Uwalnia od bólu kręgosłupa

10 grudnia 2018

Na salę operacyjną właśnie wjeżdża łóżko z kolejną pacjentką. Ma dość nietypowe schorzenie szyjnego odcinka kręgosłupa. Przygotowanie do operacji trwa około pół godziny, trzeba podłączyć sprzęt, odpowiednio ułożyć pacjentkę na najnowocześniejszym stole w Polsce i raz jeszcze, przy pomocy rentgena, sprawdzić miejsce choroby. Endoskop powoli podjeżdża do łóżka. Na sali gaśnie światło, pozostaje tylko zielone, punktowe. Doktor Piotr Winkler staje na podwyższeniu, żeby dokładniej widzieć kręgosłup i rozpoczyna operację, dzięki której pacjentka jutro własnoręcznie podpisze wypis ze szpitala, co jeszcze dziś było po prostu niemożliwe.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Szpital św. Wojciecha

 

Na sali cisza. – Doktorze, wszystko gotowe – mówi pielęgniarka. Piotr Winkler, ze stoickim spokojem, wprowadza endoskop w odcinek szyjny kręgosłupa. Wszystko musi być wykonane z niezwykłą precyzją, żeby nie uszkodzić rdzenia kręgowego i naczyń, odpowiadających za ruch ręką. To najtrudniejsza operacja na kręgosłupie. Maksymalne skupienie. Po trzech godzinach, docierając do chorego punktu, lekarz spogląda na mnie. – Gotowe, proszę spojrzeć ile materiału zalegało pod korzeniem, ale już będzie dobrze, już nie będzie bolało – mówi doktor Winkler i uśmiecha się z zadowoleniem.

Z jakim schorzeniem trafiła do Pana pacjentka?

Pacjentka trafiła do nas z silnym bólem kończyny górnej, który uniemożliwiał jej codzienne funkcjonowanie do tego stopnia, że nie mogła podnosić ręki, ani pisać. W badaniu rezonansu magnetycznego okazało się, że duży fragment krążka szyjnego wypadł pod korzeń rdzeniowy, powodując jego uszkodzenie. Na szczęście udało się usunąć zmianę endoskopowo z dostępu tylnego. Jest to najmniej inwazyjna metoda dla tego typu schorzenia.

To była trudna operacja. Nie bał się Pan?

Nie, nie boję się przeprowadzać operacji, jestem profesjonalistą, to moja praca, natomiast mam pełną świadomość wszelkich ryzyk związanych z każdym zabiegiem operacyjnym oraz tego, iż nigdy nie można być w stu procentach pewnym, że wszystko pójdzie tak, jakbym tego chciał. Tym razem wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Teraz czekamy aż pacjentka się obudzi, żebym mógł sprawdzić, jak zniosła ten zabieg. Bywa tak, że nawet jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, to efekt końcowy nie do końca musi nas zadowalać.

To znaczy, że po wszystkim nadal może boleć?

Tak, może boleć przez jakiś czas, potem ból ustępuje.

Czy ten przypadek należy do częstych, czy to raczej rzadkie schorzenie?

Schorzenia kręgosłupa szyjnego występują rzadziej niż odcinka lędźwiowego. Jednak jest to i tak bardzo często występujące schorzenie. Coraz częstsze.

Skąd biorą się schorzenia tego odcinka kręgosłupa?

Myślę, że teraz będą występować znacznie częściej, ponieważ wszyscy chodzimy z telefonami w ręce i ciągle pochylamy głowę. To samo dotyczy pracy przy laptopie. Zbyt długie przebywanie w tej pozycji prowadzi do schorzeń odcinka szyjnego kręgosłupa. Niewłaściwe ustawienie głowy przez wiele godzin powoduje, że najpierw mięśnie, a potem krążki ulegają osłabieniu, i dużo łatwiej jest je uszkodzić, ponieważ nie mają osłony mięśniowej.

Kiedy reagować?

Najlepiej zacząć od fizjoterapii. Jeśli ból jest silny, warto zrobić rezonans magnetyczny i zobaczyć na ile to uszkodzenie jest poważne. Natomiast jeżeli mamy tak silne bóle, że powodują trudności w normalnym funkcjonowaniu, wtedy trzeba pomyśleć o leczeniu operacyjnym.

 Co najczęściej boli przy uszkodzeniu odcinka szyjnego kręgosłupa?

Głowa, kończyny górne, występują bóle międzyłopatkowe, a jeśli zmiany są bardzo duże, to ból może promieniować do kończyn dolnych.

Do niedawna jeszcze tego typu operacje w Szpitalu św. Wojciecha były niemożliwe. Co się zmieniło?

Mamy nowy sprzęt i wszystko to, co pozwala na poszerzenie operacji o kręgosłup szyjny. Operujemy pacjentów z dostępu tylnego, to znaczy dostęp operacyjny jest na karku, czyli nie robimy tego na przedniej części szyi, tak jak to się wykonuje standardowo. Ten dostęp jest o tyle dobry, że pozwala na ominięcie istotnych struktur, które znajdują się na przodzie szyi, np. nerwu krtaniowego, dużych naczyń, przełyku. Dzięki temu operacja jest bezpieczniejsza.

