W kolejce do ortopedy

19 kwietnia 2019

Rzetelny, uczciwy, pomocny, potrafiący rozmawiać, lekarz z prawdziwego zdarzenia – tak piszą o nim pacjenci. Doktor Szymon Kujawiak uśmiecha się szeroko. Bije od Niego niezwykłe ciepło. Od zawsze wiedział, że będzie lekarzem, chociaż nikt z Jego rodziny tego wcześniej nie robił. Kiedy był małym chłopcem, uwielbiał majsterkować i pomagał tacie przy remontach. A gdy w liceum trzeba było wybrać studia, postawił na chirurgię. Zabrakło Mu jednak majsterkowania, dlatego wyspecjalizował się w ortopedii i traumatologii narządu ruchu.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Czytał Pan opinie na swój temat w Internecie?

Wyskakują mi powiadomienia, ale niespecjalnie się w nie wczytuję. Zwyczajnie nie mam kiedy.

A ja trochę poczytałam i ludzie piszą, że takich lekarzy jak Pan jest dziś jak na lekarstwo. Podobno szuka Pan źródła choroby, czyli leczy przyczynowo, a nie objawowo.

Myślę, że jest to kwestia podejścia do pacjenta i do wizyty w gabinecie. Niestety, obowiązujący system nie pozwala lekarzowi na poświęcenie pacjentowi tyle czasu, ile jest potrzebne. W moim gabinecie staram się poświęcić ludziom więcej uwagi, co zazwyczaj generuje opóźnienie w poczekalni, ale przynajmniej każdy pacjent ma poczucie faktycznej opieki. Staram się nie robić z gabinetu taśmy w fabryce 🙂 W dzisiejszych czasach lekarze mają do dyspozycji ogromną liczbę narzędzi diagnostycznych, które w znaczny sposób ułatwiają i skracają proces diagnostyki i leczenia, jednak uważam, że zwykła rozmowa z pacjentem oraz podstawowe badanie lekarskie były, są i zawsze będą podstawą wizyty lekarskiej. A na to potrzeba poprostu czasu.

Czyli to nie jest tak, że nie da się tego czasu znaleźć?

Mam to szczęście, że przyjmując moich pacjentów w warunkach gabinetu komercyjnego, sam ustalam godziny i czas trwania konsultacji. Kiedy otwieraliśmy nasze gabinety, podstawowym założeniem było, że poświęcamy pacjentowi tyle czasu, ile potrzebuje. To nam się dobrze sprawdza.

Czy ortopeda jest dziś lekarzem pierwszego kontaktu?

Mnogość chorób ortopedycznych wynika z naszego trybu życia i tego, że mamy coraz mniej czasu na odpoczynek. Jesteśmy zabiegani, zapracowani, przez większość dnia siedzimy. Po wielogodzinnej pracy, chcemy wykorzystać resztę dnia jak najbardziej produktywnie. Zaczynamy biegać, zapisujemy się na siłownię, gdzie intensywnie trenujemy. I zaczynają się kontuzje, bo organizm nie jest do tego przygotowany.

Co się wtedy dzieje?

Zaczynają boleć najróżniejsze okolice ciała: kręgosłup, biodra, kolana, barki. Mam bardzo wielu pacjentów z urazami przeciążeniowymi, urazami sportowymi, chorobą zwyrodnieniową dużych stawów – biodrowych i kolanowych. Chyba najliczniejszą grupę stanowią pacjenci z patologią stawu kolanowego, który jest największym i jednym z najbardziej „eksploatowanych” stawów naszego ustroju, a co za tym idzie, stawem najbardziej narażonym na kontuzje i przeciążenia.

No dobrze, ale na wiosnę wszyscy wychodzą z domów, trenują, żeby być w formie latem.

