Szorstka miłość Starego Marycha

19 czerwca 2019

Marian Pogasz – aktor lalkowy, teatralny, filmowy, kabaretowy i radiowy. W Poznaniu najbardziej znany i pamiętany jako odtwórca roli Starego Marycha – bohatera audycji radiowej, mieszkańca Łazarza (dla niewtajemniczonych: to część dzielnicy Grunwald), posługującego się gwarą poznańską. Jego twarz ma pomnik przedstawiający tę postać, którą swoim głosem ożywiał przez 17 lat. – Lubiłam być z Tatą, ale nie cierpiałam wchodzenia w krzaki, bałam się i brzydziłam pająków i pajęczyn, które mnie oplatały. Tato tego nie rozumiał. Co znamienne – przy całej swojej twardości, pewnej szorstkości, potrafił zachwycać się zapachem lasu, szumem drzew, każdą rośliną. To było takie kontrastowe do tego, jak trudno przychodziło Mu okazywanie uczuć. Bo co do tego, że nas kochał, nie miałam żadnych wątpliwości – wspomina Go Jego córka – Emilia.

 

TEKST i ZDJĘCIA: Ewa Malarska

 

 

Kochałaś swojego Tatę?
Oczywiście, co za pytanie? Przecież był moim ojcem, jasne, że kochałam. Nadal Go kocham, mimo że od lat nie ma Go z nami.

A lubiłaś Go?

O, tu już odpowiedź nie może być taka prosta. Czasem tak, czasem nie. Nie był łatwym we współżyciu człowiekiem. Miał swoje zasady, których przestrzegania i podporządkowania się im wymagał od wszystkich wokół.

Jakie jest Twoje pierwsze skojarzenie, gdy o Nim pomyślisz?

Tato chorował na kamicę nerkową, która ostatecznie doprowadziła do zatrzymania pracy nerek. Jego choroba zdominowała nasze życie. Ponad 16 lat poddawał się hemodializom (3 razy w tygodniu szpital i 5-godzinne filtrowanie krwi), a Mama biegała zatroskana wokół Jego łóżka i spraw szpitalnych. Jednocześnie i pomimo tego, oboje pracowali. Próby do nowych spektakli przed i po południu, a przedstawienia programowe wieczorem. Nie odpuszczali. Ani Mama, ani Tato.

Twoja Mama też była aktorką.

Tak, była aktorką-lalkarzem. Nazywała się Krystyna Cysewska – „Cyśka”. Rodzice poznali się w Teatrze Lalki i Aktora Marcinek, jakieś 2-3 lata przed ślubem. Pobrali się latem 1956 roku. Mama opowiadała, że Tato nie spodobał się Dziadkom. Nie było w tym nic dziwnego – Babcia Emilia i Dziadek Alojzy prowadzili dom z polskimi tradycjami, przestrzegali etykiety. A tu taki chudy blondyn, ubrany w czarny, obcisły golf, równie wąskie spodnie, z włosami zaczesanymi do tyłu na brylantynę, pełen buty, przyjechał prosić o rękę ich córki. Witając się, nie ucałował Babci w rękę, tylko pochylając się nad Jej dłonią, cmoknął własny palec. Taki z Niego był gagatek. Sam, nie poddając się tradycji, prezentując buntowniczą postawę, czuł się mocniejszy.

Kontrasty przyciągnęły ich do siebie?

Chyba tak. Mama była skromną, ciepłą, empatyczną osobą. Zawsze godziła rodzinę – pudrowała niesnaski, organizowała uroczystości – imieniny, urodziny, Gwiazdkę, Wielkanoc. Zapraszała i hołubiła gości. Tato nie miał swojej rodziny. Od wczesnego dzieciństwa był sam na świecie, bez prawdziwych krewnych. Lubił spotkania rodzinne, miał przed kim „pogwiazdorzyć”. A nie był łatwym kompanem. Ciągle krytyczny, wymagający, wskazujący palcem co i jak zrobić . A przy tym potrafił zachowywać się jak rozkapryszony dzieciak.

W domu też mówiliście gwarą?