Dlaczego leczenie endoskopowe wygrywa z klasycznymi operacjami?

Dlatego, że pacjenci mogą szybko wrócić do pełnego funkcjonowania po takich operacjach. Taki sposób operowania to też doskonałe rozwiązanie dla osób, które pracują głosem: od śpiewaków po nauczycieli, dla których uszkodzenie nerwu krtaniowego, znajdującego się na przedniej części szyi, byłoby tragedią. Dopóki nie było endoskopii, dostęp tylny do odcinka szyjnego kręgosłupa był bardzo krwawy, dziś ogranicza się to krwawienie do minimum i to pozwala na bezpieczniejszy zabieg.

Na jakim sprzęcie pracujecie?

Mamy w Szpitalu św. Wojciecha wiele nowych sprzętów, ale najnowszym jest stół operacyjny jacksonowski, jedyny taki w Polsce w tej chwili, który pozwala na przeprowadzenie większości operacji na brzuchu i eliminację powikłań związanych z takim ułożeniem pacjenta, jak to było do niedawna. Dzięki niemu możemy również operować pacjentów z dużą nadwagą.

Jest coś takiego, jak strach na sali operacyjnej?

Nie, natomiast zawsze występuje obawa o pacjenta. I ona towarzyszy każdej operacji. Za każdym razem trzeba podjąć trudną decyzję, optymalną dla pacjenta, po to, by uzyskać efekt, dla którego się operuje. A my operujemy po to, żeby pacjentów pozbawić bólu i poprawić im komfort życia, a więc decyzje muszą być szybko i odpowiednio podejmowane.

Który moment jest najbardziej stresujący?

Każdy. Jeżeli z jakichś powodów coś przebiega niezgodnie z planem, pojawia się większy stres. Na szczęście rzadko się to zdarza. Swoją drogą uważam, że jeśli lekarz przestanie stresować się przy stole operacyjnym, to powinien się zastanowić, czy chce to dalej robić.

Operuje Pan endoskopowo cały kręgosłup, uwalnia od bólu nawet ludzi poruszających się na wózkach inwalidzkich. I tak już przeszło dwa lata w Poznaniu. Czy te operacje się Panu nie nudzą?

Nie, każda jest inna, pełna emocji, ciężko się tym znudzić. Efekt końcowy jest jakąś niewiadomą, nawet jeśli wszystko się powiedzie. Ludzi, którzy trafiają do mnie na stół operacyjny, spotykam na ulicy, w restauracjach. Jednych pamięta się bardziej, drugich mniej, ale chciałbym, żeby wszyscy byli zadowoleni i zdrowi.

Ilu pacjentów zoperował Pan od początku funkcjonowania Szpitala św. Wojciecha?

Około tysiąca pacjentów. Obecnie, dziennie operuję dwie, trzy osoby. To bardzo dużo.

Czy liczba pacjentów to bardziej kwestia zaufania do lekarza, czy ceny, bo, jak wiemy, nie są to zabiegi refundowane przez NFZ?

To kwestia jednego i drugiego. Zaufanie oczywiście jest potrzebne, ale z drugiej strony szpital stara się, żeby te ceny nie przekraczały granic, które są nieosiągalne dla pacjentów. Sprzęt, na którym pracujemy jest tak nowoczesny, że taniej nie da się tego zrobić, mimo że chcielibyśmy żeby tak było. Endoskopowy sprzęt jest bardzo kosztowny, zwłaszcza jego wymienialne części, które trzeba na bieżąco kupować, także ceny, jakie mamy za zabiegi, są naprawdę optymalne.

W Internecie można znaleźć setki opinii na Pana temat. Ludzie dziękują Panu za uratowanie życia i zabranie bólu. Jak Pan reaguje widząc wpisy pacjentów?

Cieszę się, że tyle osób jest zadowolonych i poleca nas dalej. To pozwala rozpropagować w Polsce metodę, która jest na świecie stosunkowo nowa. Zadowoleni pacjenci mówiący, że byli operowani metodą endoskopową, to najlepszy sposób na uświadomienie ludziom i pokazanie, że jest metoda alternatywa do klasycznych operacji, która nie musi wiązać się z długotrwałą rehabilitacją, a po zabiegu można po prostu iść do domu. Oczywiście mam świadomość tego, że będą i niezadowoleni pacjenci, bo nie ma medycyny bez powikłań. Na szczęście przy metodzie endoskopowej jest ich znacznie mniej.

Skąd najdalej przyjechał tu pacjent?

Z Kanady. Mógł to zrobić w Stanach Zjednoczonych, ale tam zabieg kosztowałby go dziesięciokrotnie więcej.

Czy Pan lubi leczyć ludzi?

Myślę, że to jest coś, co potrafi dać dużo satysfakcji, szczególnie, jeśli udaje się tak spektakularnie pomagać ludziom. To moje życie.