Osoby, które pracują w trybie siedzącym i nie uprawiały sportu, nagle wychodzą z domów i biegają po kilkanaście kilometrów. Mamy niezaadaptowany organizm i narząd ruchu do sportu. Wkrótce dochodzi do mikrourazów, które zaczynają się kumulować i dają dolegliwości bólowe. Grupa chorób przeciążeniowych, czyli entezopatii, pojawiających się zazwyczaj w takich sytuacjach, to ogromny zbiór trudnych w leczeniu patologii. Mam tu na myśli takie choroby jak np. kolano skoczka, kolano biegacza, łokieć tenisisty, golfisty, zapalenie ścięgna Achillesa czy rozcięgna podeszwowego.

Co zrobić?

Przed treningiem dobrze się rozgrzać. Stopniować intensywność treningów. Zacząć od chodu, „powolnego” truchtu, by z czasem biegać dłuższe dystanse. Nie rzucać się od razu na maraton. Na koniec treningu trzeba schłodzić organizm. To wszystko pomaga uniknąć urazów. Podkreślam również wagę techniki. Każdy sport wymaga przygotowania technicznego, dlatego rozpoczynając przygodę z aktywnością fizyczną, sugeruję konsultację z trenerami odpowiednich dyscyplin sportowych.

Czyli ćwiczyć z głową.

Tak. Warto pytać fachowców, instruktorów fitnessu, co robić i jak to robić dobrze. Wiadomo, że chciałoby się wszystko od razu, żeby rezultaty przyszły natychmiast. Tak się jednak nie da. Lepiej ćwiczyć powoli, systematycznie, niż ryzykować urazem, który wykluczy nas z treningów nawet na kilka miesięcy.

Jak się ma do tego nasz kręgosłup?

Ta niezwykle ważna struktura jest elementem ulegającym bardzo często różnego rodzaju urazom, przeciążeniom, powodującym dyskomfort czy ból utrudniający pacjentom normalne funkcjonowanie. Początkowo bolą mięśnie stabilizujące kręgosłup. Jeśli nie są wzmacniane, codziennie stymulowane, to w sytuacji dużego wysiłku bądź odwrotnie, kiedy nie ćwiczymy w ogóle, a prowadzimy siedzący tryb pracy, zaczynają dolegać. Wtedy sięgamy po masaże, rożnego rodzaju naświetlania czy nawet leki przeciwbólowe. To jednak nie jest rozwiązaniem. Żeby podejść to tematu przyczynowo, musimy ćwiczyć, wzmacniać mięśnie stabilizujące kręgosłup. Wystarczy krótki instruktaż z fizjoterapeutą i kilkanaście minut dziennie poświęcone na ćwiczenia w domu. Bagatelizowanie symptomów i leczenie objawowe prowadzą w krótkim czasie do zmian dyskopatycznych i zwyrodnieniowych, by ostatecznie wymagać interwencji u neurochirurga.

A dzieci?

Organizm dziecka o wiele więcej wybacza. Trudniej o kontuzje, a jeśli do nich dochodzi, to u dzieci goją się one znacznie szybciej. Jednak żeby mechanizmy regeneracyjne działały, a dziecko rozwijało się prawidłowo, musimy pilnować trybu życia, tego, co dziecko je, ile się rusza, czy nie siedzi za długo przed telewizorem bądź komputerem. Dzieci podejmują coraz mniej aktywności fizycznej, nie chodzą na wf. Mam świadomość, że to, na co teraz zwracam uwagę, to, co teraz mówię, to banały, tylko że te banały nagminnie ignorowane kończą się wizytą w tym gabinecie. Dzieci przychodzące do mnie na konsultacje są często otyłe, z licznymi wadami postawy ciała, wymagające leczenia ze względu na choroby przeciążeniowe.

Co mówią wtedy rodzice?

Różnie reagują. Kiedy pytam czy dzieci się ruszają, następuje konsternacja. Przeraża fakt, że zwalnia się dzieci z wuefu, bo im po prostu nie chce się tam chodzić. Kiedy przyjmuję chłopca czy dziewczynkę, którzy z jakichś poważnych przyczyn nie mogą biegać z rówieśnikami po podwórku albo jeździć na rowerze, to serce pęka.