Ależ skąd! Stary Marych to była rola do zagrania. Bardzo ważna, ale jednak kreacja aktorska. W codziennym życiu Tato bardzo pilnował, abyśmy wypowiadali się i pisali czystą polszczyzną. Nie tolerował błędów stylistycznych, logicznych i ortograficznych. Kiedyś, chcąc nauczyć swoją wnuczkę – córkę mojego starszego brata – poprawnego pisania, po znalezieniu „byka” w Jej liście z wakacji, napisał w odpowiedzi list pełen błędów. Miała to być lekcja szacunku dla słowa, dla języka i dla adresata korespondencji.

Lekcja była skuteczna?

O, tak. Tak samo jak ciągłe zwracanie uwagi na sposób wypowiadania się. Nie było mowy o niewyraźnym mówieniu, połykaniu końcówek wyrazów czy innym sposobie kaleczenia polskiej mowy. Wymagał poprawnych, wyraźnych wypowiedzi, bardzo ważne były dla Niego dykcja i odpowiednie akcentowanie wyrazów.

W zasadzie nie były to jakieś nadzwyczajne wymagania, a mówisz o nich jednak z pewnym smutkiem.

Tak, bo sposób, w jaki Tato egzekwował dostosowanie się do nich, nie należał do najprzyjemniejszych. Przez dwa lata celowo przekręcał nazwisko kandydata do mojej ręki – mój przyszły mąż Radek był spokojny, introwertyczny i nie mówił wyraźnie. Za każdym razem, gdy dzwonił i prosił mnie do telefonu, Tato informował mnie, że znowu dzwoni TEN… tu następowało zmyślone, w brzmieniu podobne, nazwisko. Nie było to miłe (zwłaszcza, że robił to donośnym, teatralnym głosem) i bardzo mnie denerwowało. Sprawiało wrażenie, że za każdym razem dzwoni ktoś inny.
Albo taki przykład: mając 26 (!) lat wybrałam się z (już) narzeczonym do kina Bałtyk, na film Martina Scorcese „Kasyno”. Bardzo trudno było zdobyć na niego bilety, trzeba było stać w długiej kolejce. Seans zaczynał się o 20:00, film trwał prawie 3 godziny, a Tato stosował zasadę, że drzwi do domu Pogaszów otwarte są do 23:00. Mieszkaliśmy na Winogradach, więc, aby zdążyć, musiałam wyjść z kina o 22:30, nie czekając na zakończenie filmu.

Nie miałaś kluczy?

Miałam, ale Tato zostawiał swoje w zamku i aby wejść, musiałam Go obudzić (tak twierdził, chociaż wiem, że nie spał) i wysłuchać wykładu o odpowiedzialności i szacunku. Wolałam tego uniknąć. Nie słuchał żadnych tłumaczeń, nie uznawał wymówek. A robił to, oczywiście, dla mojego dobra.

Wiesz, wygląda to, jakby demonstrował ojcowską zazdrość. Byłaś córeczką tatusia? Jego ulubienicą?

Tak, wiedziałam, że jestem dla Taty najważniejsza, najmądrzejsza i nikt nie jest mnie godzien (uśmiech), jednak bolało mnie takie podejście. Tak samo jak to, że rzadko mnie chwalił. Wymagał bardzo wiele, ale nie mogłam liczyć na okazanie zadowolenia z moich starań. Tato uważał, że zimny chów, wymagania, krytyka i brak pochwał to klucz do sukcesu. Nie tolerował żadnej słabości. Myślę, a w zasadzie jestem pewna, że wynikało to z wychowania, jakie otrzymał.

Opowiadał o swoim dzieciństwie?

