udało się wyeliminować to zagrożenie. – Nasz test był badany i porównywany z polecanymi przez Światową Organizację Zdrowia testami brytyjskimi – tłumaczy profesor Marek Figlerowicz. – W trakcie tych badań wypadał tak samo albo lepiej.

Praca wolontariuszy

Instytut Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu otrzymał 15 milionów złotych ministerialnej dotacji na produkcję 100 tysięcy testów pierwszej generacji. Większość z tej kwoty, czyli 8 milionów złotych, to faktyczny koszt produkcji. Pozostałe pieniądze zostaną przeznaczone na dalsze badania i prace nad rozwojem testu i opracowanie jego drugiej i trzeciej generacji. – Do momentu, do którego nie otrzymaliśmy dotacji, przez kilka tygodni pracowaliśmy na zasadzie wolontariatu  – mówi profesor Marek Figlerowicz. – Można powiedzieć, że pracujemy tak nadal, ponieważ pieniądze przeznaczymy na zakup testów i dalsze badania. Nie będziemy teraz mieć zysku z naszej pracy, ale liczymy na to, że w przyszłości uda nam się uzyskać z tego jakieś środki – dodaje.

Póki co badacze podkreślają, że czerpią ze swojej pracy ogromną satysfakcję, która w dalszym ciągu motywuje ich do działania. – Satysfakcja wynika przede wszystkim z tego, że mogliśmy realnie pomóc – mówi profesor Agnieszka Fiszer z Wirusowej Grupy Wsparcia. – Satysfakcja, którą teraz odczuwamy, jest podobna do tej, jaką naukowcy osiągają po opublikowaniu wyników badań w dobrym czasopiśmie naukowym, na co często czeka się kilka lat.

– Udowodniliśmy też, że wiedza, którą przez lata zdobywaliśmy w Instytucie, sprawdza się w praktyce – mówi profesor Marek Figlerowicz. – To bardzo ważny aspekt tej całej sytuacji. Nie pracujemy i nigdy nie pracowaliśmy dla siebie. To doskonały przykład, że kiedy jesteśmy potrzebni, naszą wiedzę jesteśmy w stanie zastosować w życiu.

Zainteresowanie świata

Poznańskim testem bardzo szybko zainteresowały się już inne kraje. – Jestem bardzo zaskoczony wiadomościami z ośrodków z całego świata – mówi profesor Figlerowicz. – Jak tylko w mediach ukazały się wzmianki na temat naszych sukcesów, otrzymałem maile między innymi z Norwegii, Niemiec, a nawet RPA. Jestem przekonany, że ostatecznie wiele innych krajów będzie zainteresowanych jego kupnem.

Posiadanie własnego testu, który jest produkowany w Polsce, może okazać się prawdziwym przełomem w walce z wirusem. – Doświadczenia wszystkich państw walczących z pandemią są takie, że testowanie ludzi to jest kluczowa sprawa – tłumaczy profesor Marek Figlerowicz. – Jeśli mamy się chronić przed rozprzestrzenianiem się wirusa, najważniejszą rzeczą jest jego zidentyfikowanie. Im więcej testów wykonamy, tym lepiej będziemy mogli się przed nim zabezpieczyć.

W momencie globalnego kryzysu i pojawienia się wirusa na całym świecie okazało się, że firmy nie nadążają z produkcją tak ogromnej liczby testów, na które jest zapotrzebowanie. Były więc momenty, kiedy po prostu brakowało ich na rynku. Posiadanie własnego, polskiego testu, uniezależnia nas od tego, co dzieje się na świecie.

Obecnie produkcji testu podjęły się firmy z Poznania, z Gdyni i z Radomia. – Dzięki temu, że będziemy mieli w kraju własną produkcję, mamy nadzieję, że choć w części ograniczy to też straty gospodarcze spowodowane pandemią – dodaje profesor Figlerowicz.

To nie jest ostatnie słowo

Produkcja testów pierwszej generacji nie zakończyła jednak pracy poznańskiej grupy nad następnymi udoskonaleniami. – Kolejną fazą będą testy dwugenowe i nad tym pracujemy teraz – mówi doktor Luiza Handschuh, koordynatorka Wirusowej Grupy Wsparcia, Kierownik Pracowni Genomiki ICHB PAN. – Kolejnym etapem natomiast będą prace nad przyspieszeniem testów. Mamy już pewne pomysły, ale jeszcze jest za wcześnie, żeby o tym mówić – dodaje.

Nawet jeśli naukowcy stworzą już kolejne generacje testu, a światu uda się wygrać z wirusem, to również nie będzie oznaczać końca prac ekspertów. – Myślimy już o dokładnych badaniach nad modelowaniem pandemii – mówi profesor Marek Figlerowicz, dyrektor Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu. – Chcemy szczegółowo prześledzić sposób w jaki choroba rozwijała się w Polsce – dodaje dyrektor. Jak to możliwe? Badając genom wirusa, naukowcy są w stanie odtworzyć krok po kroku, jak ta pandemia rozprzestrzeniała się w kraju. Dzięki ekspertom dowiemy się na przykład w jaki sposób wirus trafił do Polski. Czy przyszedł z Niemiec? Z Włoch? Czy może z Francji? – Sprawdzimy też, w jaki sposób ludzie się zarażali – mówi profesor Figlerowicz. – Ta wiedza jest niezwykle cenna, bo pomoże nam sprawniej działać w przyszłości.

Dzięki modelowaniu pandemii, dowiemy się w jaki sposób działają nasze zabezpieczenia przed tego typu zakażeniami. Gdzie pojawiają się największe problemy, dowiemy się również, co jest głównym źródłem rozprzestrzeniania się choroby. Czy są to szpitale? Czy są to może środki transportu? A może jakieś całkowicie niezależne, przypadkowe zdarzenia? Profesor Figlerowicz zapowiada, że badacze z Poznania będą już w najbliższym czasie poszukiwać odpowiedzi na wszystkie najważniejsze i kluczowe pytania, które w przyszłości pomogą nam sprawniej reagować na tego typu zagrożenia.