Widzę u Pana emocje, doktorze.

Taką pracę sobie wybrałem. Ta praca wiąże się z ogromnymi emocjami. Zwykle początki leczenia, kiedy stawiana jest diagnoza eliminująca pacjenta z normalnego funkcjonowania  bądź kiedy informuję pacjenta, że muszę go operować, są bardzo trudne. Pacjenci mają żal

i pretensje, zastanawiają się dlaczego akurat ich to spotkało, dlaczego tak wolno idzie leczenie. Wtedy muszę tłumaczyć, nie owijając w bawełnę, w czym jest problem. Nigdy nie ukrywam prawdy, bo lepiej żeby pacjent miał świadomość tego, co się z nim dzieje. Na szczęście koniec leczenia jest bardziej pozytywny. Kiedy udaje się pomóc, to często spełniają się czyjeś marzenia i to jest piękne.

Zdarzyło się, że pacjent odmówił leczenia?

Oczywiście, że tak. Zdarzyło mi się nawet, że w trakcie przygotowywania zastrzyku, pacjent uciekł. Usłyszałem tylko trzask drzwi. Przecież nie mogę zmusić pacjenta do leczenia.

Pan lubi leczyć?

Bardzo lubię. Myśle, że miałem ogromne szczęście, wiedząc od samego początku, co chcę robić w życiu. Współczułem swoim równieśnikom dylematów w liceum, kiedy borykali się z trudnymi decyzjami.

Skąd?

Nie wiem, bo nie pochodzę z rodziny lekarskiej. Moja córka mi ostatnio powiedziała, że chciałaby być kierowcą autobusu (śmiech). Takie decyzje są gdzieś w nas. Nie miałem problemu w szkole wybierając fakultet, potem z wyborem studiów. No i tak tutaj jestem, i chyba się wstrzeliłem (śmiech). A dlaczego ortopeda? Tę specjalizację wymyśliłem sobie już będąc na studiach. Lubię majsterkować, dużo pomagałem mojemu tacie, kiedy byłem mały. Wspólnie remontowaliśmy nasze mieszkanie, kładliśmy boazerię, malowaliśmy ściany, skręcaliśmy meble. Poza tym sklejałem z tatą modele samolotów. Myślę, że właśnie mój tata miał duży udział w wyborze zawodu, specjalizacji. W dodatku kocham sport, a ortopedii w sporcie jest bardzo dużo.

Pan jest trochę inżynierem…

Nawet nie, powiedziałbym, że stolarzem (śmiech). Inżynier to bardziej wyrafinowany zawód.

Ale nie zawsze jest dobrze.

Moja specjalizacja to ortopedia i traumatologia narządu ruchu. Zwłaszcza traumatologia bywała bardzo trudna. Wiele lat pracowałem na oddziale ratunkowym, dyżurowałem tam, i właśnie podczas tej pracy zetknąłem się z licznymi poważnymi sytuacjami. To był najtrudniejszy etap w moim życiu. Widziałem rannych po wypadkach, mnogie urazy ciała kończące się śmiercią. To mocno zapada w pamięć. Na szczęście, jako młody lekarz, nie zostawałem z tym sam – byłem i nadal jestem farciarzem, że pracuję ze wspaniałymi kolegami lekarzami, którzy zawsze byli i są gotowi pomóc w trudnych chwilach, wspomóc radą czy po prostu poklepać po ramieniu, kiedy trzeba. Myślę, że bycie lekarzem to wspaniała przygoda – z jednej strony wymagająca szybkich decyzji, ogromnej odpowiedzialności, poświęcenia całego siebie, nierzadko życia rodzinnego, z drugiej dająca ogromną satysfakcję z możliwości niesienia pomocy pacjentom.