Nie było łatwe. Bardzo wcześnie stracił mamę. Babcia umarła, gdy miał zaledwie 6 lat. Była gospodynią u państwa Bodniaków. Doktor, a po wojnie profesor Bodniak był kustoszem w kórnickim zamku. Tato nie miał ojca i Jego wychowaniem zajęła się wiejska nauczycielka – Maria Kurtzmann. Tato nazywał ją ciotką. Ojciec pani Marii był Niemcem, jednak dzieci wychowywał w polskiej tradycji. Pani Maria mieszkała w szkole we wsi Bruczków. Gdy wybuchła wojna, przeniosła się z moim Tatą do najbiedniejszej chałupy we wsi – uznała, że tak będzie bezpieczniej. Później, ponieważ była wykształcona i znała doskonale niemiecki, zaczęła pracować we dworze, w którym stacjonowali Niemcy. Po pewnym czasie pozwolili Jej sprowadzić do siebie wychowanka. Nie do końca było to bezpieczne, bo Tato prezentował tak zwany nordycki typ urody – był przezroczystym, piegowatym blondynem z jasnymi, niebieskimi oczami.

I pewnie chcieli Go zniemczyć?

Oczywiście, jednak pani Kurtzmann udało się ocalić Go od tego. Tato opowiadał, że „wykupiła” Go za fortepian, który jeszcze przed wojną przywiozła z Niemiec. Jakiś gestapowiec potrzebował go na prezent dla córki. Pani Maria zgodziła się oddać instrument w zamian za zaświadczenie pozwalające chłopcu zostać. Tym sposobem Tato uniknął wywiezienia do Niemiec. Pani Maria uczyła Tatę po polsku, ale i niemiecki opanował biegle – czytał książki w oryginale.

A co skłoniło Go do zostania aktorem?

Opowiadał, że po śmierci Babci, jeszcze mieszkając w Kórniku, bawił się w teatr. Pani Maria dbała o to, aby nie był sam, zapraszała okoliczne dzieci w podobnym wieku. Wymyślili, że odprawią Boże Ciało. Tato zrobił sobie ornat, z apteczki tabernakulum, dzieci z piasku porobiły ołtarzyki i odprawiali procesje. Ciotka zabroniła tej zabawy dopiero, gdy Tato zaczął „spowiadać”.
Po wojnie zamieszkali w Bogdańcu, a do liceum chodził Tato w Gorzowie i tam zobaczył pierwszy prawdziwy teatr. Od razu wiedział, że chce być aktorem. I został nim wbrew wszelkim trudnościom i przeszkodom. Skończył eksternistycznie szkołę aktorską. Na początku był lalkarzem. Przyjechał do Poznania, znalazł pracę w „Marcinku” , poznał Mamę i tak zaczęła się historia naszej rodziny.

Jak spędzaliście wolny czas?

Tato uwielbiał chodzić po lesie, lubił zbierać jagody, borówki, maliny, grzyby. Ja tego nie znosiłam. Nie to, że wszystkiego. Lubiłam być z Tatą, ale nie cierpiałam wchodzenia w krzaki, bałam się i brzydziłam pająków i pajęczyn, które mnie oplatały. Tato tego nie rozumiał. Co znamienne – przy całej swojej twardości, pewnej szorstkości, potrafił zachwycać się zapachem lasu, szumem drzew, każdą rośliną. To było takie kontrastowe do tego, jak trudno przychodziło Mu okazywanie uczuć. Bo co do tego, że nas kochał, nie miałam żadnych wątpliwości.

Mieliście jakieś przygody, które zapadły Ci w pamięć?

Szliśmy kiedyś przez wieś. Mijając pole z ziemniakami, zauważyliśmy psa przywiązanego do takiego łańcucha podczepionego do drutu przeciągniętego nad polem, aby mógł go pilnować. Tylko, że tam było drzewo, wokół którego pies okręcił się i zaplątał. Siedział tam i wył. Tato postanowił go uwolnić. Gdy tylko go odczepił, pies rzucił się na Tatę. My z Mamą w krzyk, Tata w nogi, ale po tych ziemniakach nie było łatwo, przewrócił się. Zwierzak dopadł do Niego i ugryzł. W okolice nerki. Straszne to było. Pełno krwi i ziemi. Tę pogryzioną koszulę, którą Tato miał na sobie wtedy, mieliśmy jeszcze długo w domu. A Tato przez dłuższy czas nie mógł spać w łóżku. Spał w pontonie, bo w ten sposób miał plecy w powietrzu. Ale był zadowolony, bo uratował psa.